11 kwietnia 2011
5 kwietnia 2011
10.04.10
- Chcesz przyjść na premierę filmu o Smoleńsku?
- Pewnie. Chętnie zobaczę.
- Kpisz?
- Ależ skąd, naprawdę chętnie zobaczę. Dziękuję za zaproszenie.
Poszłam, bo po pierwsze premiery mnie kuszą, a po drugie rzeczywiście chciałam zobaczyć ten film - pierwszy śledczy reportaż o katastrofie pod Smoleńskiem.
Byłam ciekawa atmosfery, ludzi, do których nie tak mi znowu blisko pod wieloma względami, ale też pod kilkoma nie bardzo daleko.
Przez ten prawie rok wysłuchałam setek informacji z różnych źródeł, a wszystkie są tajemne co oznacza, że nie będę o nich pisać, przy czym żadne nie jest medialne. Obejrzenie tego filmu było dla mnie kolejnym krokiem do zrozumienia, ułożenia czegoś w głowie, możliwością zupełnie innego rodzaju.
Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście chce się coś spróbować naprawdę zrozumieć, to nie można być zamkniętym, chociaż byłam więcej niż przekonana, że będzie to reportaż z tezą. Nie jest. Moim zdaniem nie jest.
Na ile w ogóle umiem ocenić, to film jest warsztatowo zrobiony po mistrzowsku, bo jeśli istnieje jeszcze coś takiego jak prawdziwe dziennikarstwo, to Anita Gargas pokazała je w najwyższej klasie.
Dotarła do świadków, dotarła do panów z wieży kontrolnej, dotarła tam, gdzie nikt się nawet nie pofatygował wcześniej, a szkoda.
Pokazała nie tylko relacje tych ludzi, ale również przenicowany w internecie film nakręcony kamerą w telefonie, pokazała cięcie wraku samolotu przez Rosjan, pokazała tych wszystkich, którzy z nią rozmawiali i tych, którzy rozmawiać nie chcieli.
Cierpliwie pukała do drzwi mieszkań, upiornie konsekwentnie zadawała pytania. A nie ma w tym żadnego epatowania sobą, ona jest niemal niewidoczna. Nie wtyka ludziom mikrofonu w paszczękę, żeby wydobyć z nich skrywaną tajemnicę. Pozwala mówić, jakby była, po zadaniu pytania, tylko statywem do mikrofonu.
Ale umie też gonić za człowiekiem z wieży kontrolnej, który nie chce rozmawiać wcale, bo wszystko już powiedział i nic więcej nie powie, bo nie może i nie chce. On oczywiście mówi odwrotnie: nie chcę i nie mogę.
Pokazała polskiego pilota, nie wiem skąd się bierze takich ludzi, ale jego godność, profesjonalizm, opanowanie wbija w fotel.
Jest też opowieść pracownika Kancelarii Prezydenta o tym jak wraz z BORowcami, pięć czy sześć osób stało przy zwłokach Lecha Kaczyńskiego.
Są krótkie wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej, które wzruszają, ale też wywołują śmiech. Naprawdę, wywołują zdrowy śmiech.
Podobno, tak twierdzi Autorka filmu, trailer z wypowiedzią Jadwigi Kaczyńskiej wywołał lawinowy atak, ale to mnie nie dziwi. Wybrano akurat tę jej wypowiedź, która jedynie jest wodą na młyn tych wszystkich, którzy pozycje mają ugruntowane, aczkolwiek po drugiej stronie. Nie rozumiem, dlaczego spośród tylu fantastycznych zdań, zdecydowano się anonsować ten film w sposób tak stereotypowy, że aż skóra cierpnie.
Wiele jest w tym filmie.
Jest obraz Rosji, tak nieco w drugim planie, ale przebija. Jednoznaczny w swojej zupełnej niejednoznaczności. To już chyba dla przeciętnego Polaka nie jest do pojęcia, że ludzie mogą tak nadal żyć, jak za cara, a żyją i to jest zupełnie nieprawdopodobne, ale żyją. Boją się, rozglądają na boki, strzygą uszami, ale żyją.
Porażająca jest scena, w której rosyjski pilot jedzie z ekipą polskich dziennikarzy pod krzyż pamiątkowy, którego strzeże rosyjska milicja. Funkcjonariusze mamroczą o pozwoleniu, o tym, że po co on tu przyjechał. I ten rosyjski pilot mówi “dzwońcie jak chcecie, podam swój telefon. Palenie świec nie jest tu zabronione”, a potem idzie złożyć kwiaty i zapala trzy świece pod tym krzyżem, w śniegu. Zwykłe świece. Staje. Salutuje.
Dostał brawa od Polaków z sali i nie szkodzi, że ich nie słyszał.
Kilka jest jeszcze podobnie ważnych scen.
Kilka o tym, co znaczy Rosja.
Kilka o tym, co znaczy Polska.
Przede wszystkim jest to film o próbie dotarcia do wyjaśnienia, bez zapalczywości, teorii o zamachu, bombach termobarycznych, czy białych postaciach udających śmigło. To jest film o skrywanej prawdzie, ale ta prawda nie dotyczy zamachu na suwerenność Polski, tak przynajmniej w mojej głowie się składa, że nie tego ta prawda dotyczy.
Raczej mówi o kompletnej niemożności przyznania się do popełnienia jakiegokolwiek błędu ze strony rosyjskiej. Gdyby tylko byli w stanie powiedzieć, ale nie są, ale gdyby byli...
Co to był za pomysł, żeby lądować na tym lotnisku, o ile w ogóle to jest jakieś lotnisko, a nie kupa złomu z długim pasem? I nie chodzi mi tylko o ten jeden samolot, ale kto zdrowy na umyśle może pomyśleć, że to jest jakieś miejsce do lądowania dla samolotu? Kilka razy się udało, a tym razem się nie udało...
W końcu komuś nie mogło się udać... Po prostu nie mogło...
Obejrzyjcie ten film.
Jutro (6.04) będzie dodany do Gazety Polskiej. Nieważne kogo i co popieracie, czy jesteście politycznie zaangażowani, czy macie politykę gdzieś, jak ja.
Dla każdego kto ma jakąś chęć zrozumienia świata, cząstkową, dowolną.
Zawsze warto wiedzieć, wyciągać wnioski, myśleć.
Po tym filmie, trudniej będzie kłamać - coś takiego powiedział Jarosław Kaczyński, z którym pierwszy raz się zgodziłam.
- Pewnie. Chętnie zobaczę.
- Kpisz?
- Ależ skąd, naprawdę chętnie zobaczę. Dziękuję za zaproszenie.
Poszłam, bo po pierwsze premiery mnie kuszą, a po drugie rzeczywiście chciałam zobaczyć ten film - pierwszy śledczy reportaż o katastrofie pod Smoleńskiem.
Byłam ciekawa atmosfery, ludzi, do których nie tak mi znowu blisko pod wieloma względami, ale też pod kilkoma nie bardzo daleko.
Przez ten prawie rok wysłuchałam setek informacji z różnych źródeł, a wszystkie są tajemne co oznacza, że nie będę o nich pisać, przy czym żadne nie jest medialne. Obejrzenie tego filmu było dla mnie kolejnym krokiem do zrozumienia, ułożenia czegoś w głowie, możliwością zupełnie innego rodzaju.
Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście chce się coś spróbować naprawdę zrozumieć, to nie można być zamkniętym, chociaż byłam więcej niż przekonana, że będzie to reportaż z tezą. Nie jest. Moim zdaniem nie jest.
Na ile w ogóle umiem ocenić, to film jest warsztatowo zrobiony po mistrzowsku, bo jeśli istnieje jeszcze coś takiego jak prawdziwe dziennikarstwo, to Anita Gargas pokazała je w najwyższej klasie.
Dotarła do świadków, dotarła do panów z wieży kontrolnej, dotarła tam, gdzie nikt się nawet nie pofatygował wcześniej, a szkoda.
Pokazała nie tylko relacje tych ludzi, ale również przenicowany w internecie film nakręcony kamerą w telefonie, pokazała cięcie wraku samolotu przez Rosjan, pokazała tych wszystkich, którzy z nią rozmawiali i tych, którzy rozmawiać nie chcieli.
Cierpliwie pukała do drzwi mieszkań, upiornie konsekwentnie zadawała pytania. A nie ma w tym żadnego epatowania sobą, ona jest niemal niewidoczna. Nie wtyka ludziom mikrofonu w paszczękę, żeby wydobyć z nich skrywaną tajemnicę. Pozwala mówić, jakby była, po zadaniu pytania, tylko statywem do mikrofonu.
Ale umie też gonić za człowiekiem z wieży kontrolnej, który nie chce rozmawiać wcale, bo wszystko już powiedział i nic więcej nie powie, bo nie może i nie chce. On oczywiście mówi odwrotnie: nie chcę i nie mogę.
Pokazała polskiego pilota, nie wiem skąd się bierze takich ludzi, ale jego godność, profesjonalizm, opanowanie wbija w fotel.
Jest też opowieść pracownika Kancelarii Prezydenta o tym jak wraz z BORowcami, pięć czy sześć osób stało przy zwłokach Lecha Kaczyńskiego.
Są krótkie wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej, które wzruszają, ale też wywołują śmiech. Naprawdę, wywołują zdrowy śmiech.
Podobno, tak twierdzi Autorka filmu, trailer z wypowiedzią Jadwigi Kaczyńskiej wywołał lawinowy atak, ale to mnie nie dziwi. Wybrano akurat tę jej wypowiedź, która jedynie jest wodą na młyn tych wszystkich, którzy pozycje mają ugruntowane, aczkolwiek po drugiej stronie. Nie rozumiem, dlaczego spośród tylu fantastycznych zdań, zdecydowano się anonsować ten film w sposób tak stereotypowy, że aż skóra cierpnie.
Wiele jest w tym filmie.
Jest obraz Rosji, tak nieco w drugim planie, ale przebija. Jednoznaczny w swojej zupełnej niejednoznaczności. To już chyba dla przeciętnego Polaka nie jest do pojęcia, że ludzie mogą tak nadal żyć, jak za cara, a żyją i to jest zupełnie nieprawdopodobne, ale żyją. Boją się, rozglądają na boki, strzygą uszami, ale żyją.
Porażająca jest scena, w której rosyjski pilot jedzie z ekipą polskich dziennikarzy pod krzyż pamiątkowy, którego strzeże rosyjska milicja. Funkcjonariusze mamroczą o pozwoleniu, o tym, że po co on tu przyjechał. I ten rosyjski pilot mówi “dzwońcie jak chcecie, podam swój telefon. Palenie świec nie jest tu zabronione”, a potem idzie złożyć kwiaty i zapala trzy świece pod tym krzyżem, w śniegu. Zwykłe świece. Staje. Salutuje.
Dostał brawa od Polaków z sali i nie szkodzi, że ich nie słyszał.
Kilka jest jeszcze podobnie ważnych scen.
Kilka o tym, co znaczy Rosja.
Kilka o tym, co znaczy Polska.
Przede wszystkim jest to film o próbie dotarcia do wyjaśnienia, bez zapalczywości, teorii o zamachu, bombach termobarycznych, czy białych postaciach udających śmigło. To jest film o skrywanej prawdzie, ale ta prawda nie dotyczy zamachu na suwerenność Polski, tak przynajmniej w mojej głowie się składa, że nie tego ta prawda dotyczy.
Raczej mówi o kompletnej niemożności przyznania się do popełnienia jakiegokolwiek błędu ze strony rosyjskiej. Gdyby tylko byli w stanie powiedzieć, ale nie są, ale gdyby byli...
Co to był za pomysł, żeby lądować na tym lotnisku, o ile w ogóle to jest jakieś lotnisko, a nie kupa złomu z długim pasem? I nie chodzi mi tylko o ten jeden samolot, ale kto zdrowy na umyśle może pomyśleć, że to jest jakieś miejsce do lądowania dla samolotu? Kilka razy się udało, a tym razem się nie udało...
W końcu komuś nie mogło się udać... Po prostu nie mogło...
Obejrzyjcie ten film.
Jutro (6.04) będzie dodany do Gazety Polskiej. Nieważne kogo i co popieracie, czy jesteście politycznie zaangażowani, czy macie politykę gdzieś, jak ja.
Dla każdego kto ma jakąś chęć zrozumienia świata, cząstkową, dowolną.
Zawsze warto wiedzieć, wyciągać wnioski, myśleć.
Po tym filmie, trudniej będzie kłamać - coś takiego powiedział Jarosław Kaczyński, z którym pierwszy raz się zgodziłam.
10 marca 2011
Gretchen w Publicznej Służbie: Ostatki popielcowe
Trzepłam wymówieniem i poszłam, a przynajmniej tak bym chciała to widzieć, bo co prawda trzepłam, lecz trzymiesięczne wypowiedzenie nie pozwoli mi oddalić się za bardzo. Jak odbiorę sobie urlop, to zostają dwa miesiące.
Wiele znosiłam, jako ta męczennica co najmniej, ale dotknięcie mojego wrażliwego, omnipotentnego ego musiało się tak skończyć. Inne ujęcie może wskazywać, że po prostu tak musiało być. Już mi się nawet nie chce zagłębiać, w jakże skomplikowaną sytuację posterunku. Nie mój posterunek, nie moje zagłębienia.
Równiuteńko tydzień temu Neokier, któremu włosy dęba stanęły na widok rozmiarów obowiązków wynikających z miejskiej dotacji, spojrzał na mnie nagle i zachciał, żebym to ja właśnie wzięła dodatkowe zajęcia. Gdyż tak, a poza tym pomoc posterunkowi, a nie od dziś w tym kraju wiadomo, że dobro posterunku jest dobrem wspólnym, a jeszcze nie ma kto za bardzo, a ponadto...
Elementem zabawnym było to, że wyznaczone zadanie nijak nie mieściło się w moich godzinach pracy, godziny pracy można zmienić. Tak uważa Neokier, z czym ja się akurat nie zgadzam. Powiedziałam nie.
Gretchen, to tamto, zrób. Nie. Sytuacja tego wymaga, Gretchen - zupełnie jakby mnie chciał zwerbować do odziału walczącego w powstaniu. Nie. Chyba, że zrobię to na zlecenie za dodatkowe pieniądze. Nie - tym razem on. No to nie - znów ja.
W tej sytuacji zamieniam prośbę na polecenie służbowe, jaka jest twoja odpowiedź? Moja odpowiedż wciąż jest nie, mam inne zobowiązania zawodowe, układałam ten grafik przez miesiąc, zaakceptowałeś go.
Ponieważ odmawiasz wykonania polecenia służbowego - tu poczułam się jakbym była w Afganistanie - jestem zmuszony napisać notatkę (!) do Derekcji (!!!). Pisz. Ale wiesz jakie będą tego konsekwencje - zrezygnuję ze współpracy z tobą. Rezygnuj,
Ostatecznie zadanie wykona ktoś inny, nieważne. Wyszłam tydzień temu z posterunku z myślą, że to już za dużo.
Czas szybko leci, jak to prawda na grzybach, znowu środa. Zebranie. Neokier cedzi do mnie, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia to on mi udziela nagany. Więc ja mu na to, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia, to ja składam wymówienie.
I złożyłam.
Następnie odniosłam się do bezzasadności nagany, nadmieniłam coś o tym, że nikt nigdy ze mną tak nie rozmawiał zawodowo i nie będzie. Szast prast, po wszystkim.
Ulga. Prawdziwa, przenikająca do szpiku kości.
Dzień służby kończył się o piątej, a to bardzo wcześnie jak dla kogoś, kto od lat wychodził przed ósmą. Idąc do domu, nie biegnąc, idąc sobie spacerem, bo nie miałam już żadnej pracy do dziewiątej wieczorem, ze zdumieniem stwierdzałam dostępność sklepów. Z radości kupiłam szczotkę do zamiatania, która jest sprytnie zaprzyjaźniona z szufelką. Nabyłam butelkę martini, jedzenie dla Rudej, odebrałam list polecony z poczty. Luksus.
Wywlokłam Gretę na spacer, nadal spokojnie.
Jest trochę po szóstej, mam mnóstwo czasu, a jakoś udało mi się o tym zapomnieć. Zorientowałam się kiedy w jakimś szaleńczym tempie robiłam sobie coś do jedzenia, jednocześnie włączałam komputer, przerzucałam rzeczy z miejsca na miejsce.
Wariatka.
Kiedy to się stało, że zapomniałam i pogubiłam siebie? Pamiętam oczywiście kontekst mojego wysiłku, pamiętam jak z Najlepszą Szefową i jeszcze jedną koleżanką zapitalałyśmy jak głupie, żeby ratować posterunek. Żadnego wolnego dnia, w tym soboty czy niedzieli, przez wiele miesięcy.
O tym kontekście pouczył mnie dzisiaj Neokier, że on jest mianowicie. Odparłam tylko, że dobrze to znam, a nawet lepiej niż on, bo siedzę w tym od siedmiu lat, na tym posterunku.
Więc pamiętam, ale zrozumiałam jak to jest, kiedy przesuwasz granicę wydaje się to nie mieć żadnego znaczenia. Do czasu, na przykład takiego jaki mi się przytrafił dzisiaj.
Idee były szczytne tylko, że szczytne idee w dzisiejszym świecie...
Widzę jakie są skutki. Po sobie, po Najlepszej Szefowej...
Cena jest za wysoka.
Czy było warto? Nie, nie było.
Tak jasny jest dla mnie obraz działania tego systemu, że aż mnie ciarki przechodzą. Za jakiś czas nikt, kto cokolwiek znaczy, wie i umie, nie spojrzy nawet w kierunku Publicznej Służby. Konsekwencje są łatwe do wyobrażenia, bo już dzisiaj to widać w szpitalach, przychodniach, na moim podwórku.
Pewnym symbolem upadku jest dla mnie zawieszona dumnie przy rejestracji ogromna, oprawiona w ramy tablica “OBOWIĄZKI PACJENTA”. Wynika z niej, że pacjent ma być grzeczny, nie przeszkadzać i nie śmierdzieć.
Zapytałam gdzie jest tablica z prawami pacjenta - dojedzie, może gdzieś za dwa tygodnie...
Rozmawiamy z Olą o tym, ona już też bliżej drzwi, powiedziała dzisiaj, że najbardziej ją porusza, że jednak to my przegrałyśmy. Tak bywa w życiu - powiedziałam - ale nie wiem czy tak jest do końca, bo własnego zwycięstwa po prostu nie zobaczymy.
Jednak warto nie było.
Nauczyłam się, że nie każdą sprawiedliwą wojnę jest sens zaczynać. Dzisiaj ci, którzy zaczynali z Najlepszą Szefową i ze mną walkę o to wszystko, nawet z nami nie rozmawiają. Epicentrum zła jestem ja, manipulantka i intrygantka, do tego nieuczciwa. Kocioł wrze za moimi plecami. Oskarżenia, oszczerstwa, syf.
Za późno się zorientowałam...
Trudno, nic nie poradzę.
Wczoraj w nocy dotarło do mnie coś, co nazwało się dzisiaj, że wierząc w dobro, kompletnie straciłam z oczu, że ono nie dla każdego jest drogowskazem. Nie wzięłam pod uwagę wielu rzeczy, bo sądziłam, że ludziom można wierzyć. Można, w ograniczony sposób. Nie zawsze kiedy mówią tak, myślą tak. Nie zawsze kiedy cię chwalą, to cię szanują. Nie zawsze uczciwie mówią co myślą.
A potem kierunek wiatru się zmieni i zostajesz jak... I przyjdzie ktoś, kto na twoich oczach w sekundy zniszczy coś, co budowało ileś osób. Żadna nawet nie jęknie. Tylko ja się musiałam stawiać. Znowu.
Podsumowania na mnie naszły. Przypominam sobie swoje początki, staże, pierwsze dni w pracy, pomyłki (jedną wspominam do dzisiaj z przerażeniem), sukcesy, twarze moich pacjentek i pacjentów, którzy zawsze byli i będą istotą mojej pracy. Miałam szczęście pracować, przez jakiś czas, z ludźmi chrzaniącymi system.
Miałam wiele szczęścia. Nadal mam. Stworzyłyśmy z Najlepszą Szefową wspaniałe miejsce, do którego przychodzą ludzie i dobrze się w nim czują.
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Jestem bardzo zmęczona, ale wracam do siebie.
Nie wiedziałam, że tyle mnie to kosztuje.
Wiele znosiłam, jako ta męczennica co najmniej, ale dotknięcie mojego wrażliwego, omnipotentnego ego musiało się tak skończyć. Inne ujęcie może wskazywać, że po prostu tak musiało być. Już mi się nawet nie chce zagłębiać, w jakże skomplikowaną sytuację posterunku. Nie mój posterunek, nie moje zagłębienia.
Równiuteńko tydzień temu Neokier, któremu włosy dęba stanęły na widok rozmiarów obowiązków wynikających z miejskiej dotacji, spojrzał na mnie nagle i zachciał, żebym to ja właśnie wzięła dodatkowe zajęcia. Gdyż tak, a poza tym pomoc posterunkowi, a nie od dziś w tym kraju wiadomo, że dobro posterunku jest dobrem wspólnym, a jeszcze nie ma kto za bardzo, a ponadto...
Elementem zabawnym było to, że wyznaczone zadanie nijak nie mieściło się w moich godzinach pracy, godziny pracy można zmienić. Tak uważa Neokier, z czym ja się akurat nie zgadzam. Powiedziałam nie.
Gretchen, to tamto, zrób. Nie. Sytuacja tego wymaga, Gretchen - zupełnie jakby mnie chciał zwerbować do odziału walczącego w powstaniu. Nie. Chyba, że zrobię to na zlecenie za dodatkowe pieniądze. Nie - tym razem on. No to nie - znów ja.
W tej sytuacji zamieniam prośbę na polecenie służbowe, jaka jest twoja odpowiedź? Moja odpowiedż wciąż jest nie, mam inne zobowiązania zawodowe, układałam ten grafik przez miesiąc, zaakceptowałeś go.
Ponieważ odmawiasz wykonania polecenia służbowego - tu poczułam się jakbym była w Afganistanie - jestem zmuszony napisać notatkę (!) do Derekcji (!!!). Pisz. Ale wiesz jakie będą tego konsekwencje - zrezygnuję ze współpracy z tobą. Rezygnuj,
Ostatecznie zadanie wykona ktoś inny, nieważne. Wyszłam tydzień temu z posterunku z myślą, że to już za dużo.
Czas szybko leci, jak to prawda na grzybach, znowu środa. Zebranie. Neokier cedzi do mnie, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia to on mi udziela nagany. Więc ja mu na to, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia, to ja składam wymówienie.
I złożyłam.
Następnie odniosłam się do bezzasadności nagany, nadmieniłam coś o tym, że nikt nigdy ze mną tak nie rozmawiał zawodowo i nie będzie. Szast prast, po wszystkim.
Ulga. Prawdziwa, przenikająca do szpiku kości.
Dzień służby kończył się o piątej, a to bardzo wcześnie jak dla kogoś, kto od lat wychodził przed ósmą. Idąc do domu, nie biegnąc, idąc sobie spacerem, bo nie miałam już żadnej pracy do dziewiątej wieczorem, ze zdumieniem stwierdzałam dostępność sklepów. Z radości kupiłam szczotkę do zamiatania, która jest sprytnie zaprzyjaźniona z szufelką. Nabyłam butelkę martini, jedzenie dla Rudej, odebrałam list polecony z poczty. Luksus.
Wywlokłam Gretę na spacer, nadal spokojnie.
Jest trochę po szóstej, mam mnóstwo czasu, a jakoś udało mi się o tym zapomnieć. Zorientowałam się kiedy w jakimś szaleńczym tempie robiłam sobie coś do jedzenia, jednocześnie włączałam komputer, przerzucałam rzeczy z miejsca na miejsce.
Wariatka.
Kiedy to się stało, że zapomniałam i pogubiłam siebie? Pamiętam oczywiście kontekst mojego wysiłku, pamiętam jak z Najlepszą Szefową i jeszcze jedną koleżanką zapitalałyśmy jak głupie, żeby ratować posterunek. Żadnego wolnego dnia, w tym soboty czy niedzieli, przez wiele miesięcy.
O tym kontekście pouczył mnie dzisiaj Neokier, że on jest mianowicie. Odparłam tylko, że dobrze to znam, a nawet lepiej niż on, bo siedzę w tym od siedmiu lat, na tym posterunku.
Więc pamiętam, ale zrozumiałam jak to jest, kiedy przesuwasz granicę wydaje się to nie mieć żadnego znaczenia. Do czasu, na przykład takiego jaki mi się przytrafił dzisiaj.
Idee były szczytne tylko, że szczytne idee w dzisiejszym świecie...
Widzę jakie są skutki. Po sobie, po Najlepszej Szefowej...
Cena jest za wysoka.
Czy było warto? Nie, nie było.
Tak jasny jest dla mnie obraz działania tego systemu, że aż mnie ciarki przechodzą. Za jakiś czas nikt, kto cokolwiek znaczy, wie i umie, nie spojrzy nawet w kierunku Publicznej Służby. Konsekwencje są łatwe do wyobrażenia, bo już dzisiaj to widać w szpitalach, przychodniach, na moim podwórku.
Pewnym symbolem upadku jest dla mnie zawieszona dumnie przy rejestracji ogromna, oprawiona w ramy tablica “OBOWIĄZKI PACJENTA”. Wynika z niej, że pacjent ma być grzeczny, nie przeszkadzać i nie śmierdzieć.
Zapytałam gdzie jest tablica z prawami pacjenta - dojedzie, może gdzieś za dwa tygodnie...
Rozmawiamy z Olą o tym, ona już też bliżej drzwi, powiedziała dzisiaj, że najbardziej ją porusza, że jednak to my przegrałyśmy. Tak bywa w życiu - powiedziałam - ale nie wiem czy tak jest do końca, bo własnego zwycięstwa po prostu nie zobaczymy.
Jednak warto nie było.
Nauczyłam się, że nie każdą sprawiedliwą wojnę jest sens zaczynać. Dzisiaj ci, którzy zaczynali z Najlepszą Szefową i ze mną walkę o to wszystko, nawet z nami nie rozmawiają. Epicentrum zła jestem ja, manipulantka i intrygantka, do tego nieuczciwa. Kocioł wrze za moimi plecami. Oskarżenia, oszczerstwa, syf.
Za późno się zorientowałam...
Trudno, nic nie poradzę.
Wczoraj w nocy dotarło do mnie coś, co nazwało się dzisiaj, że wierząc w dobro, kompletnie straciłam z oczu, że ono nie dla każdego jest drogowskazem. Nie wzięłam pod uwagę wielu rzeczy, bo sądziłam, że ludziom można wierzyć. Można, w ograniczony sposób. Nie zawsze kiedy mówią tak, myślą tak. Nie zawsze kiedy cię chwalą, to cię szanują. Nie zawsze uczciwie mówią co myślą.
A potem kierunek wiatru się zmieni i zostajesz jak... I przyjdzie ktoś, kto na twoich oczach w sekundy zniszczy coś, co budowało ileś osób. Żadna nawet nie jęknie. Tylko ja się musiałam stawiać. Znowu.
Podsumowania na mnie naszły. Przypominam sobie swoje początki, staże, pierwsze dni w pracy, pomyłki (jedną wspominam do dzisiaj z przerażeniem), sukcesy, twarze moich pacjentek i pacjentów, którzy zawsze byli i będą istotą mojej pracy. Miałam szczęście pracować, przez jakiś czas, z ludźmi chrzaniącymi system.
Miałam wiele szczęścia. Nadal mam. Stworzyłyśmy z Najlepszą Szefową wspaniałe miejsce, do którego przychodzą ludzie i dobrze się w nim czują.
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Jestem bardzo zmęczona, ale wracam do siebie.
Nie wiedziałam, że tyle mnie to kosztuje.
13 lutego 2011
Wszystko jest piosenką
Życie to snująca się opowieść...Nie...
Życie to snujące się równolegle opowieści o tym samym, albo o różnych sprawach. Jakoś chcemy czegoś, może zrozumieć, może zobaczyć, może dotknąć, poczuć, rozwiązać zagadki, o ile są. Tyle, że przecież każdy żyje we własnej rzeczywistości, na ile ją rozumie, umie kształtować, iść do przodu. Można też się cofnąć.
Wydaje nam się, że coś wiemy o czymś. Bywamy przekonani, że jesteśmy pewni. Określone rzeczy są określone, zdefiniowane, przeanalizowane i nasz wewnętrzny komputer wypluwa dane końcowe, oparte na rzetelnie zebranych danych cząstkowych. Niekoniecznie musi się nam to uzyskane podobać, ale raczej poczujemy ulgę związaną z końcem procesu przetwarzania.
I dalej żyjemy, wnosząc do własnego mikrokosmosu to uzyskane, które układamy na odpowiednich półkach. Najczęściej nie jest to nic takiego, co wstrząsnęłoby nami w posadach. Ot, takie coś.
Zdarza się, nie wiem jak często statystycznie, że dostaniemy list, albo ktoś zadzwoni, albo jedno i drugie, co obróci cały dotychczasowy obraz, skrzętnie noszony, w niwecz. Może się pomyliliśmy, a może nie, choć raczej tak, ale może nie...
Jak by nie było, trzeba budować od nowa. Nie zaraz całość, ale fragmenty, fundamenty, ściankę działową. Ileś tam kwestii trzeba na nowo ułożyć. Coś przywitać, coś pożegnać. Nie jest łatwo...
Nikt nie obiecywał, że życie będzie łatwe, a nasze definicje fenomenalne.
Możemy stanąć, całkiem mali, czy całkiem dorośli, wobec sytuacji całkowitej zmiany, za którą podąża przewartościowanie. Życie jest zaskakującym procesem.
Ale może to wszystko jest piosenką?
Może najwięcej zależy od tego w jaki sposób ją śpiewamy?
Bo można tak:
Ale można i tak:
Piosenka wciąż ta sama...
Przywiązujemy się do swojego sposobu śpiewania tak długo, jak nie wydarzy się coś, co zmusi nas do zastanowienia się nad tym, jak dalej chcemy.
Dawniej śpiewałam łagodnie, ostatnio ostrzej...
Uderzając w ścianę, uciekam w ciszę - niesie więcej odpowiedzi.
Choć wrzeszczeć mam wielką ochotę.
Rzucona na kolana przez Nieodwracalne, wyraźniej dostrzegam absurdy, które czasu nie liczą, a czas płynie. Upłynie. Zamknie wszystko.
Wygląda na to, że uczę się śpiewać od nowa.
Życie to snujące się równolegle opowieści o tym samym, albo o różnych sprawach. Jakoś chcemy czegoś, może zrozumieć, może zobaczyć, może dotknąć, poczuć, rozwiązać zagadki, o ile są. Tyle, że przecież każdy żyje we własnej rzeczywistości, na ile ją rozumie, umie kształtować, iść do przodu. Można też się cofnąć.
Wydaje nam się, że coś wiemy o czymś. Bywamy przekonani, że jesteśmy pewni. Określone rzeczy są określone, zdefiniowane, przeanalizowane i nasz wewnętrzny komputer wypluwa dane końcowe, oparte na rzetelnie zebranych danych cząstkowych. Niekoniecznie musi się nam to uzyskane podobać, ale raczej poczujemy ulgę związaną z końcem procesu przetwarzania.
I dalej żyjemy, wnosząc do własnego mikrokosmosu to uzyskane, które układamy na odpowiednich półkach. Najczęściej nie jest to nic takiego, co wstrząsnęłoby nami w posadach. Ot, takie coś.
Zdarza się, nie wiem jak często statystycznie, że dostaniemy list, albo ktoś zadzwoni, albo jedno i drugie, co obróci cały dotychczasowy obraz, skrzętnie noszony, w niwecz. Może się pomyliliśmy, a może nie, choć raczej tak, ale może nie...
Jak by nie było, trzeba budować od nowa. Nie zaraz całość, ale fragmenty, fundamenty, ściankę działową. Ileś tam kwestii trzeba na nowo ułożyć. Coś przywitać, coś pożegnać. Nie jest łatwo...
Nikt nie obiecywał, że życie będzie łatwe, a nasze definicje fenomenalne.
Możemy stanąć, całkiem mali, czy całkiem dorośli, wobec sytuacji całkowitej zmiany, za którą podąża przewartościowanie. Życie jest zaskakującym procesem.
Ale może to wszystko jest piosenką?
Może najwięcej zależy od tego w jaki sposób ją śpiewamy?
Bo można tak:
Ale można i tak:
Piosenka wciąż ta sama...
Przywiązujemy się do swojego sposobu śpiewania tak długo, jak nie wydarzy się coś, co zmusi nas do zastanowienia się nad tym, jak dalej chcemy.
Dawniej śpiewałam łagodnie, ostatnio ostrzej...
Uderzając w ścianę, uciekam w ciszę - niesie więcej odpowiedzi.
Choć wrzeszczeć mam wielką ochotę.
Rzucona na kolana przez Nieodwracalne, wyraźniej dostrzegam absurdy, które czasu nie liczą, a czas płynie. Upłynie. Zamknie wszystko.
Wygląda na to, że uczę się śpiewać od nowa.
5 lutego 2011
Poradnik dla kobiet: nigdy nie rób tego sama!
Jeżeli masz materac, a w sposób oczywisty masz materac, bo możesz nie mieć łóżka, ale materac musisz mieć. No chyba, że śpisz na karimacie, to ja się nie wtrącam.
Jeżeli jednak nie jesteś jakąś ekstremistką, to masz materac. Kobieta lubi spać wygodnie, cokolwiek to znaczy...
Przechodząc do rzeczy: nie ufaj swojemu materacowi! Nie ufaj jego producentowi! Oni teraz wypuszczają produkt posiadający możliwość zdjęcia tej wierzchniej warstwy, co ja nie wiem jak ona się nazywa, może być, że właśnie wierzchnią warstwą, choć wątpię. Przyczepiony do niej jest zazwyczaj suwak, biegnący niemal dokolutka. Nie całkiem dokolutka on biegnie - jedna strona zeszyta jest na amen, za co dziękować będziesz Bogu we wszystkich jego postaciach, o ile popełnisz ten błąd, który popełniłam ja. Suwak stanowi pokusę straszliwą, sugerując możliwość zdjęcia poszycia (może to ta nazwa? Wątpię...) i oddania go do prania...
Ha! Ha! Ha! - tak, to mój drwiący śmiech straszliwy, autoironiczny. Uległam pokusie, przyznaję ze wstydem. Tylu pokusom się bohatersko opieram, a uległam materacowi, żeby jeszcze na materacu, ale nie! Uległam, to straszne. Doprawdy nie pomnę kiedy to ta podstępna myśl mi przez głowę przeleciała, upuszczając ziarenko, które jęłło kiełkować. Nadszedł dzień w którym dziarsko, i bez najmniejszgo trudu, rozsunęłam suwak materaca, mechanizm dźwigni pomógł mi go wydostać z materaca właściwego, bym następnie z dumnie uniesioną głową, podreptała do pralni.
Jaki będzie ślicznie czysty i pachnący - myślałam - jaki zachwycający.
Idiotka, proszę państwa, idiotka.
W stosownym czasie, odebrałam okalającą warstwę wierzchnią z pralni, czystą, pachnącą i zachwycającą...
W domu spojrzałam na to wszystko, i już coś musiało mi zastukać w czerepik, bo władowałam rzecz do szafy, i czekam jak baba grzmotu. Za późno, trzeba było spać na zasyfionym, brudnym, jakimkolwiek, ale tego nie zdejmować za żadne skarby, oraz nigdy w życiu. Teraz to leżało w szafie i się domagało...
Materacyk ma 140x200 cm, akurat tyle, żebym zmieściła się ja, ogromniasty amstaff i całkiem mały kotek. Różne koleżaneczki się ze mnie śmieją, że faceta to ja już tam nie wcisnę, ale po co mi facet, którego trzeba gdzieś wciskać? Samiec alfa (alfa) znajduje sobie miejsce tak naturalnie, jak łóżko ma materac. Czy jakoś tak, nie mieszajmy wątków.
Siedziało mi, to siedzące w szafie, w głowie, dziurę w brzuchu wierciło, zatruwało życie pozbawione należytego komfortu spania. No to siup! - powiedziałam sobie pewnego wieczora. I faktycznie.
Nigdy, przenigdy nie zakładaj sama świeżo wypranej wierzchniej warstwy materaca! Zaprawdę powiadam ci niewiasto, nie czyń tego!
Po pierwsze okazuje się, że na pierwszy rzut oka, jedno w drugie nie wejdzie, choćby nie wiem co, ale jak jest się mną, to na takie sprawy uwagi się nie zwraca. Dalej, jakoś musisz to wszystko dźwignąć, rozłożyć, ułożyć, powyszarpywać. Następnie coś dzwignęła, opuścić musisz, żeby znowu ułożyć, powyszarpywać, dopasować.
Pod warunkiem, że jeszcze szlag jasny cię nie trafił, to teraz masz jeszcze do zapięcia, licząc po obwodzie: 140+200+140, co razem daje... 480 centymetrów.
To właśnie w tym miejscu podziękujesz Bogu, że kolejne dwa metry są zaszyte na amen.
Suwakujesz największą walizkę na świecie, próbując w niej upchnąć coś, co wcale nie zamierza się tam zmieścić. Jedyne co stanowi, jako takie wsparcie, to gąbka - podstawowy składnik materaca właściwego. Niestety jest ona owinięta w jakąś ścierę, lekko szamoczącą się. Poszycie ma od wewnątrz farfocle i nie wolno ci o nich zapomnieć, gdyż wkręcą się w suwak i kicha, panie, kicha.
Nie licz na zwierzęta domowe. Amstaff stał i ciekawie wąchał suwak, kotecek ułożył się od razu, na pierwszym wyłonionym fragmencie płaszczyzny. Więc kiedy ty wyglądasz już jak parujący parowóz, zwierzęta domowe mają się jak najlepiej.
Dobrze jest otworzyć balkon, dopływ tlenu spowoduje, że nadal będziesz miała czym oddychać, lecz nie zapominaj, by nie miotać słowami obelżywymi zbyt głośno. Miotać będziesz, nie oszukuj się.
Suwak może wbić ci się w palec, to bardzo prawdopodobne. Może się też wykrzywić. Będzie się zacinał, a to przez te farfocle.
Wcześniej czy później przysięgniesz sobie, że choćby słoń zrobił gigantyczną kupę na twoje łóżko, nigdy więcej nie zdejmiesz tego czegoś.
Ostatnia prosta i już. To już wygląda w ten sposób, że materac wygląda jak materac, ale miejscami cokolwiek powyginany. Bedzie mniejszy, co poznasz po prześcieradle.
Na pociechę dodam, że się wyprostuje dość szybko.
Reasumując: nigdy, przenigdy nie wpadaj na pomysł prania czegoś, czego założenie będzie okupione takim kosztem.
Jeśli w twoim przypadku można to odnieść do biustonosza, nic to nie zmienia.
Jeżeli jednak nie jesteś jakąś ekstremistką, to masz materac. Kobieta lubi spać wygodnie, cokolwiek to znaczy...
Przechodząc do rzeczy: nie ufaj swojemu materacowi! Nie ufaj jego producentowi! Oni teraz wypuszczają produkt posiadający możliwość zdjęcia tej wierzchniej warstwy, co ja nie wiem jak ona się nazywa, może być, że właśnie wierzchnią warstwą, choć wątpię. Przyczepiony do niej jest zazwyczaj suwak, biegnący niemal dokolutka. Nie całkiem dokolutka on biegnie - jedna strona zeszyta jest na amen, za co dziękować będziesz Bogu we wszystkich jego postaciach, o ile popełnisz ten błąd, który popełniłam ja. Suwak stanowi pokusę straszliwą, sugerując możliwość zdjęcia poszycia (może to ta nazwa? Wątpię...) i oddania go do prania...
Ha! Ha! Ha! - tak, to mój drwiący śmiech straszliwy, autoironiczny. Uległam pokusie, przyznaję ze wstydem. Tylu pokusom się bohatersko opieram, a uległam materacowi, żeby jeszcze na materacu, ale nie! Uległam, to straszne. Doprawdy nie pomnę kiedy to ta podstępna myśl mi przez głowę przeleciała, upuszczając ziarenko, które jęłło kiełkować. Nadszedł dzień w którym dziarsko, i bez najmniejszgo trudu, rozsunęłam suwak materaca, mechanizm dźwigni pomógł mi go wydostać z materaca właściwego, bym następnie z dumnie uniesioną głową, podreptała do pralni.
Jaki będzie ślicznie czysty i pachnący - myślałam - jaki zachwycający.
Idiotka, proszę państwa, idiotka.
W stosownym czasie, odebrałam okalającą warstwę wierzchnią z pralni, czystą, pachnącą i zachwycającą...
W domu spojrzałam na to wszystko, i już coś musiało mi zastukać w czerepik, bo władowałam rzecz do szafy, i czekam jak baba grzmotu. Za późno, trzeba było spać na zasyfionym, brudnym, jakimkolwiek, ale tego nie zdejmować za żadne skarby, oraz nigdy w życiu. Teraz to leżało w szafie i się domagało...
Materacyk ma 140x200 cm, akurat tyle, żebym zmieściła się ja, ogromniasty amstaff i całkiem mały kotek. Różne koleżaneczki się ze mnie śmieją, że faceta to ja już tam nie wcisnę, ale po co mi facet, którego trzeba gdzieś wciskać? Samiec alfa (alfa) znajduje sobie miejsce tak naturalnie, jak łóżko ma materac. Czy jakoś tak, nie mieszajmy wątków.
Siedziało mi, to siedzące w szafie, w głowie, dziurę w brzuchu wierciło, zatruwało życie pozbawione należytego komfortu spania. No to siup! - powiedziałam sobie pewnego wieczora. I faktycznie.
Nigdy, przenigdy nie zakładaj sama świeżo wypranej wierzchniej warstwy materaca! Zaprawdę powiadam ci niewiasto, nie czyń tego!
Po pierwsze okazuje się, że na pierwszy rzut oka, jedno w drugie nie wejdzie, choćby nie wiem co, ale jak jest się mną, to na takie sprawy uwagi się nie zwraca. Dalej, jakoś musisz to wszystko dźwignąć, rozłożyć, ułożyć, powyszarpywać. Następnie coś dzwignęła, opuścić musisz, żeby znowu ułożyć, powyszarpywać, dopasować.
Pod warunkiem, że jeszcze szlag jasny cię nie trafił, to teraz masz jeszcze do zapięcia, licząc po obwodzie: 140+200+140, co razem daje... 480 centymetrów.
To właśnie w tym miejscu podziękujesz Bogu, że kolejne dwa metry są zaszyte na amen.
Suwakujesz największą walizkę na świecie, próbując w niej upchnąć coś, co wcale nie zamierza się tam zmieścić. Jedyne co stanowi, jako takie wsparcie, to gąbka - podstawowy składnik materaca właściwego. Niestety jest ona owinięta w jakąś ścierę, lekko szamoczącą się. Poszycie ma od wewnątrz farfocle i nie wolno ci o nich zapomnieć, gdyż wkręcą się w suwak i kicha, panie, kicha.
Nie licz na zwierzęta domowe. Amstaff stał i ciekawie wąchał suwak, kotecek ułożył się od razu, na pierwszym wyłonionym fragmencie płaszczyzny. Więc kiedy ty wyglądasz już jak parujący parowóz, zwierzęta domowe mają się jak najlepiej.
Dobrze jest otworzyć balkon, dopływ tlenu spowoduje, że nadal będziesz miała czym oddychać, lecz nie zapominaj, by nie miotać słowami obelżywymi zbyt głośno. Miotać będziesz, nie oszukuj się.
Suwak może wbić ci się w palec, to bardzo prawdopodobne. Może się też wykrzywić. Będzie się zacinał, a to przez te farfocle.
Wcześniej czy później przysięgniesz sobie, że choćby słoń zrobił gigantyczną kupę na twoje łóżko, nigdy więcej nie zdejmiesz tego czegoś.
Ostatnia prosta i już. To już wygląda w ten sposób, że materac wygląda jak materac, ale miejscami cokolwiek powyginany. Bedzie mniejszy, co poznasz po prześcieradle.
Na pociechę dodam, że się wyprostuje dość szybko.
Reasumując: nigdy, przenigdy nie wpadaj na pomysł prania czegoś, czego założenie będzie okupione takim kosztem.
Jeśli w twoim przypadku można to odnieść do biustonosza, nic to nie zmienia.
27 stycznia 2011
Gretchen w Publicznej Służbie: Drgawki
No tak, dzień chwały i wolności był, i był tylko jeden. Praktycznie było ich kilkanaście, ale nic to wszystko warte nie jest.
W poniedziałek nadszedł Neokier z wieścią, że Derekcja zmieniwszy zdanie, bo policzywszy i wyszedłwszy jej z kalkulatora, że albo biorę ćwiartkę, albo mam się wynosić z powodu, że moje cztery dziesiąte (skracając: dwie piąte) nie mieszczą się we wspomnianym kalkulatorze.
Na moje podanie nie dostałam słowa odpowiedzi, jedynie ustne przekazanie przez Neokiera, że mogę zrobić jak nakazują, albo...
Zagotowałam się i to jest zapewne najdłuższe wrzenie od czasów, w których wrzałam ostatnio, co nie jest zbyt długo. Nadal się gotuję.
Prawdę mówiąc w ogóle nie wiem po co ja to piszę, pisać o tym mi się już nie chce. Przecież można to wszystko zamieścić w jednym zdaniu i tyle, a ja tutaj sobie niby snuję, że opowieść jakaś ma wyniknąć.
Nie ma opowieści. Jest tylko walenie w rogi ludzi, którzy latami budowali renomę naszego posterunku, jest manipulacja, ukrywanie intencji, krętactwo i syf.
Trochę mnie śmieszy, że to wszystko sprowadziła, na swoją i reszty głowę, jedna z koleżanek, która chciała mieć zaznajomionego szefuńcia a koleżanka ta walczyła ze mną dzielnie latami, ale jak już tak na to wszystko patrzę, to nawet mi jej żal.
Może być, że wyleci w pierwszej turze all inclusiv.
Przychodzi lekko podstarzały samiec, z pretensjami, że nie jest alfa i nigdy nie będzie, a przecież reinkarnacją pocieszać go nie będę. Tym bardziej, że nie widzę tendencji progresywnej, ale mniejsza z tym. Przychodzi. Nie pyta, nie rozejrzy się nawet, bo oto spełniło się marzenie jego życia! Został kerownikem posterunku! Raaaaaany!
I ten gość ewidentnie onanizuje się, w ujęciu psychologicznym na szczęście, osiągniętą pozycją, bezkresnym oceanem możliwości jakie pod koniec życia zawodowego przed nim się rozpostarły, władzą, mocą i takimi tam co mężczyźni zazwyczaj lubią, choć nie każdy zaraz adekwatnie sytuację czyta.
Oto bowiem nasz Neokier, w swojej nagle i niespodziewanie odzyskanej samczości, gówno wie i jeszcze mniej rozumie. Widzę to, i najbardziej na świecie cieszy mnie możliwość wrzucenia jednego zdania, które powoduje, że powietrze z niego uchodzi jak z balonika.
Ja mam zły charakter, tylko czasem się ukrywam.
Z drugiej strony jednak, jak się wkracza w zespół ludzi pracujących ze sobą od lat, którym udało się stworzyć coś co działa, co ludziom pasuje, co budzi szacunek wśród pacjentów, a się nie umie nad tym pochylić to jest się dupa, a nie żołnierz.
Jak się nie wie NIC o zakontraktowanych usługach, a sięga się gdzie wzrok nie sięga, to jest się młokosem z właściwą młokosowi naiwnością.
Ale nade wszystkim, pozostając kamerdynerem nie powinno się siadać w fotelu prezesa, bo to żałosne jest dość i brzydko pachnie.
Mali mężczyźni są najgorsi.
Jemu się wydaje, że tego wszystkiego nie widać i to jest najbardziej żałosne. No dobrze, może jeszcze bardziej żałosne jest to, że nie chcąc powiedzieć jak będzie, czy co planuje, mówi nie wiem.
Wczoraj:
On: Derekcja policzyła [coś okropnie dużo tam liczą ostatnio] i oznajmiła mi, że liczba etatów ma wynosić 4.
Gretchen: Cztery?
On: Tak, cztery. Tyle wystarczy.
Gretchen: Jak zamierzasz zmieścić osiem osób, blisko osiem etatów, w czterech etatach?
On: ekhm... no... ekhm... Tak policzyła przy mnie derekcja...
Gretchen: Co to oznacza?
On: Nie wiem... ekhm...
Gretchen: Moim zdaniem to oznacza redukcję zatrudnienia w połowie, tak mniej więcej, bo to wynika z matematyki. Tak będzie?
On: Nie wiem...
Nie wie! Kłamie, albo jest idiotą. Nie lubię idiotów. Kłamców mogę lubić o tyle, o ile kłamią pięknie, ale to też nie jest ten przypadek.
Chłopaczyna prowadzona jak cielę, bo mu rozbłysła gwiazda, czy inna kometa.
Wiem, wiem, zionę jadem.
Tydzień temu okazało się, że nasza rejestracja nie może się tak nazywać, bo się Neokierowi kojarzy z obozem koncentacyjnym. Zaproponował nadanie nazwy “pokój pierwszego kontaktu”. Pozwoliłam sobie na uwagę, że jeśli już można otwarcie mówić o skojarzeniach, to mojej skromnej osobie “pokój pierwszego kontaktu” kojarzy się seksualnie.
Ostatecznie kwestię przełożono na przyszłość.
Zapewne tę, w której nie będzie mnie, z moimi komentarzami.
Dodatkowo nasz Neokier rozgrywa sprawę po mistrzowsku, na pewnym poziomie: każdemu mówi co innego, już ma faworytę, coś powie i się wycofa, używa zwrotów typu “my”, że niby zespół i on, udaje zainteresowanie, niczego nie przesądza, gdyż każda sprawa jest do rozstrzygnięcia przez my. Przyciśnięty wyduka nie wiem.
Jeszcze mamy tę Kobietę Rejestrującą, zatrudnioną uczciwie i wedle kompetencji, tylko nie wiedzieć czemu jest z Derekcją na po imieniu. Zapewne zbieg okoliczności.
Dziewczyna pracuje trzy tygodnie, a ma wyższą pensję niż terapeuci. Kolejny zbieg okoliczności.
Ponieważ ma wykształcenie psychologiczne, to zaraz się ją wyśle na szkolenia dla terapeutów, bo to przecież żadna przeszkoda takie zatrudnienie administracyjne, a nie merytoryczne.
Niektórym to się okoliczności zbiegają, że miło popatrzeć.
Jak ja nienawidzę czegoś takiego. Krętactwa, rżenia uczciwym ludziom w pysk, bo złodziejstwo ma większą siłę przebicia i lepiej jest umiejscowione. Nienawidzę.
Aktualnie robię, żadna to nowina, za wioskową wariatkę, która popadniętą będąc w paranoję, kręci się jak bączek i kasandrzy. Może tu jest jakiś moment krytyczny.
Ludzie, z którymi pracowałam uznali mnie za źródło zła. Kiedy dzisiaj, jako jedyna, wprost bronię przeszłości posterunku, to mają dysonans poznawczy, pardą.
Neokier z pewnością ma dane z Centrali i na moje oko to najlepiej byłoby się mnie pozbyć.
Najlepsza Szefowa jest na zwolnieniu, bo konsekwencje zawsze człowieka dościgną, a do tego umarła jej mama. Umówmy się zresztą, że jej też lepiej się pozbyć.
A ja, waham się między walnięciem drzwiami, a zatrzymaniem ćwiartki, żeby nie było debilizmowi zbyt komfortowo... I raz jestem za jednym, a raz za drugim.
Trudno mi patrzeć, mimo wszystko, jak te wszystkie lata budowania idą precz.
Trudno, choć mam już swoje miejsce.
Trudno, bo to też było moje.
Nie tak przecież dawno wszyscy byliśmy cudownym zespołem ludzi, którzy pomagając innym, byli razem.
Jaki byłby sens tej walki dzisiaj? I o co ona by się toczyła?
Chyba nie umiem się pogodzić z tym, że idąc w swoją stronę, daję przyzwolenie, że odpuszczam, że z czymś dla mnie ważnym ktoś zrobi, co zechce.
A to przecież nie jest moje, jest elementem większej układanki.
Praw fizyki pan nie zmienisz, nie bądź pan głąb.
- Ciebie Gretchen też się to tyczy - mruknęła Druga.
- Dawno nie rozmawiałyśmy...
- To nie ten tekst Gretchen, pogadamy kiedy indziej.
W poniedziałek nadszedł Neokier z wieścią, że Derekcja zmieniwszy zdanie, bo policzywszy i wyszedłwszy jej z kalkulatora, że albo biorę ćwiartkę, albo mam się wynosić z powodu, że moje cztery dziesiąte (skracając: dwie piąte) nie mieszczą się we wspomnianym kalkulatorze.
Na moje podanie nie dostałam słowa odpowiedzi, jedynie ustne przekazanie przez Neokiera, że mogę zrobić jak nakazują, albo...
Zagotowałam się i to jest zapewne najdłuższe wrzenie od czasów, w których wrzałam ostatnio, co nie jest zbyt długo. Nadal się gotuję.
Prawdę mówiąc w ogóle nie wiem po co ja to piszę, pisać o tym mi się już nie chce. Przecież można to wszystko zamieścić w jednym zdaniu i tyle, a ja tutaj sobie niby snuję, że opowieść jakaś ma wyniknąć.
Nie ma opowieści. Jest tylko walenie w rogi ludzi, którzy latami budowali renomę naszego posterunku, jest manipulacja, ukrywanie intencji, krętactwo i syf.
Trochę mnie śmieszy, że to wszystko sprowadziła, na swoją i reszty głowę, jedna z koleżanek, która chciała mieć zaznajomionego szefuńcia a koleżanka ta walczyła ze mną dzielnie latami, ale jak już tak na to wszystko patrzę, to nawet mi jej żal.
Może być, że wyleci w pierwszej turze all inclusiv.
Przychodzi lekko podstarzały samiec, z pretensjami, że nie jest alfa i nigdy nie będzie, a przecież reinkarnacją pocieszać go nie będę. Tym bardziej, że nie widzę tendencji progresywnej, ale mniejsza z tym. Przychodzi. Nie pyta, nie rozejrzy się nawet, bo oto spełniło się marzenie jego życia! Został kerownikem posterunku! Raaaaaany!
I ten gość ewidentnie onanizuje się, w ujęciu psychologicznym na szczęście, osiągniętą pozycją, bezkresnym oceanem możliwości jakie pod koniec życia zawodowego przed nim się rozpostarły, władzą, mocą i takimi tam co mężczyźni zazwyczaj lubią, choć nie każdy zaraz adekwatnie sytuację czyta.
Oto bowiem nasz Neokier, w swojej nagle i niespodziewanie odzyskanej samczości, gówno wie i jeszcze mniej rozumie. Widzę to, i najbardziej na świecie cieszy mnie możliwość wrzucenia jednego zdania, które powoduje, że powietrze z niego uchodzi jak z balonika.
Ja mam zły charakter, tylko czasem się ukrywam.
Z drugiej strony jednak, jak się wkracza w zespół ludzi pracujących ze sobą od lat, którym udało się stworzyć coś co działa, co ludziom pasuje, co budzi szacunek wśród pacjentów, a się nie umie nad tym pochylić to jest się dupa, a nie żołnierz.
Jak się nie wie NIC o zakontraktowanych usługach, a sięga się gdzie wzrok nie sięga, to jest się młokosem z właściwą młokosowi naiwnością.
Ale nade wszystkim, pozostając kamerdynerem nie powinno się siadać w fotelu prezesa, bo to żałosne jest dość i brzydko pachnie.
Mali mężczyźni są najgorsi.
Jemu się wydaje, że tego wszystkiego nie widać i to jest najbardziej żałosne. No dobrze, może jeszcze bardziej żałosne jest to, że nie chcąc powiedzieć jak będzie, czy co planuje, mówi nie wiem.
Wczoraj:
On: Derekcja policzyła [coś okropnie dużo tam liczą ostatnio] i oznajmiła mi, że liczba etatów ma wynosić 4.
Gretchen: Cztery?
On: Tak, cztery. Tyle wystarczy.
Gretchen: Jak zamierzasz zmieścić osiem osób, blisko osiem etatów, w czterech etatach?
On: ekhm... no... ekhm... Tak policzyła przy mnie derekcja...
Gretchen: Co to oznacza?
On: Nie wiem... ekhm...
Gretchen: Moim zdaniem to oznacza redukcję zatrudnienia w połowie, tak mniej więcej, bo to wynika z matematyki. Tak będzie?
On: Nie wiem...
Nie wie! Kłamie, albo jest idiotą. Nie lubię idiotów. Kłamców mogę lubić o tyle, o ile kłamią pięknie, ale to też nie jest ten przypadek.
Chłopaczyna prowadzona jak cielę, bo mu rozbłysła gwiazda, czy inna kometa.
Wiem, wiem, zionę jadem.
Tydzień temu okazało się, że nasza rejestracja nie może się tak nazywać, bo się Neokierowi kojarzy z obozem koncentacyjnym. Zaproponował nadanie nazwy “pokój pierwszego kontaktu”. Pozwoliłam sobie na uwagę, że jeśli już można otwarcie mówić o skojarzeniach, to mojej skromnej osobie “pokój pierwszego kontaktu” kojarzy się seksualnie.
Ostatecznie kwestię przełożono na przyszłość.
Zapewne tę, w której nie będzie mnie, z moimi komentarzami.
Dodatkowo nasz Neokier rozgrywa sprawę po mistrzowsku, na pewnym poziomie: każdemu mówi co innego, już ma faworytę, coś powie i się wycofa, używa zwrotów typu “my”, że niby zespół i on, udaje zainteresowanie, niczego nie przesądza, gdyż każda sprawa jest do rozstrzygnięcia przez my. Przyciśnięty wyduka nie wiem.
Jeszcze mamy tę Kobietę Rejestrującą, zatrudnioną uczciwie i wedle kompetencji, tylko nie wiedzieć czemu jest z Derekcją na po imieniu. Zapewne zbieg okoliczności.
Dziewczyna pracuje trzy tygodnie, a ma wyższą pensję niż terapeuci. Kolejny zbieg okoliczności.
Ponieważ ma wykształcenie psychologiczne, to zaraz się ją wyśle na szkolenia dla terapeutów, bo to przecież żadna przeszkoda takie zatrudnienie administracyjne, a nie merytoryczne.
Niektórym to się okoliczności zbiegają, że miło popatrzeć.
Jak ja nienawidzę czegoś takiego. Krętactwa, rżenia uczciwym ludziom w pysk, bo złodziejstwo ma większą siłę przebicia i lepiej jest umiejscowione. Nienawidzę.
Aktualnie robię, żadna to nowina, za wioskową wariatkę, która popadniętą będąc w paranoję, kręci się jak bączek i kasandrzy. Może tu jest jakiś moment krytyczny.
Ludzie, z którymi pracowałam uznali mnie za źródło zła. Kiedy dzisiaj, jako jedyna, wprost bronię przeszłości posterunku, to mają dysonans poznawczy, pardą.
Neokier z pewnością ma dane z Centrali i na moje oko to najlepiej byłoby się mnie pozbyć.
Najlepsza Szefowa jest na zwolnieniu, bo konsekwencje zawsze człowieka dościgną, a do tego umarła jej mama. Umówmy się zresztą, że jej też lepiej się pozbyć.
A ja, waham się między walnięciem drzwiami, a zatrzymaniem ćwiartki, żeby nie było debilizmowi zbyt komfortowo... I raz jestem za jednym, a raz za drugim.
Trudno mi patrzeć, mimo wszystko, jak te wszystkie lata budowania idą precz.
Trudno, choć mam już swoje miejsce.
Trudno, bo to też było moje.
Nie tak przecież dawno wszyscy byliśmy cudownym zespołem ludzi, którzy pomagając innym, byli razem.
Jaki byłby sens tej walki dzisiaj? I o co ona by się toczyła?
Chyba nie umiem się pogodzić z tym, że idąc w swoją stronę, daję przyzwolenie, że odpuszczam, że z czymś dla mnie ważnym ktoś zrobi, co zechce.
A to przecież nie jest moje, jest elementem większej układanki.
Praw fizyki pan nie zmienisz, nie bądź pan głąb.
- Ciebie Gretchen też się to tyczy - mruknęła Druga.
- Dawno nie rozmawiałyśmy...
- To nie ten tekst Gretchen, pogadamy kiedy indziej.
13 stycznia 2011
Tajemnice życia Gretchen w ujęciu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a także Administacji
Przedwczoraj wyrzekłam na życie, że przestało mnie zaskakiwać, bo nic czego bym nie przewidziała się nie dzieje, a ja w końcu jestem wiedźmą, choć jedynie krótkiego i średniego zasięgu.
Jak w polskim filmie nic się nie dzieje, popatrzę w lewo, popatrzę w prawo, zapalę papierosa, dialogi za to niektóre są dobre. Niezłe nawet one są te dialogi, ale tak czy inaczej chce się wyjść z kina normalnie.
Pojawiający się mężczyźni chcą seksu, bo czegóż miałby chcieć więcej od Gretchen dany osobnik płci przeciwnej, w pracy daje się zaobserwować jedną z najpiękniejszych katastrof w jakich uczestniczyłam, dzień do dnia podobny, a jedyne co ostatnio urozmaica codzienność to kolejne pogrzeby.
Z której strony nie spojrzeć, to i tak widać, że niespodziewanego spodziewać się nie można. Więc wyrzekłam sobie głośno, na co Pino mi odpowiedziała oj, kusisz los, kusisz.
Gdyby ktoś mnie zapytał, to osobiście nie mam wrażenia, że kuszę kogokolwiek, w tym zawiera się i los, ale nikomu też odbierać nie będę prawa do własnej opinii.
Specyficznie zdefiniowana nuda, zamknięta w ramkach przewidywalności biegnących wydarzeń, złapała mnie w swoje szpony i trzyma gardłowo.
W końcu żadna to rozrywka, że Eksmen napisze kolejnego maila o tym, jak bardzo ślimaczą się bankowe procedury zwalniające mnie z kredytu na nieruchomość, która od blisko ośmiu miesięcy nie jest już moją własnością. Pewnego pieprzu sprawie dodaje myśl, że Eksmenowi cegła na głowę spadnie w drewnianym kościele i w wyniku tego doniosłego wydarzenia ja stracę wszystko co mam, gdyż bank zwróci swe oblicze w moim kierunku z uprzejmą prośbą o spłatę należnej kwoty. Wystarczy jednak sobie wyjaśnić, że on przecież nie chodzi do kościołów, a cegły same z siebie na człowieka nie lecą i już jest jakoś lżej.
W przypadku braku adrenaliny, mogę też pomyśleć o swojej bezdennej głupocie, wyrażającej się zrzeczeniem prawa własności z nieruchomości ZANIM zobowiązanie kredytowe było przepisane na Eksmena wyłącznie i tej dziecinnej wierze w jego zapewnienie, że tak chce bank. Ale potem sobie myślę, że nie jestem piranią, suką, czy czymś mniej więcej takim, i od razu mi się poprawia, a także uspokaja.
Zatem nuda.
Nowy kierownik jest tak... no, jakby to elegancko... tak bezbarwny (brawo!), że szkoda gadać.
Całkiem nowa droga zawodowa dostarcza radości z domieszką przygody. Tak, to prawda jest.
Całokształt spowodował zakrzyknięcie, o którym na wstępie.
Dzisiaj, po porannym spacerze z Gretą, co miało miejsce gdzieś około południa (dobry piesek), zajrzałam do swojej skrzynki na listy. Poniewierało się tam, smętnie i samotniczo, awizo. Wzięłam biedactwo z westchnięciem, że pewnie znowu ci od prądu się denerwują, że nie zapłaciłam w terminie. Sprawdziłam datę, wjechałam na górę (o dziwo, winda zadziałała), wrzuciłam karteczkę do torebki i wyszłam do pracy.
Przez okna, nówki poczty wyremontowanej jak ta lala, zobaczyłam, że nie ma kolejki, więc weszłam.
Pani przyniosła kopertkę i tam bazgrze na tych swoich karteczkach, a ja łypię ciekawie.
Ministerstwo Spraw Wewnętrzych i Administracji.
Departament Spraw Obywatelskich.
Wydział Udostępniania Informacji.
?!?!?!?!?!?
Wyszłam z poczty i zachowując wszelkie procedury spokoju, zupełnie nie przewidując treści, odczuwając pewną radość, że to wszak nie ci od prądu, rozerwałam kopertę.
Czytam:
Uprzejmie informuję, że do Wydziału Udostępniania Informacji Departamentu Spraw Obywatelskich MSWiA zwróciła się Pani (imię i nazwisko) z prośbą o udostępnienie adresu Pani Gretchen, córki... urodzonej... w celu odszukania i nawiązania kontaktów z cioteczną siostrą.
W związku z powyższym... itd.
Yyyyyyyyy...?
W pierwszym odruchu się wzruszyłam, że ktoś w ogóle mnie poszukuje, że poszukuje mnie ktoś z rodziny wzruszyło mnie w dwójnasób.
Ale kto to może być?
Dzwonię do Matki Mojej - matka jest tylko jedna i takie rzeczy wie z całą pewnością. Moja jest tylko jedna, ale mówi do mnie yyyyyyyyy? i stoimy w miejscu, ale przynajmniej już we dwie. Matka duka wstrząśnięta, że to nikt z jej strony, bo niby kto?
- Więc może - mówi - to od strony ojca twego?
- Mamo, jeśli nie z twojej strony, to z całą pewnością ze strony ojca, bo takiej awangardy, żeby mieć więcej rodziców niż dwoje nie ma nawet w naszej rodzinie - odpowiadam dumna z siebie.
Matka moja potwierdza skwapliwie. Zaczynam dochodzenie, ale nie mam zbyt wielkiego wsparcia.
- Ty się zupełnie nie nadajesz na Holmesa, mamo! - rozgorycznie w moim głosie słychać wyraźnie. - Weź pomyśl, kto to może być. Przecież jeśli jest to moja cioteczna siostra, to musiało być tam jakieś dziecko mniej więcej w moim wieku!
- Dlaczego mniej więcej w twoim?
- Boże! Mamo! No przecież chyba nie mam osiemdziesięcioletniej ciotecznej siostry?
- Raczej nie, faktycznie... Ale to nazwisko jest bez sensu.
- Dziewczyna mogła wyjść za mąż, tak? I już nie nosi tego samego nazwiska, co rodzice.
- No tak. Poza tym z dziesięciorga rodzeństwa twojego tatusia [jak ja lubię jak ona mówi tatusia], tylko trzech było chłopaków, reszta to dziewczyny, więc...
- No! Więc ona i panieńskie może mieć zupełnie inne niż ja!
- Dziwna sprawa.
- No dziwna.
- Ale czego oni od ciebie chcą? Martwię się.
- Bo ty to się zawsze martwisz. Nie wiem czego chcą, nie wiedziałam nawet o istnieniu takiej procedury. Może ojciec umarł [tu w tle pojawia się myśl o kolejnym pogrzebie...], albo jest ciężko chory, albo coś odziedziczyłam, albo już sama nie wiem co...
- Ja też nie wiem. Co zamierzasz?
- Zadzwonię tam, do tego Wydziału i dopytam jakie mam podać dane.
- Nie dawaj adresu!
- Bosz...
- Co?
- Nie jestem upośledzona, o czym powinnaś wiedzieć najlepiej.
- Nie chcę, żebyś miała jakieś kłopoty.
- Wiem, ale może to coś miłego. Kurka.
No i tak sobie gawędzimy jak ślepa gęś prowadząca kulawe prosię.
W otoczeniu wrze. Nasza psychiatrzyca wykazuje ożywienie od dawna nie dające się zauważyć, Najlepsza Szefowa wybałusza się na tekst pisma ministerialnego, Ola niemal śpiewa i tańczy, że super serial brazylijski, i że ona też by tak chciała. Pino się zastanawia czy to nie jakiś psychopata, który chce mnie zamordować.
Ja czuję niezdrowe podrygiwanie w sobie.
Plan jest prosty, przynajmniej w pierwszym kroku: zadzwonię do Wydziału i dowiem się tego niewiele, czego mogę się dowiedzieć, a potem pomyślę co dalej.
Siostra cioteczna w celu odszukania i nawiązania kontaktów... Yhmm...
Szkoda, że nie jakiś big, bad and handsome man...
Cioteczna siostra...
Yhmmm...
Jak w polskim filmie nic się nie dzieje, popatrzę w lewo, popatrzę w prawo, zapalę papierosa, dialogi za to niektóre są dobre. Niezłe nawet one są te dialogi, ale tak czy inaczej chce się wyjść z kina normalnie.
Pojawiający się mężczyźni chcą seksu, bo czegóż miałby chcieć więcej od Gretchen dany osobnik płci przeciwnej, w pracy daje się zaobserwować jedną z najpiękniejszych katastrof w jakich uczestniczyłam, dzień do dnia podobny, a jedyne co ostatnio urozmaica codzienność to kolejne pogrzeby.
Z której strony nie spojrzeć, to i tak widać, że niespodziewanego spodziewać się nie można. Więc wyrzekłam sobie głośno, na co Pino mi odpowiedziała oj, kusisz los, kusisz.
Gdyby ktoś mnie zapytał, to osobiście nie mam wrażenia, że kuszę kogokolwiek, w tym zawiera się i los, ale nikomu też odbierać nie będę prawa do własnej opinii.
Specyficznie zdefiniowana nuda, zamknięta w ramkach przewidywalności biegnących wydarzeń, złapała mnie w swoje szpony i trzyma gardłowo.
W końcu żadna to rozrywka, że Eksmen napisze kolejnego maila o tym, jak bardzo ślimaczą się bankowe procedury zwalniające mnie z kredytu na nieruchomość, która od blisko ośmiu miesięcy nie jest już moją własnością. Pewnego pieprzu sprawie dodaje myśl, że Eksmenowi cegła na głowę spadnie w drewnianym kościele i w wyniku tego doniosłego wydarzenia ja stracę wszystko co mam, gdyż bank zwróci swe oblicze w moim kierunku z uprzejmą prośbą o spłatę należnej kwoty. Wystarczy jednak sobie wyjaśnić, że on przecież nie chodzi do kościołów, a cegły same z siebie na człowieka nie lecą i już jest jakoś lżej.
W przypadku braku adrenaliny, mogę też pomyśleć o swojej bezdennej głupocie, wyrażającej się zrzeczeniem prawa własności z nieruchomości ZANIM zobowiązanie kredytowe było przepisane na Eksmena wyłącznie i tej dziecinnej wierze w jego zapewnienie, że tak chce bank. Ale potem sobie myślę, że nie jestem piranią, suką, czy czymś mniej więcej takim, i od razu mi się poprawia, a także uspokaja.
Zatem nuda.
Nowy kierownik jest tak... no, jakby to elegancko... tak bezbarwny (brawo!), że szkoda gadać.
Całkiem nowa droga zawodowa dostarcza radości z domieszką przygody. Tak, to prawda jest.
Całokształt spowodował zakrzyknięcie, o którym na wstępie.
Dzisiaj, po porannym spacerze z Gretą, co miało miejsce gdzieś około południa (dobry piesek), zajrzałam do swojej skrzynki na listy. Poniewierało się tam, smętnie i samotniczo, awizo. Wzięłam biedactwo z westchnięciem, że pewnie znowu ci od prądu się denerwują, że nie zapłaciłam w terminie. Sprawdziłam datę, wjechałam na górę (o dziwo, winda zadziałała), wrzuciłam karteczkę do torebki i wyszłam do pracy.
Przez okna, nówki poczty wyremontowanej jak ta lala, zobaczyłam, że nie ma kolejki, więc weszłam.
Pani przyniosła kopertkę i tam bazgrze na tych swoich karteczkach, a ja łypię ciekawie.
Ministerstwo Spraw Wewnętrzych i Administracji.
Departament Spraw Obywatelskich.
Wydział Udostępniania Informacji.
?!?!?!?!?!?
Wyszłam z poczty i zachowując wszelkie procedury spokoju, zupełnie nie przewidując treści, odczuwając pewną radość, że to wszak nie ci od prądu, rozerwałam kopertę.
Czytam:
Uprzejmie informuję, że do Wydziału Udostępniania Informacji Departamentu Spraw Obywatelskich MSWiA zwróciła się Pani (imię i nazwisko) z prośbą o udostępnienie adresu Pani Gretchen, córki... urodzonej... w celu odszukania i nawiązania kontaktów z cioteczną siostrą.
W związku z powyższym... itd.
Yyyyyyyyy...?
W pierwszym odruchu się wzruszyłam, że ktoś w ogóle mnie poszukuje, że poszukuje mnie ktoś z rodziny wzruszyło mnie w dwójnasób.
Ale kto to może być?
Dzwonię do Matki Mojej - matka jest tylko jedna i takie rzeczy wie z całą pewnością. Moja jest tylko jedna, ale mówi do mnie yyyyyyyyy? i stoimy w miejscu, ale przynajmniej już we dwie. Matka duka wstrząśnięta, że to nikt z jej strony, bo niby kto?
- Więc może - mówi - to od strony ojca twego?
- Mamo, jeśli nie z twojej strony, to z całą pewnością ze strony ojca, bo takiej awangardy, żeby mieć więcej rodziców niż dwoje nie ma nawet w naszej rodzinie - odpowiadam dumna z siebie.
Matka moja potwierdza skwapliwie. Zaczynam dochodzenie, ale nie mam zbyt wielkiego wsparcia.
- Ty się zupełnie nie nadajesz na Holmesa, mamo! - rozgorycznie w moim głosie słychać wyraźnie. - Weź pomyśl, kto to może być. Przecież jeśli jest to moja cioteczna siostra, to musiało być tam jakieś dziecko mniej więcej w moim wieku!
- Dlaczego mniej więcej w twoim?
- Boże! Mamo! No przecież chyba nie mam osiemdziesięcioletniej ciotecznej siostry?
- Raczej nie, faktycznie... Ale to nazwisko jest bez sensu.
- Dziewczyna mogła wyjść za mąż, tak? I już nie nosi tego samego nazwiska, co rodzice.
- No tak. Poza tym z dziesięciorga rodzeństwa twojego tatusia [jak ja lubię jak ona mówi tatusia], tylko trzech było chłopaków, reszta to dziewczyny, więc...
- No! Więc ona i panieńskie może mieć zupełnie inne niż ja!
- Dziwna sprawa.
- No dziwna.
- Ale czego oni od ciebie chcą? Martwię się.
- Bo ty to się zawsze martwisz. Nie wiem czego chcą, nie wiedziałam nawet o istnieniu takiej procedury. Może ojciec umarł [tu w tle pojawia się myśl o kolejnym pogrzebie...], albo jest ciężko chory, albo coś odziedziczyłam, albo już sama nie wiem co...
- Ja też nie wiem. Co zamierzasz?
- Zadzwonię tam, do tego Wydziału i dopytam jakie mam podać dane.
- Nie dawaj adresu!
- Bosz...
- Co?
- Nie jestem upośledzona, o czym powinnaś wiedzieć najlepiej.
- Nie chcę, żebyś miała jakieś kłopoty.
- Wiem, ale może to coś miłego. Kurka.
No i tak sobie gawędzimy jak ślepa gęś prowadząca kulawe prosię.
W otoczeniu wrze. Nasza psychiatrzyca wykazuje ożywienie od dawna nie dające się zauważyć, Najlepsza Szefowa wybałusza się na tekst pisma ministerialnego, Ola niemal śpiewa i tańczy, że super serial brazylijski, i że ona też by tak chciała. Pino się zastanawia czy to nie jakiś psychopata, który chce mnie zamordować.
Ja czuję niezdrowe podrygiwanie w sobie.
Plan jest prosty, przynajmniej w pierwszym kroku: zadzwonię do Wydziału i dowiem się tego niewiele, czego mogę się dowiedzieć, a potem pomyślę co dalej.
Siostra cioteczna w celu odszukania i nawiązania kontaktów... Yhmm...
Szkoda, że nie jakiś big, bad and handsome man...
Cioteczna siostra...
Yhmmm...
Subskrybuj:
Posty (Atom)