Od dawna twierdzę, że tylko Tomasz Terlikowski umie pisać tak, że jest w stanie obudzić we mnie zapał polemiczny w sprawach, w których mamy podobną opinię.
Od równie dawna powstrzymuję się od polemiki z redaktorem i filozofem, bo to niczemu nie służy.
Lanie wody, bicie piany i inne czynności sensu głębszego pozbawione.
Ale dzisiaj miałam naprawdę ciężki dzień.
Zobaczyłam, że Tomasz Terlikowski napisał kolejny tekst, że podobno jest debilem więc sobie pomyślałam: cóż ten świat znowu uczynił, że pan Tomasz w tak przewrotny sposób chce dać mu odpór.
Pan Tomasz jak zwykle o aborcji.
Trochę jest monotematyczny, choć w gruncie rzeczy mogło być jeszcze o homoseksualistach. na ten przykład weźmy: jestem debilem, bo nie jestem gejem, a za tym cały arsenał uzasadnień zrównujących drugiego człowieka homoseksualnego z poziomem gruntu, o ile nie niżej.
Niżej jest już chyba tylko piekło. Nie wiem.
Dzisiaj jednak o aborcji. W pewnym sensie.
Więc ja się zgadzam z Tomaszem Terlikowskim, że aborcja jest zabijaniem.
Że to Małe na to nie zasługuje, też się zgadzam.
Że to jest życie - nie mam wątpliwości. Zawsze tak myślałam, bez względu na to jak moje poglądy zmieniały się w kwestiach rozmaitych.
Nie chce mi się zastanawiać nad momentem, od którego to jest Życie. Nie mam takiej potrzeby - życie to życie i już.
Co prawda ostatnio gdzieś przeczytałam, że spirale dlatego są mordercze, bo zapłodniona komórka jajowa nie może się zagnieździć we właściwym miejscu, więc dziecko umiera z głodu... Dla mnie to pachnie jakąś propagandą, ale nie zmienia mojego myślenia o zapłodnionej komórce jajowej.
Miejmy nadzieję, że sprawa jest jasna.
Mam pewne przypuszczenie, dość przerażające, że w kwestii życia jestem bardziej fundamentalna od pana Tomasza Terlikowskiego, co stwierdzam tyleż odpowiedzialnie co poważnie.
Dla mnie nie tylko zapłodniona komórka jajowa jest życiem.
Jest nią również roślina doniczkowa w moim domu ( ludność zbliżona do mnie, już raczej nie daje mi kwiatów ciętych po moich wynurzeniach o ich - kwiatów - urywanej niesprawiedliwie i dla estetyki egzystencji), a także wszelkie napotykane rośliny, zwierzęta, owady.
W tym komary.
Jedyne co zabijam, a i tak mam galopujące poczucie winy, to karaluchy. Na szczęście mnie nie odwiedzają, ale zdarzyło się i do dzisiaj sobie to wyrzucam.
Uzasadnienie, że nie mogłabym z nimi żyć z powodu obrzydzenia i strachu, wcale mnie nie tłumaczy.
Jednego uratowałam kiedyś w kraju tropikalnym, ale nie własnymi rękami i zapewne dla odkupienia win za współplemieńców.
Pająków boję się okropnie, co być może świadczy o tym, że jeszcze zachowałam jakieś cechy kobiety... Ale ich też nie zabijam. Opracowałam metodę szklanki i kartki do wyprowadzania złośliwców na zewnątrz.
Tyle tytułem wprowadzenia do świata szanującego życie.
Na moim tle redaktor Terlikowski jest libertyński do granic, założę się.
Inna rzecz, że ja nie mam misji wyjaśniania i prowadzenia ludzkości ku Prawdzie. Ludzkość świetnie daje sobie radę beze mnie, co i lepiej dla ludzkości.
Mogłabym pisać, że komary należy oszczędzać, ale po co?
Retournons a nos moutons...
Tomasz Terlikowski uzasadniając, że jest debilem czyni to pozornie, co wyjaśnia choćby pobieżna lektura tekstu.
Nie mogę się nie zgodzić, że to jest dobrze nie zabijać dzieci, w tym własnych, że dobrze jest nie zdradzać żony (w tym z mężczyzną, będąc mężczyzną), że całkiem fajnie kiedy mężczyzna nie jest dziwkarzem (nie zaraz każdy zdradzający jest dziwkarzem, tu dokonałabym pewnego rozróżnienia...).
Co prawda nie jestem za tym, żeby mężczyźni byli debilami, ale nie zamierzam udawać, że nie wiem o co panu Tomaszowi chodzi.
Oczy moje brązowe otwierają się szeroko kiedy czytam takie zdanie wypływające ze szlachetnej filozoficznej klawiatury:
“Pisałem o morderstwie, a kara śmierci nią nie jest. I jeszcze jedno: jeśli coś jest złem, to jest nim niezależnie od tego, czy w jakims kraju to coś jest dopuszczalne czy nie. Proszę się zatem bardziej wysilić.”
i dalej:
“Morderstwo jest zabiciem niewinnej osoby. Kara śmierci jest zabiciem winnej osoby, by chronić społeczeństwo. Widać różnicę???”
Nie widać.
Definicja filozoficzna morderstwa jest taka, że jest to zabicie niewinnej osoby. Bardzo piękna definicja.
Tu jest klu, pardą le mot.
Albo się jest za życiem, albo się jest za niektórym życiem.
Bo ja to widzę tak, że albo życie jest wartością najwyższą, samo w sobie, bez względu na okoliczności, albo nie jest i można dopuścić wyjątki.
Jeśli zaczynamy wartościować życie na przynależność jego do osoby winnej i niewinnej, to o czym rozmawiamy? Nadal o Życiu jako wartości samej w sobie, czy już o czymś innym?
Bo jeśli o czymś innym, to ja bardzo proszę o trochę wyrozumiałości dla ludzi podejmujących decyzję o aborcji. W szczególności dla zgwałconych kobiet. Pokornie upraszam.
Pozostając w sferze wartości, zupełnie nie mieszanej ze sferą oczeczeń sądów, czy naprawdę zawsze wiemy kogo i czy słusznie skazujemy na karę śmierci? A może tutaj już właśnie jest to zamieszanie?
Bo czy Tomasz Terlikowski dopuści morderczy, acz sprawiedliwy, bo zaiwiniony, samosąd? Czy nie dopuści?
Uproszczę.
Mam wrażenie, że Tomasz Terlikowski wyznaczył sobie, szczytny skądinąd cel, upominania się o życie tych nienarodzonych istot. To jest piękne, a raczej byłoby, gdyby w swojej obronie Życia był konsekwentny.
Oczywiście można walczyć o prawo do Życia (jako wartości) jednych, lekko mając tę samą wartość wobec innych, bo zmieniają się warunki brzegowe.
Czy więc ja, taka Gretchen, nie zabijająca żadnej żywej istoty (oby Ci z Góry wybaczyli mi te trzy karaluchy!), a istotę żywą rozumiem bardzo szeroko, jestem bardziej debilem, czy mniej debilem?
Ciekawa rzecz... Nie nauczam, nie nawracam, nie narzucam. W ogóle niewiele od ludzi chcę, a już z cała pewnością nie oczekuję podzielania moich poglądów.
I siedzimy sobie dwa dni temu z Baśką na trawie, a ona pac i zabija komara, który mnie żre.
- Nie zabijaj, żesz kurka - mówię spokojnie, aczkolwiek poważnie.
- Ojej! Przepraszam... - i widzę, że jest naprawdę przejęta.
Walka zawsze wyzwala opór.
Konsekwencja i spokój są bardziej skuteczne.
Trzeba tylko cierpliwości.
Ludzie nie są debilami. Popełniają błędy,podejmują straszliwe decyzje, dokonują czynów okropnych. Niekiedy.
Ci ludzie, to każdy z nas.
http://terlikowski.salon24.pl/233805,dlaczego-jestem-debilem#comment_3315515
30 września 2010
28 września 2010
Pierwsze ostatnie spotkanie
Małgosia odchodzi.
Jest jeszcze, jeszcze można by było się trochę pooszukiwać, że może...
Ale nie.
Nie chcę słodkiego smaku gorzkiego kłamstwa, chcę przytomnie i prawdziwie się pożegnać.
Dopóki można, dopóki Ona jest jeszcze taka jak była zawsze.
Prawie taka.
Umówiłyśmy się na środę. Mam dziwne wrażenie, że obie wiemy po co to spotkanie - zagroziłam, że jeżeli odwoła pod dowolnym pretekstem, to dostanie kopa.
Znam ją. Mogłaby to zrobić, chociaż liczę na to, że jestem dla Niej na tyle ważna, że tego nie zrobi.
Dociera do mnie, że będę żyła w świecie bez Niej...
A kiedyś...
Kiedyś rechotałyśmy, że jak nas już wszystko na starość zeźli, to zamieszkamy w chacie gdzieś w górach i jako dwie stare, mądre baby usiądziemy na ganku, pod pledzikami, i snuć będziemy mądrości o życiu i ludziach.
...
Obie jesteśmy takie, albo takie ze sobą, że... Że nie będzie miejsca na tanie pociechy, piękne słówka, powierzchowność.
Mam mętlik w głowie. Chwilami mówię sobie, że nie muszę się do tego przygotowywać aż tak, bo mogę pojechać jeszcze za tydzień, za dwa.
Jeszcze w zielone gramy...
A jeśli nie?
Z Nią tak jest. Nie odbiera telefonów, nie chce odwiedzin. A potem odbiera i się umawiamy. Więc nie wiem jak będzie następnym razem i czy następny raz będzie...
Nie chcę tego zmarnować.
Gonitwa myśli po mózgu i uczuć po sercu.
Jak utrzymać kontakt z Tamtej Strony?
Jak powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób jakie zesłali mi Ci z Góry, że zmieniła tak wiele, że mój świat bez niej jest dla mnie nie do wyobrażenia?
Dlaczego tak idiotycznie i arogancko potraktowałyśmy czas?
Jak Jej jest odchodzić?
Chciałabym coś Jej ofiarować, i żeby Ona mi coś dała swojego, żebym mogła to mieć.
Chciałabym z Nią popłakać.
Kilka lat temu dała mi taki magnesik w prezencie. Obrazek, na którym jest napisane zawsze będziesz moim przyjacielem, wiesz zbyt dużo.
Śmiałyśmy się z tego...
Zawsze będzie moim przyjacielem...
Czy mogłabym ją jakoś odprowadzić, kawałek chociaż?
Czy cokolwiek mogę zrobić?
Dziwne, bo nie czuję żalu. To nie jest to uczucie.
Nie wiem...
Nie wiem jak określić stan kiedy świadomie żegnasz się z kimś bardzo, bardzo ważnym...
Jakbym odprowadzała Ją do pociągu.
Jedziemy na dworzec, wchodzimy na peron, podjeżdża pociąg, wchodzi na schodki, na korytarz... Już się nie słyszymy, bo wagony klimatyzowane i okna się nie otwierają więc można tylko uśmiechem, gestem dłoni przekazać Ostatnie...
Pociąg rusza...
Jeszcze się widzimy...
Mogę chwilę podbiec...
Pociągi są szybsze od ludzi...
To teraz się czuję jak byśmy umówiły się, że razem pojedziemy na dworzec.
Niby mnóstwo czasu przed nami i wszystko się da.
Mam spore doświadczenie w pożegnaniach, bo z tego składa się moje życie od zawsze, ale nigdy tak...
Z różnych podróży ludzie wracają.
Nie z tej.
Jest jeszcze trochę czasu, jakie to szczęście...
Jakie to szczęście, że mam szansę powiedzieć Jej to, co dzisiaj jest tylko pętelką wszystkiego.
Ułoży się we mnie.
Jeszcze nawet nie zamówiłyśmy taksówki na dworzec...
Jest jeszcze, jeszcze można by było się trochę pooszukiwać, że może...
Ale nie.
Nie chcę słodkiego smaku gorzkiego kłamstwa, chcę przytomnie i prawdziwie się pożegnać.
Dopóki można, dopóki Ona jest jeszcze taka jak była zawsze.
Prawie taka.
Umówiłyśmy się na środę. Mam dziwne wrażenie, że obie wiemy po co to spotkanie - zagroziłam, że jeżeli odwoła pod dowolnym pretekstem, to dostanie kopa.
Znam ją. Mogłaby to zrobić, chociaż liczę na to, że jestem dla Niej na tyle ważna, że tego nie zrobi.
Dociera do mnie, że będę żyła w świecie bez Niej...
A kiedyś...
Kiedyś rechotałyśmy, że jak nas już wszystko na starość zeźli, to zamieszkamy w chacie gdzieś w górach i jako dwie stare, mądre baby usiądziemy na ganku, pod pledzikami, i snuć będziemy mądrości o życiu i ludziach.
...
Obie jesteśmy takie, albo takie ze sobą, że... Że nie będzie miejsca na tanie pociechy, piękne słówka, powierzchowność.
Mam mętlik w głowie. Chwilami mówię sobie, że nie muszę się do tego przygotowywać aż tak, bo mogę pojechać jeszcze za tydzień, za dwa.
Jeszcze w zielone gramy...
A jeśli nie?
Z Nią tak jest. Nie odbiera telefonów, nie chce odwiedzin. A potem odbiera i się umawiamy. Więc nie wiem jak będzie następnym razem i czy następny raz będzie...
Nie chcę tego zmarnować.
Gonitwa myśli po mózgu i uczuć po sercu.
Jak utrzymać kontakt z Tamtej Strony?
Jak powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób jakie zesłali mi Ci z Góry, że zmieniła tak wiele, że mój świat bez niej jest dla mnie nie do wyobrażenia?
Dlaczego tak idiotycznie i arogancko potraktowałyśmy czas?
Jak Jej jest odchodzić?
Chciałabym coś Jej ofiarować, i żeby Ona mi coś dała swojego, żebym mogła to mieć.
Chciałabym z Nią popłakać.
Kilka lat temu dała mi taki magnesik w prezencie. Obrazek, na którym jest napisane zawsze będziesz moim przyjacielem, wiesz zbyt dużo.
Śmiałyśmy się z tego...
Zawsze będzie moim przyjacielem...
Czy mogłabym ją jakoś odprowadzić, kawałek chociaż?
Czy cokolwiek mogę zrobić?
Dziwne, bo nie czuję żalu. To nie jest to uczucie.
Nie wiem...
Nie wiem jak określić stan kiedy świadomie żegnasz się z kimś bardzo, bardzo ważnym...
Jakbym odprowadzała Ją do pociągu.
Jedziemy na dworzec, wchodzimy na peron, podjeżdża pociąg, wchodzi na schodki, na korytarz... Już się nie słyszymy, bo wagony klimatyzowane i okna się nie otwierają więc można tylko uśmiechem, gestem dłoni przekazać Ostatnie...
Pociąg rusza...
Jeszcze się widzimy...
Mogę chwilę podbiec...
Pociągi są szybsze od ludzi...
To teraz się czuję jak byśmy umówiły się, że razem pojedziemy na dworzec.
Niby mnóstwo czasu przed nami i wszystko się da.
Mam spore doświadczenie w pożegnaniach, bo z tego składa się moje życie od zawsze, ale nigdy tak...
Z różnych podróży ludzie wracają.
Nie z tej.
Jest jeszcze trochę czasu, jakie to szczęście...
Jakie to szczęście, że mam szansę powiedzieć Jej to, co dzisiaj jest tylko pętelką wszystkiego.
Ułoży się we mnie.
Jeszcze nawet nie zamówiłyśmy taksówki na dworzec...
21 września 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Po drugiej stronie lustra...
Właściwie w pierwszych słowach swego listu powinnam wygłosić kolejny, i jakże uzasadniony, poemat na swoją cześć, ale nie mam pewości czy poematy się wygłasza, oraz mam pewność, że nie przez każdego zaraz jest to mile widziane.
Gdybym jednak miała samą siebie chwalić, to z pewnością doceniłabym swój profesjonalizm,
dostrzeganie pacjenta,
w pacjencie człowieka,
w człowieku cierpienie,
w cierpieniu zrozumienie dla pragnienia ulgi.
Zostawiam to jednak na boku.
Jakoś miesiąc temu przeszłam na drugą stronę lustra w swoim obcowaniu z Publiczną Służbą.
Już i dotychczasowa łatwą nie była, a ta nowa okazała się tym, o czym dotąd słyszałam od ludzi, czyli czymś jeszcze bardziej koszmarnym, o ile nie po prostu zobiektywizwanym koszmarem.
Miałam w życiu szczęście nie chorować, nie uszkadzać się, o ile nie liczyć operacji w Nowym Dworze Gdańskim w ciemnym roku 1982 - kto by o tym dziś pamiętał...
Szczęście, jak to szczęście, nie jest zbyt wierne i do człowieka przywiązane, co się okazało niedawno przy złamaniu paliczka palca małego ręki lewej, pardą.
Rejestracja ostrego dyżuru:
Pooooooooooooowolna pani, ale uwierzyła mi na słowo, że jestem ubezpieczona. Git.
Instrukcje dała jasne.
Rentgen ostrego dyżuru:
Bardzo miła pani.
Zapytana czy złamany szczerze odpowiada, że tak i nawet chce pokazać, lecz rezygnuję.
Lekarz na ostrym dyżurze:
Pan doktór se rozmawia przez telefon i ewidentnie umawia się na fajoską imprezkę, nic mi do tego, ale napiernicza i puchnie, puchnie i napiernicza...
Brak kontaktu wzrokowego z dopuszczonym przed oblicze pacjentem, minimalny i niechętny kontakt fizyczny z przyczyną wizyty, a to tylko palec - chyba nic obrzydliwego?
Mały, bezbronny palec ze złamanym paliczkiem w podstawie, co on winien?
- I co teraz? - pytam cokolwiek spanikowana.
- Gips - odpowiada stanowczo doktór.
- Będzie bolało? - staram się być kobietą w tych niesprzyjających warunkach, ale jestem tylko palcem ze zdjęcia rentgenowskiego.
- Trochę będzie - doktór mówi jak do żołnierza tuż po walce.
Gipsiarz:
Poznany po chwili, jest dość miły, ale cały czas pogwizduje poświstując. Łatwo jemu, oj łatwo, a ja w życiu nie miałam nic złamanego więc trzęsę się jak osika i zagaduję pana uroczo, jak to tylko ja potrafię, w nadziei, że może ten palec zaklei należycie.
No niby się udało. Ładny gips, bielutki, z bandażykiem, dwa palce w środku. Zapewne po to, żeby ten mały się nie bał, że został sam. Taka jest moja teoria.
Za dziesięć dni kontrola.
Minęło dni dziesięć jakby żółw je na plecach swoich taszczył.
Pojawiam się w przychodni przy szpitalu.
Jestem umówiona (buahahahaha!) na poranną dziesiątą, a tu kolejeczka zakręcona jak ogonek świnki. Rejestruję się i idę do gabinetu 4. Kolejeczka zakręcona podwójnie, bo i ci do doktóra na dzień dobry, oraz co po zdjęciach.
Dwie godziny później siedzę w gabinecie.
Lekarz w przychodni specjalistycznej:
brak kontaktu wzrokowego z pacjentem, za to poczucie humoru rewelacyjne. To, z tych nieco czarnych poczuć, z lekką domieszką inteligencji i błyskotliwości.
Nie jest rewelacyjnie, ale na tyle dobrze, że palec nie będzie mi przeszkadzał w sięganiu po rewolwer.
Doceniam.
Kontrola za nieco ponad dwa tygodnie.
Kolejki do rejestracji nie ma. Do gabinetu 4 jest, ale sprawnie idzie, do rentgena mniej sprawnie, ale też idzie. W końcu życie nie znosi próżni i wszystko jakoś tam idzie. Grunt, żeby się nie zastanawiać jak.
Doktór... Nie ten pierwszy i nie ten drugi, trzeci jest on już.
- Co się stało?
- Palec złamałam.
- Który?
- Mały.
- Czyli piąty.
- Której ręki?
- Lewej - odpowiadam, ale już mnie ponosi.
- I co? Gips miał być zdjęty?
- Mnie pan pyta, panie doktorze? - przekąs jest na granicy słyszalności. - Tu jest moja karta.
Doktór bierze jakiś świstek i zakreśla, że uprasza się o zdjęcie gipsu.
Pozwolił zdjąć gips, zrobić zdjęcie palcu, nakazał powrót.
Wykonałam wszystko zgodnie z poleceniem i nawracam.
Doktór oczywiście nie ma kontaktu wzrokowego z pacjentem, prosi o okazanie palca “jak wygląda klinicznie”, ale za chwilę już o tym nie pamięta, gdyż jednocześnie (ależ oni mają podzielną uwagę, ja cię...) wypisuje receptę dla innej pacjentki.
Wraca do mnie, patrzy na zdjęcie:
- Źle się zrosło, proszę Pani. Na wszystko jest już za późno. Na ustawienie, na operację.
- Słucham?
- No tak.
- Pana kolega dwa tygodnie temu mówił coś innego.
Cisza.
- Trzeba więc zrobić operację - nie ma logiki na medycynie?
- Pan żartuje?
- Niestety nie. Trzeba włożyć płytkę. Na razie dam pani skierowanie na rehabilitację. Kontrola za trzy, cztery tygodnie.
- Którego, mniej więcej? - pytam grzecznie.
- Mniej więcej za trzy, cztery tygodnie. To wszystko.
Jeszcze dałam radę zapisać się na tę kontrolną wizytę zanim potargały mną dreszcze niespokojne.
Wyszłam na powietrze, zapaliłam papierosa i rozryczałam się z bezsilności, wściekłości i ogólnego żalu do świata.
Nie korzystam z argumentu pracy w Publicznej Służbie, nie skorzystałam również i z tego, że ktoś dla mnie bliski (a już niestety nieżyjący) uczył tych wszystkich patałachów i klękali przed nim na kolana. Nie robię tego z głębokiego przekonania, że lekarz to lekarz.
Moja naiwność będzie kiedyś legendarna, albo stanie się przedmiotem dowcipów.
Ja wiem, że ludzie mają większe problemy, że są połamani w każdym sensie i do tego rozlegle. Wiem. Ale to jest mój palec, moja dłoń, moja ręka. Ja.
Co prawda chwilowo mam raczej poczucie, że ktoś mi wymienił tę rękę na cudzą, bo jakoś tak dziwnie wygląda...
Wiele można zrzucić na system, syf, słabe zasilenie konta, ale własnego, osobistego , zawodowego zejścia na psy nie da się uzasadnić inaczej niż tylko brakiem...
Pozostaję po swojej stronie lustra.
Gdybym jednak miała samą siebie chwalić, to z pewnością doceniłabym swój profesjonalizm,
dostrzeganie pacjenta,
w pacjencie człowieka,
w człowieku cierpienie,
w cierpieniu zrozumienie dla pragnienia ulgi.
Zostawiam to jednak na boku.
Jakoś miesiąc temu przeszłam na drugą stronę lustra w swoim obcowaniu z Publiczną Służbą.
Już i dotychczasowa łatwą nie była, a ta nowa okazała się tym, o czym dotąd słyszałam od ludzi, czyli czymś jeszcze bardziej koszmarnym, o ile nie po prostu zobiektywizwanym koszmarem.
Miałam w życiu szczęście nie chorować, nie uszkadzać się, o ile nie liczyć operacji w Nowym Dworze Gdańskim w ciemnym roku 1982 - kto by o tym dziś pamiętał...
Szczęście, jak to szczęście, nie jest zbyt wierne i do człowieka przywiązane, co się okazało niedawno przy złamaniu paliczka palca małego ręki lewej, pardą.
Rejestracja ostrego dyżuru:
Pooooooooooooowolna pani, ale uwierzyła mi na słowo, że jestem ubezpieczona. Git.
Instrukcje dała jasne.
Rentgen ostrego dyżuru:
Bardzo miła pani.
Zapytana czy złamany szczerze odpowiada, że tak i nawet chce pokazać, lecz rezygnuję.
Lekarz na ostrym dyżurze:
Pan doktór se rozmawia przez telefon i ewidentnie umawia się na fajoską imprezkę, nic mi do tego, ale napiernicza i puchnie, puchnie i napiernicza...
Brak kontaktu wzrokowego z dopuszczonym przed oblicze pacjentem, minimalny i niechętny kontakt fizyczny z przyczyną wizyty, a to tylko palec - chyba nic obrzydliwego?
Mały, bezbronny palec ze złamanym paliczkiem w podstawie, co on winien?
- I co teraz? - pytam cokolwiek spanikowana.
- Gips - odpowiada stanowczo doktór.
- Będzie bolało? - staram się być kobietą w tych niesprzyjających warunkach, ale jestem tylko palcem ze zdjęcia rentgenowskiego.
- Trochę będzie - doktór mówi jak do żołnierza tuż po walce.
Gipsiarz:
Poznany po chwili, jest dość miły, ale cały czas pogwizduje poświstując. Łatwo jemu, oj łatwo, a ja w życiu nie miałam nic złamanego więc trzęsę się jak osika i zagaduję pana uroczo, jak to tylko ja potrafię, w nadziei, że może ten palec zaklei należycie.
No niby się udało. Ładny gips, bielutki, z bandażykiem, dwa palce w środku. Zapewne po to, żeby ten mały się nie bał, że został sam. Taka jest moja teoria.
Za dziesięć dni kontrola.
Minęło dni dziesięć jakby żółw je na plecach swoich taszczył.
Pojawiam się w przychodni przy szpitalu.
Jestem umówiona (buahahahaha!) na poranną dziesiątą, a tu kolejeczka zakręcona jak ogonek świnki. Rejestruję się i idę do gabinetu 4. Kolejeczka zakręcona podwójnie, bo i ci do doktóra na dzień dobry, oraz co po zdjęciach.
Dwie godziny później siedzę w gabinecie.
Lekarz w przychodni specjalistycznej:
brak kontaktu wzrokowego z pacjentem, za to poczucie humoru rewelacyjne. To, z tych nieco czarnych poczuć, z lekką domieszką inteligencji i błyskotliwości.
Nie jest rewelacyjnie, ale na tyle dobrze, że palec nie będzie mi przeszkadzał w sięganiu po rewolwer.
Doceniam.
Kontrola za nieco ponad dwa tygodnie.
Kolejki do rejestracji nie ma. Do gabinetu 4 jest, ale sprawnie idzie, do rentgena mniej sprawnie, ale też idzie. W końcu życie nie znosi próżni i wszystko jakoś tam idzie. Grunt, żeby się nie zastanawiać jak.
Doktór... Nie ten pierwszy i nie ten drugi, trzeci jest on już.
- Co się stało?
- Palec złamałam.
- Który?
- Mały.
- Czyli piąty.
- Której ręki?
- Lewej - odpowiadam, ale już mnie ponosi.
- I co? Gips miał być zdjęty?
- Mnie pan pyta, panie doktorze? - przekąs jest na granicy słyszalności. - Tu jest moja karta.
Doktór bierze jakiś świstek i zakreśla, że uprasza się o zdjęcie gipsu.
Pozwolił zdjąć gips, zrobić zdjęcie palcu, nakazał powrót.
Wykonałam wszystko zgodnie z poleceniem i nawracam.
Doktór oczywiście nie ma kontaktu wzrokowego z pacjentem, prosi o okazanie palca “jak wygląda klinicznie”, ale za chwilę już o tym nie pamięta, gdyż jednocześnie (ależ oni mają podzielną uwagę, ja cię...) wypisuje receptę dla innej pacjentki.
Wraca do mnie, patrzy na zdjęcie:
- Źle się zrosło, proszę Pani. Na wszystko jest już za późno. Na ustawienie, na operację.
- Słucham?
- No tak.
- Pana kolega dwa tygodnie temu mówił coś innego.
Cisza.
- Trzeba więc zrobić operację - nie ma logiki na medycynie?
- Pan żartuje?
- Niestety nie. Trzeba włożyć płytkę. Na razie dam pani skierowanie na rehabilitację. Kontrola za trzy, cztery tygodnie.
- Którego, mniej więcej? - pytam grzecznie.
- Mniej więcej za trzy, cztery tygodnie. To wszystko.
Jeszcze dałam radę zapisać się na tę kontrolną wizytę zanim potargały mną dreszcze niespokojne.
Wyszłam na powietrze, zapaliłam papierosa i rozryczałam się z bezsilności, wściekłości i ogólnego żalu do świata.
Nie korzystam z argumentu pracy w Publicznej Służbie, nie skorzystałam również i z tego, że ktoś dla mnie bliski (a już niestety nieżyjący) uczył tych wszystkich patałachów i klękali przed nim na kolana. Nie robię tego z głębokiego przekonania, że lekarz to lekarz.
Moja naiwność będzie kiedyś legendarna, albo stanie się przedmiotem dowcipów.
Ja wiem, że ludzie mają większe problemy, że są połamani w każdym sensie i do tego rozlegle. Wiem. Ale to jest mój palec, moja dłoń, moja ręka. Ja.
Co prawda chwilowo mam raczej poczucie, że ktoś mi wymienił tę rękę na cudzą, bo jakoś tak dziwnie wygląda...
Wiele można zrzucić na system, syf, słabe zasilenie konta, ale własnego, osobistego , zawodowego zejścia na psy nie da się uzasadnić inaczej niż tylko brakiem...
Pozostaję po swojej stronie lustra.
14 września 2010
Ambiwalencja w gipsie
Nie mogę ostatnio wyrobić sobie stabilnego stosunku do życia. To znaczy nie wiem jak je traktować z perspektywy filozoficznej i codziennej. Ambiwalencja taka.
Jak już się na coś prawie zdecyduję, to natychmiast pojawi się coś wprowadzające niepewność w przyjętym paradygmacie.
Oczywiście nie mam zamiaru mieć pretensji o zmienność, istnienie dobra i zła, przyjemności i przykrości - sama wielokrotnie podkreślałam, że to właśnie jest życie i takie ma być, i tak jest w porządku, choćbyśmy nic z tego nie rozumieli.
Ale nie w takim tempie!
Ci z Góry Znaki dają.
Szkoda tylko, że bez instrukcji jak je czytać, cholera.
Koniec sierpnia, a właściwie od połowy sierpnia, być może i od 15 sierpnia ciągnęłam się z sobą na kompletnej rezerwie sił, energii i tych takich, co to są potrzebne do bycia słoneczkiem. Wymyśliłam więc, niczym koło, urlop.
Policzyłam skrupulatnie i wyszło mi, że cały wrzesień mogę się lenić, relaksować, pławić w nicnierobieniu, a jeszcze mi prawie tydzień w zapasie zostanie, gdyby znowu zapaliła się lampka rezerwy.
Pasłam się tą myślą i pasłam. Dni mijały, sierpień chylił się ku końcowi, wrzesień szykował do wejścia na scenę.
No i w ostatnią sobotę miesiąca letniego, podczas rutynowego spaceru z Gretą, runęłam na ziemię.
Tak po prostu.
Potknęłam się o nią tracąc równowagę w taki sposób, że wyrżnęłam widowiskowo w chodnik łamiąc sobie przy tym palec lewej dłoni.
Widowisko było raczej nisko budżetowe, bilety się nie sprzedały więc widziała to tylko Greta i wtedy pierwszy raz dostrzegłam w jej oczach zdziwienie. Mimo młodego wieku pies już wie, że jeśli leżę na chodniku, to nie jest to tak zupełnie codzienne i ma rację, gdyż rzadko wyleguję się na chodnikach w okolicach swojego domu zwłaszcza.
Szybciej wracałam niż wychodziłam, pomna napadu paniki jaki mi się kiedyś przytrafił.
Dzwonię do Baśki, że potrzebuję pomocy, a w tle mój mózg mówi bardzo ładnie Gretchen, książkowo - potrzebuję pomocy.
Ostry dyżur, Publiczna Służba po drugiej stronie lustra, gips.
Boli jak jasna cholera.
Puchnie, sinieje, napiernicza i znowu sinieje, puchnie...
Naturalną koleją rzeczy zaczynam się nad sobą użalać, że jak ja sobie teraz poradzę z jedną ręką do dyspozycji, że życie jest podłe, nikt mnie nie rozumie, jak umyję włosy, dobrze, że można kupić pokrojone produkty do spożycia, dziwna jest ta moja karma i tak dalej mniej więcej.
Z drugiej strony to tylko mały palec, lewej nie prawej dłoni, ręka nie noga, palec nie nadgarstek, nadal mam trzy palce wolne, a jak dodać pięć pozostałych to już w sumie osiem...
Więc właściwie jest źle, czy dobrze?
Półtora tygodnia później, już w czasie wymarzonego urlopu, wysiadam z autobusu i niezbyt stawiam stopę na stopniu, coś przeskoczyło w okolicach małego palca (!) prawej stopy.
Nie przeszkadza mi to w chodzeniu, aczkolwiek boli.
Struchlałam, że złamanie i w tym samym momencie przysięgam sobie, że nie pójdę do lekarza, bo na takie pośmiewisko się nie wystawię.
Unikam spotkań z jakąkolwiek ludnością. Dopiero setki razy opowiedziałam co się stało z paluszkiem, a już musiałabym opowiadać co z nóżką.
Chrzanię, ukrywam się.
Szczęśliwie zaraz musiałam jechać do Wrocławia uczyć ludzi, co sprzyjało konspiracji w stopniu niemal doskonałym.
Widok mojej stopy przerażał mnie bardziej i bardziej. W zaskakujących miejscach pojawiły się takie sine obrzydlistwa. Puchnie, sinieje, napiernicza.
Bogowie!
Altacet, bandaż, okłady.
Mam jeszcze jedną sprawną kończynę górną i dolną w tej samej liczbie. Nie jest źle, ale czy jest dobrze?
Ta oto egzystencjalna wątpliwość jest ewidentnym motywem przewodnim serialu Gretchen na Planecie.
Nie inaczej sprawy się mają w każdym zakresie, ze szczególnym uwzględnieniem... w każdym innym.
Utrudnienia, w budowaniu spójnego podejścia do życia są poważne, bowiem jak już coś się wydarzy to swoją moc ma, tylko zmienną i szamotliwą. Nie za bardzo nadążam i co chwilę mi się przestawia w człowieku.
Ludzie skrajnie mnie wnerwiają, by za chwilę rozczulali do łez...
Bo jak sobie jadę do Wrocławia z widocznym gipsem i wyraźnym utykaniem przetykanym syczeniem zbolałym, i żaden z czterech siedzących w przedziale troglodytów płci męskiej nie drgnie nawet, żeby pomóc mi zdjąć walizkę, to mnie strzela.
Kiedy jednak wracam z Wrocławia i starsza pani w przedziale zatroszczy się o to, czy nogi mi nie zdrętwieją, to mam łzy w oczach.
Nie mam cierpliwości do słuchania jak trzech, z tamtych czterech, nie potrafi pojąć, że to nie Zły Los rzuca im kłody pod nogi, ani nawet system się na nich nie uwziął, tylko zwyczajnie wsiedli do niewłaściwego pociągu. TLK to nie Inter City, tak jak pies to nie kot. Zakładam słuchawki i włączam muzykę, bo nie zdzierżę.
W trzygodzinnej kolejce do lekarza kontrolującego złamany palec, spotykam małżeństwo. On ma 82 lata, Ona 86. Nie wiem o co chodziło, ale Ona popatrzyła na mnie, nachyliła się delikatnie do męża i uśmiechnęła w taki sposób, że się poryczałam. Trochę. Miała w oczach zupełnie nieprawdopodobną dobroć i życzliwość.
W takiej sytuacji naprawdę można się pogubić, a to tylko pierwsze z brzegu historie.
Może włączył mi sie jakiś nowy tryb odbioru rzeczywistości, albo coś się w Kosmosie przestawia, albo sama nie wiem co. W każdym razie coś się dzieje i jestem czujna jak ważka.
Zbieram sobie te Znaki z nadzieją, graniczącą z pewnością, że kiedyś je zrozumiem, tymczasem sobie zaśpiewam.
Jak już się na coś prawie zdecyduję, to natychmiast pojawi się coś wprowadzające niepewność w przyjętym paradygmacie.
Oczywiście nie mam zamiaru mieć pretensji o zmienność, istnienie dobra i zła, przyjemności i przykrości - sama wielokrotnie podkreślałam, że to właśnie jest życie i takie ma być, i tak jest w porządku, choćbyśmy nic z tego nie rozumieli.
Ale nie w takim tempie!
Ci z Góry Znaki dają.
Szkoda tylko, że bez instrukcji jak je czytać, cholera.
Koniec sierpnia, a właściwie od połowy sierpnia, być może i od 15 sierpnia ciągnęłam się z sobą na kompletnej rezerwie sił, energii i tych takich, co to są potrzebne do bycia słoneczkiem. Wymyśliłam więc, niczym koło, urlop.
Policzyłam skrupulatnie i wyszło mi, że cały wrzesień mogę się lenić, relaksować, pławić w nicnierobieniu, a jeszcze mi prawie tydzień w zapasie zostanie, gdyby znowu zapaliła się lampka rezerwy.
Pasłam się tą myślą i pasłam. Dni mijały, sierpień chylił się ku końcowi, wrzesień szykował do wejścia na scenę.
No i w ostatnią sobotę miesiąca letniego, podczas rutynowego spaceru z Gretą, runęłam na ziemię.
Tak po prostu.
Potknęłam się o nią tracąc równowagę w taki sposób, że wyrżnęłam widowiskowo w chodnik łamiąc sobie przy tym palec lewej dłoni.
Widowisko było raczej nisko budżetowe, bilety się nie sprzedały więc widziała to tylko Greta i wtedy pierwszy raz dostrzegłam w jej oczach zdziwienie. Mimo młodego wieku pies już wie, że jeśli leżę na chodniku, to nie jest to tak zupełnie codzienne i ma rację, gdyż rzadko wyleguję się na chodnikach w okolicach swojego domu zwłaszcza.
Szybciej wracałam niż wychodziłam, pomna napadu paniki jaki mi się kiedyś przytrafił.
Dzwonię do Baśki, że potrzebuję pomocy, a w tle mój mózg mówi bardzo ładnie Gretchen, książkowo - potrzebuję pomocy.
Ostry dyżur, Publiczna Służba po drugiej stronie lustra, gips.
Boli jak jasna cholera.
Puchnie, sinieje, napiernicza i znowu sinieje, puchnie...
Naturalną koleją rzeczy zaczynam się nad sobą użalać, że jak ja sobie teraz poradzę z jedną ręką do dyspozycji, że życie jest podłe, nikt mnie nie rozumie, jak umyję włosy, dobrze, że można kupić pokrojone produkty do spożycia, dziwna jest ta moja karma i tak dalej mniej więcej.
Z drugiej strony to tylko mały palec, lewej nie prawej dłoni, ręka nie noga, palec nie nadgarstek, nadal mam trzy palce wolne, a jak dodać pięć pozostałych to już w sumie osiem...
Więc właściwie jest źle, czy dobrze?
Półtora tygodnia później, już w czasie wymarzonego urlopu, wysiadam z autobusu i niezbyt stawiam stopę na stopniu, coś przeskoczyło w okolicach małego palca (!) prawej stopy.
Nie przeszkadza mi to w chodzeniu, aczkolwiek boli.
Struchlałam, że złamanie i w tym samym momencie przysięgam sobie, że nie pójdę do lekarza, bo na takie pośmiewisko się nie wystawię.
Unikam spotkań z jakąkolwiek ludnością. Dopiero setki razy opowiedziałam co się stało z paluszkiem, a już musiałabym opowiadać co z nóżką.
Chrzanię, ukrywam się.
Szczęśliwie zaraz musiałam jechać do Wrocławia uczyć ludzi, co sprzyjało konspiracji w stopniu niemal doskonałym.
Widok mojej stopy przerażał mnie bardziej i bardziej. W zaskakujących miejscach pojawiły się takie sine obrzydlistwa. Puchnie, sinieje, napiernicza.
Bogowie!
Altacet, bandaż, okłady.
Mam jeszcze jedną sprawną kończynę górną i dolną w tej samej liczbie. Nie jest źle, ale czy jest dobrze?
Ta oto egzystencjalna wątpliwość jest ewidentnym motywem przewodnim serialu Gretchen na Planecie.
Nie inaczej sprawy się mają w każdym zakresie, ze szczególnym uwzględnieniem... w każdym innym.
Utrudnienia, w budowaniu spójnego podejścia do życia są poważne, bowiem jak już coś się wydarzy to swoją moc ma, tylko zmienną i szamotliwą. Nie za bardzo nadążam i co chwilę mi się przestawia w człowieku.
Ludzie skrajnie mnie wnerwiają, by za chwilę rozczulali do łez...
Bo jak sobie jadę do Wrocławia z widocznym gipsem i wyraźnym utykaniem przetykanym syczeniem zbolałym, i żaden z czterech siedzących w przedziale troglodytów płci męskiej nie drgnie nawet, żeby pomóc mi zdjąć walizkę, to mnie strzela.
Kiedy jednak wracam z Wrocławia i starsza pani w przedziale zatroszczy się o to, czy nogi mi nie zdrętwieją, to mam łzy w oczach.
Nie mam cierpliwości do słuchania jak trzech, z tamtych czterech, nie potrafi pojąć, że to nie Zły Los rzuca im kłody pod nogi, ani nawet system się na nich nie uwziął, tylko zwyczajnie wsiedli do niewłaściwego pociągu. TLK to nie Inter City, tak jak pies to nie kot. Zakładam słuchawki i włączam muzykę, bo nie zdzierżę.
W trzygodzinnej kolejce do lekarza kontrolującego złamany palec, spotykam małżeństwo. On ma 82 lata, Ona 86. Nie wiem o co chodziło, ale Ona popatrzyła na mnie, nachyliła się delikatnie do męża i uśmiechnęła w taki sposób, że się poryczałam. Trochę. Miała w oczach zupełnie nieprawdopodobną dobroć i życzliwość.
W takiej sytuacji naprawdę można się pogubić, a to tylko pierwsze z brzegu historie.
Może włączył mi sie jakiś nowy tryb odbioru rzeczywistości, albo coś się w Kosmosie przestawia, albo sama nie wiem co. W każdym razie coś się dzieje i jestem czujna jak ważka.
Zbieram sobie te Znaki z nadzieją, graniczącą z pewnością, że kiedyś je zrozumiem, tymczasem sobie zaśpiewam.
10 sierpnia 2010
ŻAL
Żal mi tego samotnego krzyża. Poniewieranego i szarpanego.
Nie widzę zbitych desek, widzę zapomnienie.
Większe przywiązanie do symbolu, niż do wartości które reprezentuje, zaprzecza istocie symbolu, więc i samym wartościom.
Odpowiadanie agresją na agresję zwiększa poziom agresji.
Obśmiewanie umacnia stanowisko przeciwne.
Upór jest drogą donikąd.
Byłam wczoraj na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Młody chłopak z Wrocławia stworzył coś, co zapada w pamięć. Skomponował i zmiksował muzykę, która towarzyszyła wypowiedziom Powstańców. Niezbyt często słyszanym, bo zabawnym z jednej strony, ale uderzającym w sam środek serca z drugiej. Pojawiały się obrazki.
Niewiele mówił używając bardzo wspólczesnego języka, co mogło stanowić zgrzyt, o ile takie miałoby być.
Poprosił o trzydzieści sekund ciszy na początku, dla oddania czci i pamięci Powstańcom.
Nikt nie zaszeleścił nawet...
Zakończył koncert prośbą: zróbcie dużo hałasu dla Tych, którzy walczyli o Wolność.
Piękny był ten hałas wybijany dłońmi ludzi.
Młodych.
Głównie.
Z trudem opanowałam łzy.
Pojawił się historia wędrówki dwojga pośród dopalających się kamienic warszawskich i pochylonych, skurczonych ludzkich sylwetek. Niewiele widać, tyle co rozbłyśnie w ożywającym ogniu umierających domów...
Idą, aż on kładzie dłoń na jej ramieniu i mówi: pamiętaj, że za to ja, ty i my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni.
Pomyślałam, że Oni naprawdę czuli czym jest odpowiedzialność.
Kim jesteśmy dzisiaj?
Kim ja jestem?
Czy łatwo stanąć w Godzinie W i Ich wspomnieć?
Czy łatwo się roztkliwiać nad umarłym światem ludzi przenikniętych na wskroś wartościami, nad miastem żyjącym inaczej?
Może zbyt łatwo?
Może, ale to co widzę dzisiaj nie jest tym, czym jestem.
Wczoraj czułam się na miejscu pośród tłumku uczestniczącego w koncercie. Skupienie bez nadęcia, powaga nieprzesadzona, śmiech kiedy jest dla niego przestrzeń.
Nie pójdę pod Pałac Prezydencki nawet po to, żeby zdjęcia zrobić.
To nie jest moje środowisko.
Ani jedno, ani drugie, ani trzydzieste ósme. Bijcie się jak chcecie. Możecie po chrześcijańsku i z miłosierdziem, albo chuligańsko i bez miłosierdzia, albo jak tam sobie zechcecie.
Nakręcajcie się do woli, w modlitwie, we wrzasku, we wzajemnym opluwaniu.
Możecie chcieć takiego świata.
Ja nie chcę.
Wolę moją ciszę ze wszystkimi jej dźwiękami.
Wolę rytm mojego miasta sprzed lat.
"Na szczęście, myśmy powiedzmy próbowali, nawet w najbardziej tragicznych momentach powiedzmy, jakąś zachować taką pogodę ducha."
Nie widzę zbitych desek, widzę zapomnienie.
Większe przywiązanie do symbolu, niż do wartości które reprezentuje, zaprzecza istocie symbolu, więc i samym wartościom.
Odpowiadanie agresją na agresję zwiększa poziom agresji.
Obśmiewanie umacnia stanowisko przeciwne.
Upór jest drogą donikąd.
Byłam wczoraj na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Młody chłopak z Wrocławia stworzył coś, co zapada w pamięć. Skomponował i zmiksował muzykę, która towarzyszyła wypowiedziom Powstańców. Niezbyt często słyszanym, bo zabawnym z jednej strony, ale uderzającym w sam środek serca z drugiej. Pojawiały się obrazki.
Niewiele mówił używając bardzo wspólczesnego języka, co mogło stanowić zgrzyt, o ile takie miałoby być.
Poprosił o trzydzieści sekund ciszy na początku, dla oddania czci i pamięci Powstańcom.
Nikt nie zaszeleścił nawet...
Zakończył koncert prośbą: zróbcie dużo hałasu dla Tych, którzy walczyli o Wolność.
Piękny był ten hałas wybijany dłońmi ludzi.
Młodych.
Głównie.
Z trudem opanowałam łzy.
Pojawił się historia wędrówki dwojga pośród dopalających się kamienic warszawskich i pochylonych, skurczonych ludzkich sylwetek. Niewiele widać, tyle co rozbłyśnie w ożywającym ogniu umierających domów...
Idą, aż on kładzie dłoń na jej ramieniu i mówi: pamiętaj, że za to ja, ty i my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni.
Pomyślałam, że Oni naprawdę czuli czym jest odpowiedzialność.
Kim jesteśmy dzisiaj?
Kim ja jestem?
Czy łatwo stanąć w Godzinie W i Ich wspomnieć?
Czy łatwo się roztkliwiać nad umarłym światem ludzi przenikniętych na wskroś wartościami, nad miastem żyjącym inaczej?
Może zbyt łatwo?
Może, ale to co widzę dzisiaj nie jest tym, czym jestem.
Wczoraj czułam się na miejscu pośród tłumku uczestniczącego w koncercie. Skupienie bez nadęcia, powaga nieprzesadzona, śmiech kiedy jest dla niego przestrzeń.
Nie pójdę pod Pałac Prezydencki nawet po to, żeby zdjęcia zrobić.
To nie jest moje środowisko.
Ani jedno, ani drugie, ani trzydzieste ósme. Bijcie się jak chcecie. Możecie po chrześcijańsku i z miłosierdziem, albo chuligańsko i bez miłosierdzia, albo jak tam sobie zechcecie.
Nakręcajcie się do woli, w modlitwie, we wrzasku, we wzajemnym opluwaniu.
Możecie chcieć takiego świata.
Ja nie chcę.
Wolę moją ciszę ze wszystkimi jej dźwiękami.
Wolę rytm mojego miasta sprzed lat.
"Na szczęście, myśmy powiedzmy próbowali, nawet w najbardziej tragicznych momentach powiedzmy, jakąś zachować taką pogodę ducha."
21 lipca 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Się zepsuła kserokopiarka
Ledwie dzisiaj weszłam w progi mojego posterunku usłyszałam znajomy ton w słowie Gretchen.
Wypuściłam psa z przenośnej torby i już miałam się zastanowić co się zepsuło i wymaga naprawienia, ale nie zdążyłam ponieważ Najlepsza Szefowa wyartykułowała, że chodzi mianowicie o naszą kserokopiarkę połączoną z drukarką.
Wiele razy naprawiałam to jakże skomplikowane urządzenie wyciągając, wyszarpując czy też delikatnie wysuwając wkręcony w tryby papier.
Z dość tajemniczych powodów tylko ja wiem, choć w szkole mnie tego nie uczyli, gdzie się otwierają poszczególne części. Wiedza ta jest niezwykle ważna, bowiem trzeba wiedzieć, z której strony wyciągać, z której wyszarpywać, z której wysuwać.
Jest bardzo ciepło, bardzo jest ciepło.
W tych okolicznościach przyrody taszczę na własnym ramieniu niedużego amstaffa celem nielegalnej socjalizacji oraz z powodu, że nie chcę się z nią jeszcze rozstawać na tak długo. Oczywiście ze względu na jej dobro.
Więc jest cieplutko, a mimo to zaglądam do maszyny i od razu stwierdzam, że sprawa jest dość trudna i bez rozkręcania urządzenia się nie obejdzie. Na to Szefowa mówi, że wezwała pana do naprawy. Się pytam po co mam się tym zajmować w takim razie, a ona mi na to, że może będzie to oszczędność czasu, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie pan, a ja wszak już jestem.
Fakt, jakaś mądrość w tym jest.
Dwie godziny później wkroczyło chłopię spocone niemożebnie i ani dzień dobry, ani skąd jest (ta dziesiejsza młodzież...), tylko pyta czy to ta maszyna. Potwierdzam, starannie zamykając drzwi, za którymi pies śpi snem głębokim.
Stanęłam sobie przy oknie przypatrując się nonszalancji chłopięcia. W pierwszej chwili dostrzegłam coś na kształt politowania, że baby same sobie papieru nie potrafią wyjąć z urządzenia, na co zarechotałam w duchu okrutnie.
Chłopię ocierało pot z czoła wykonując czynności jakie sama wykonałam, do tego w analogicznej kolejności o czym nadmieniłam szeptem Szefowej.
Duch dalej rechocze. Nie żeby mój duch był jakiś taki złośliwy, co to to nie, po prostu skonstatowałam, że dziecię nie przyniosło ze sobą nic prócz swojej spoconej osoby.
Żeby jeszcze atrakcyjnie się pocił, na przykład jak amerykański mechanik samochodowy utytłany smarem...
Nie pomagałam mu i nie przeszkadzałam, aż tu nagle poprosił o nóż. Ok, idę po nóż. Wzięłam nawet dwa, taki długaśny do chleba i zwyczajny o zaokrąglonym kształcie.
Ja patrzę, a ten wtłacza jeden z nich w śrubkę!
Bez wykonywania półobrotu sięgnęłam na półeczkę jednocześnie pytając czy śrubokręt nie byłby lepszy.
I proszę, okazało się, że byłby.
Ale to był zły śrubokręt.
Wyszłam na chwilę, niech mężczyzna sobie radzi.
Musiałam wrócić na prośbę Szefowej nadmieniającej, że zwariuje. Nie chciałabym dopuścić do takiego stanu, to wracam.
Maszyna nie rozkręcona, dzieciaczyna spocona. Hej!
Zasapał się już trochę biedak, aż doznał olśnienia, że można ten podługowaty nóż wcisnąć w maszynerię.
Pomysł dobry choć głupi.
Efektów brak, to się mnie zapytowywuje czy nie mam grubszej kartki. Jakiej grubszej się dopytałam i wyszło, że chodzi o tekturę.
Podałam teczkę czystą.
Znowu patrzę i widzę, że on próbuje wetknąć tę teczkę tam, gdzie wcześniej wpychał nóż.
Uznałam sprawę za beznadziejną mniej więcej w tym samym momencie co on.
- Nie da się. - wystękał.
- Widzę, że się nie da. Więc?
- Trzeba rozkręcić.
- Wiem. Więc?
- No nie wiem.
- To znaczy, że tak ma zostać?
- Nieeeee, no jutro ktoś przyjdzie.
Tak jak przyszedł bez dzień dobry, tak wyszedł bez do widzenia. Popatrzyłam na zamykające się za nim drzwi.
Następnie odpowiadałam na głupie pytania Szefowej czy naprawił? Czy dzisiaj wróci? I takie tam.
Zeźlona Szefowa zadzwoniła do przełożonej chłopięcia. Powiedziała co i jak, na co usłyszała: no z tymi chłopami to właśnie tak jest.
Może i jest, chętnie się zgodzę.
Nie minęło pół godziny odką wyszedł jak powrócił. Zawsze wracają.
Miał ze sobą chyba ze trzy śrubokręty!
Gmerał, gmerał i naprawił. Nie można było tak od razu?
Pewnie nie, bo jest gorąco, mówimy o Publicznej Służbie gdzie upałowy dzienny przydział wody na osobę wynosi 200 mililitrów.
Nawet pełnej szklanki wody nie przydzielą, podobnie jak nie przydzielą kompetentnego pracownika.
Tekst miał być o żywiołach w Publicznej Służbie, uznajmy ten tu oto za wstęp. W następnym będzie o ogniu i wodzie, chyba że rzeczywistość mnie zaskoczy, co jest codziennością w Publicznej Służbie.
Wypuściłam psa z przenośnej torby i już miałam się zastanowić co się zepsuło i wymaga naprawienia, ale nie zdążyłam ponieważ Najlepsza Szefowa wyartykułowała, że chodzi mianowicie o naszą kserokopiarkę połączoną z drukarką.
Wiele razy naprawiałam to jakże skomplikowane urządzenie wyciągając, wyszarpując czy też delikatnie wysuwając wkręcony w tryby papier.
Z dość tajemniczych powodów tylko ja wiem, choć w szkole mnie tego nie uczyli, gdzie się otwierają poszczególne części. Wiedza ta jest niezwykle ważna, bowiem trzeba wiedzieć, z której strony wyciągać, z której wyszarpywać, z której wysuwać.
Jest bardzo ciepło, bardzo jest ciepło.
W tych okolicznościach przyrody taszczę na własnym ramieniu niedużego amstaffa celem nielegalnej socjalizacji oraz z powodu, że nie chcę się z nią jeszcze rozstawać na tak długo. Oczywiście ze względu na jej dobro.
Więc jest cieplutko, a mimo to zaglądam do maszyny i od razu stwierdzam, że sprawa jest dość trudna i bez rozkręcania urządzenia się nie obejdzie. Na to Szefowa mówi, że wezwała pana do naprawy. Się pytam po co mam się tym zajmować w takim razie, a ona mi na to, że może będzie to oszczędność czasu, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie pan, a ja wszak już jestem.
Fakt, jakaś mądrość w tym jest.
Dwie godziny później wkroczyło chłopię spocone niemożebnie i ani dzień dobry, ani skąd jest (ta dziesiejsza młodzież...), tylko pyta czy to ta maszyna. Potwierdzam, starannie zamykając drzwi, za którymi pies śpi snem głębokim.
Stanęłam sobie przy oknie przypatrując się nonszalancji chłopięcia. W pierwszej chwili dostrzegłam coś na kształt politowania, że baby same sobie papieru nie potrafią wyjąć z urządzenia, na co zarechotałam w duchu okrutnie.
Chłopię ocierało pot z czoła wykonując czynności jakie sama wykonałam, do tego w analogicznej kolejności o czym nadmieniłam szeptem Szefowej.
Duch dalej rechocze. Nie żeby mój duch był jakiś taki złośliwy, co to to nie, po prostu skonstatowałam, że dziecię nie przyniosło ze sobą nic prócz swojej spoconej osoby.
Żeby jeszcze atrakcyjnie się pocił, na przykład jak amerykański mechanik samochodowy utytłany smarem...
Nie pomagałam mu i nie przeszkadzałam, aż tu nagle poprosił o nóż. Ok, idę po nóż. Wzięłam nawet dwa, taki długaśny do chleba i zwyczajny o zaokrąglonym kształcie.
Ja patrzę, a ten wtłacza jeden z nich w śrubkę!
Bez wykonywania półobrotu sięgnęłam na półeczkę jednocześnie pytając czy śrubokręt nie byłby lepszy.
I proszę, okazało się, że byłby.
Ale to był zły śrubokręt.
Wyszłam na chwilę, niech mężczyzna sobie radzi.
Musiałam wrócić na prośbę Szefowej nadmieniającej, że zwariuje. Nie chciałabym dopuścić do takiego stanu, to wracam.
Maszyna nie rozkręcona, dzieciaczyna spocona. Hej!
Zasapał się już trochę biedak, aż doznał olśnienia, że można ten podługowaty nóż wcisnąć w maszynerię.
Pomysł dobry choć głupi.
Efektów brak, to się mnie zapytowywuje czy nie mam grubszej kartki. Jakiej grubszej się dopytałam i wyszło, że chodzi o tekturę.
Podałam teczkę czystą.
Znowu patrzę i widzę, że on próbuje wetknąć tę teczkę tam, gdzie wcześniej wpychał nóż.
Uznałam sprawę za beznadziejną mniej więcej w tym samym momencie co on.
- Nie da się. - wystękał.
- Widzę, że się nie da. Więc?
- Trzeba rozkręcić.
- Wiem. Więc?
- No nie wiem.
- To znaczy, że tak ma zostać?
- Nieeeee, no jutro ktoś przyjdzie.
Tak jak przyszedł bez dzień dobry, tak wyszedł bez do widzenia. Popatrzyłam na zamykające się za nim drzwi.
Następnie odpowiadałam na głupie pytania Szefowej czy naprawił? Czy dzisiaj wróci? I takie tam.
Zeźlona Szefowa zadzwoniła do przełożonej chłopięcia. Powiedziała co i jak, na co usłyszała: no z tymi chłopami to właśnie tak jest.
Może i jest, chętnie się zgodzę.
Nie minęło pół godziny odką wyszedł jak powrócił. Zawsze wracają.
Miał ze sobą chyba ze trzy śrubokręty!
Gmerał, gmerał i naprawił. Nie można było tak od razu?
Pewnie nie, bo jest gorąco, mówimy o Publicznej Służbie gdzie upałowy dzienny przydział wody na osobę wynosi 200 mililitrów.
Nawet pełnej szklanki wody nie przydzielą, podobnie jak nie przydzielą kompetentnego pracownika.
Tekst miał być o żywiołach w Publicznej Służbie, uznajmy ten tu oto za wstęp. W następnym będzie o ogniu i wodzie, chyba że rzeczywistość mnie zaskoczy, co jest codziennością w Publicznej Służbie.
17 lipca 2010
Gdyby
Moja mama zaprosiła Najlepszą Szefową do swojej (właściwie mojej, umówmy się) posiadłości.
Naturalnym biegiem rzeczy byłam zaproszona również ja, zapewne na wypadek nie klejenia się eleganckiej konwersacji. Skoro ja to i Greta, tak to teraz już jest, że prawie wszędzie jesteśmy razem, a tym bardziej oczywiście jesteśmy razem w sytuacjach kiedy pozostająca w kwarantannie Greta ma jedyną okazję pobrykać na trawie.
W związku z tym Rodzicielka, chcąc poznać Najlepszą Szefową, musiała zaakceptować jeszcze dwie żywe istoty jako uroczy dodatek. Nie wyglądało by rzecz cała była jej wstrętną zwłaszcza, że podjęłam zobowiązanie obiadowe i zrealizowałam je od początku do końca.
Wyruszyłyśmy z mojego Placu dzielnie, jeśli wziąć od uwagę rozszalałą temperaturę i nie mniej dzielnie pokonywałyśmy kolejne odcinki tramwajowo - autobusowo - piesze. Niosłam na sobie zakupy spożywcze i niedużego amstaffa, a słońce się temu przyglądało świecąc jeszcze mocniej, być może z radości.
Mamusia umyśliła, że powinnyśmy pójść skrótem, czyli pojechać dalej, za to iść krócej. Całkiem ciekawa myśl, chociaż miałam wątpliwości czy to dobry moment na nowe ścieżki...
Doszłyśmy bez przeszkód, zjadłyśmy, rozmawiałyśmy, Greta poznała labradorkę mojej mamy. No jednym słowem SIELANKA.
Cukinia z grilla z fetą i suszonymi pomidorami była pyszna, polędwica a jakże. Panie się polubiły i miło rozmawiały, psy galopowały po ogrodzie podczas gdy ja piekłam się na grillu razem z warzywami i mięsem. Szczęśliwie nie nadaję się do konsumpcji więc zachwyty skierowane były we właściwym kierunku.
Matka moja, która dostawała naprzemiennie dreszczy i drgawek na samą myśl o amstaffie, już jest całkowicie zakochana i choć jeszcze niedawno musiałam z nią ustalać na poważnie czy będę mogła liczyć na pomoc, czyli pozostawienie jej psa w razie ostatecznej konieczności, wyszła z propozycją pozostawienia mordercy pod jej dachem do zakończenia kwarantanny. Względność rzeczy jest zaskakująca.
Kiedy już się wykokosiłyśmy wzięłam psa na ramię, plecak na plecy, a Szefowa szła samodzielnie. Miałyśmy wracać tą samą skróconą drogą, ale ma się rozumieć źle skręciłyśmy i nastąpiło zagubienie w przestrzeni i tylko dzięki przypadkowo napotkanemu panu udało nam się nie nadłożyć więcej niż dwa kilometry.
Ja wiem, że dwa kilometry to nie jest dużo, ale jednak kiedy słońce się uśmiecha szeroko i na ramieniu ma się w oczach rosnącego psa, komary latają jakby się zmówiły z innymi owadami, to dwa kilometry zupełnie inaczej smakują.
Maszerujemy. Już jesteśmy na dobrej drodze, już rozpoznajemy nieruchomości i szczegóły. Ja, w takich sytuacjach jestem jak człog. Nie mówię, nie skomlę - pokonuję drogę.
I nagle patrzę w prawo... Działeczka, domeczek, ogródeczek. Stoliczek, fotelik, na stoliczku zimne piwo, przy stoliczku mężczyzna w pozie relaksacyjnej.
- Zobacz - mówię do Najlepszej Szefowej - niektórzy mają zdecydowanie lepiej od nas. Pan sobie siedzi wyciągnięty, zimne piwo obok i ptaszki napitalają.
- Ma złamaną nogę - skomentowała krótko Szefowa.Dopiero wtedy dostrzegłam gips na końcu pana.
Znowu względność, wzbogacona o to co oczywiste, widzimy tyle, ile chcemy zobaczyć.
Kilkananaście minut później znowu czegoś nie zobaczyłam i tylko dzięki życzliwości Tych z Góry nie zostałam pochłonięta przez rozpędzony autokar. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, a jedna pani nawet podeszła, żeby powiedzieć, że zupełnie nie chodzi o mnie, ale psa byłoby żal.
Dziwne, bo jak przebiegałam przez ulicę to wszystko widziałam.
Ten samochód z lewej jechał szybko tylko był daleko jakoś.
Autokar z prawej zobaczyłam nagle i był bardzo blisko, kierowca się wystraszył, a ja przefrunęłam przedziwnie.
Ktoś coś zatrzymał na setne sekundy. Tyllko na tyle, żeby nie było widać, ale żeby wystarczyło.
Uśmiechnięta stanęłam na przystanku udając, że nie czuję wstrzymanych ludzkich oddechów, nie widzę przerażenia w twarzach.
A gdyby mnie tak zmiotło?
Nie zmiotło.
Inny scenariusz.
Gdybyśmy szły inną drogą...
Gdyby ten pan nie szedł akurat...
Gdyby tamten obcy człowiek nie złamał nogi...
Gdyby Matka moja nie zaprosiła Najlepszej Szefowej...
Gdyby nie jest najlepszą strategią na życie. Wszystko mogłoby być, a jest to, co jest.
Ograniczone w naszym widzeniu.
Jakoś łatwiej dostrzegamy brak jednego, niż dostatek gdzieś indziej.
Wszystko się zmienia z chwili na chwilę i tylko przywiązanie, i upór, i nasze ograniczenia sprawiają, że nic nie widzimy.
Jeśli wybrałybyśmy dobrą drogę nie byłoby historii z autokarem.
Jeśli czas nie zostałby wstrzymany na ułamki sekund, moja Szefowa Najlepsza na świecie po mgnieniu oka zobaczyłaby mnie roztrzaskaną na drodze.
Nie widziałaby jak, bo szła pierwsza.
Tymczasem dziś jest dziś, jutro się zbliża.
Życie trwa, razem z każdym najmniejszym wyborem prowadzącym w nieznane.
Naturalnym biegiem rzeczy byłam zaproszona również ja, zapewne na wypadek nie klejenia się eleganckiej konwersacji. Skoro ja to i Greta, tak to teraz już jest, że prawie wszędzie jesteśmy razem, a tym bardziej oczywiście jesteśmy razem w sytuacjach kiedy pozostająca w kwarantannie Greta ma jedyną okazję pobrykać na trawie.
W związku z tym Rodzicielka, chcąc poznać Najlepszą Szefową, musiała zaakceptować jeszcze dwie żywe istoty jako uroczy dodatek. Nie wyglądało by rzecz cała była jej wstrętną zwłaszcza, że podjęłam zobowiązanie obiadowe i zrealizowałam je od początku do końca.
Wyruszyłyśmy z mojego Placu dzielnie, jeśli wziąć od uwagę rozszalałą temperaturę i nie mniej dzielnie pokonywałyśmy kolejne odcinki tramwajowo - autobusowo - piesze. Niosłam na sobie zakupy spożywcze i niedużego amstaffa, a słońce się temu przyglądało świecąc jeszcze mocniej, być może z radości.
Mamusia umyśliła, że powinnyśmy pójść skrótem, czyli pojechać dalej, za to iść krócej. Całkiem ciekawa myśl, chociaż miałam wątpliwości czy to dobry moment na nowe ścieżki...
Doszłyśmy bez przeszkód, zjadłyśmy, rozmawiałyśmy, Greta poznała labradorkę mojej mamy. No jednym słowem SIELANKA.
Cukinia z grilla z fetą i suszonymi pomidorami była pyszna, polędwica a jakże. Panie się polubiły i miło rozmawiały, psy galopowały po ogrodzie podczas gdy ja piekłam się na grillu razem z warzywami i mięsem. Szczęśliwie nie nadaję się do konsumpcji więc zachwyty skierowane były we właściwym kierunku.
Matka moja, która dostawała naprzemiennie dreszczy i drgawek na samą myśl o amstaffie, już jest całkowicie zakochana i choć jeszcze niedawno musiałam z nią ustalać na poważnie czy będę mogła liczyć na pomoc, czyli pozostawienie jej psa w razie ostatecznej konieczności, wyszła z propozycją pozostawienia mordercy pod jej dachem do zakończenia kwarantanny. Względność rzeczy jest zaskakująca.
Kiedy już się wykokosiłyśmy wzięłam psa na ramię, plecak na plecy, a Szefowa szła samodzielnie. Miałyśmy wracać tą samą skróconą drogą, ale ma się rozumieć źle skręciłyśmy i nastąpiło zagubienie w przestrzeni i tylko dzięki przypadkowo napotkanemu panu udało nam się nie nadłożyć więcej niż dwa kilometry.
Ja wiem, że dwa kilometry to nie jest dużo, ale jednak kiedy słońce się uśmiecha szeroko i na ramieniu ma się w oczach rosnącego psa, komary latają jakby się zmówiły z innymi owadami, to dwa kilometry zupełnie inaczej smakują.
Maszerujemy. Już jesteśmy na dobrej drodze, już rozpoznajemy nieruchomości i szczegóły. Ja, w takich sytuacjach jestem jak człog. Nie mówię, nie skomlę - pokonuję drogę.
I nagle patrzę w prawo... Działeczka, domeczek, ogródeczek. Stoliczek, fotelik, na stoliczku zimne piwo, przy stoliczku mężczyzna w pozie relaksacyjnej.
- Zobacz - mówię do Najlepszej Szefowej - niektórzy mają zdecydowanie lepiej od nas. Pan sobie siedzi wyciągnięty, zimne piwo obok i ptaszki napitalają.
- Ma złamaną nogę - skomentowała krótko Szefowa.Dopiero wtedy dostrzegłam gips na końcu pana.
Znowu względność, wzbogacona o to co oczywiste, widzimy tyle, ile chcemy zobaczyć.
Kilkananaście minut później znowu czegoś nie zobaczyłam i tylko dzięki życzliwości Tych z Góry nie zostałam pochłonięta przez rozpędzony autokar. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, a jedna pani nawet podeszła, żeby powiedzieć, że zupełnie nie chodzi o mnie, ale psa byłoby żal.
Dziwne, bo jak przebiegałam przez ulicę to wszystko widziałam.
Ten samochód z lewej jechał szybko tylko był daleko jakoś.
Autokar z prawej zobaczyłam nagle i był bardzo blisko, kierowca się wystraszył, a ja przefrunęłam przedziwnie.
Ktoś coś zatrzymał na setne sekundy. Tyllko na tyle, żeby nie było widać, ale żeby wystarczyło.
Uśmiechnięta stanęłam na przystanku udając, że nie czuję wstrzymanych ludzkich oddechów, nie widzę przerażenia w twarzach.
A gdyby mnie tak zmiotło?
Nie zmiotło.
Inny scenariusz.
Gdybyśmy szły inną drogą...
Gdyby ten pan nie szedł akurat...
Gdyby tamten obcy człowiek nie złamał nogi...
Gdyby Matka moja nie zaprosiła Najlepszej Szefowej...
Gdyby nie jest najlepszą strategią na życie. Wszystko mogłoby być, a jest to, co jest.
Ograniczone w naszym widzeniu.
Jakoś łatwiej dostrzegamy brak jednego, niż dostatek gdzieś indziej.
Wszystko się zmienia z chwili na chwilę i tylko przywiązanie, i upór, i nasze ograniczenia sprawiają, że nic nie widzimy.
Jeśli wybrałybyśmy dobrą drogę nie byłoby historii z autokarem.
Jeśli czas nie zostałby wstrzymany na ułamki sekund, moja Szefowa Najlepsza na świecie po mgnieniu oka zobaczyłaby mnie roztrzaskaną na drodze.
Nie widziałaby jak, bo szła pierwsza.
Tymczasem dziś jest dziś, jutro się zbliża.
Życie trwa, razem z każdym najmniejszym wyborem prowadzącym w nieznane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)