Takie małe pudełeczko, a pomieściło kogoś tak niezwykłego. Dziwne.
Jeszcze dziwniejsze było to, że kiedy dostałam wiadomość, że Małgosia umarła nie poczułam nic... Przez sekundę miałam podobne wrażenie do tego, które czasami odczuwam zasypiając - coś jak spadanie.
Może myśląc o tym co godzinę przygotowałam się, a może śmierć nie odbiera obecności, a może jestem pozbawiona czucia.
Wtedy, w tamtą środę spotkałyśmy się u niej całkowicie odmienionej chorobą. Kilka dni później była już w szpitalu na Banacha, pogorszyły się wyniki badań. Poszłam do niej i byłam przekonana, że umiera na moich oczach, ale nie. Jeszcze trafiła do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu i znowu dzięki niej doświadczyłam czegoś, czego zawsze się bałam. Pamiętam, na początku mojej drogi zawodowej, praca w hospicjum wydawała mi się zupełnie poza moimi możliwościami, bo nie udźwignę, bo się boję. A jeszcze wcześniej, od dziecka właściwie, najbardziej bałam się raka.
Tego dnia, którego wyszłam z hospicjum na Krakowskie, Królewski Trakt, w przeddzień Wszystkich Świętych... Samo w sobie to już jest pełne tego z czego Małgosia żartowała... Nieważne.
Więc kiedy stamtąd wyszłam miałam dwie myśli. Może instynktowanie boimy się czegoś co nas spotka w takiej czy innej formie, a może bojąc się tego dajemy szansę Tym z Góry, żeby zainterweniowali dając to i oswajając?
Choroba mojej mamy przygotowała mnie na śmierć Małgosi, a śmierć Małgosi w pewien sposób przygotowuje mnie na śmierć mamy. Takie dziwne koło w czasie i przestrzeni, jak mechanizm zegarka, w którym jeden tryb wspomaga kolejny. Pomiędzy nimi Bożenka.
Nie wierzę w przypadki.
Myśl druga... Dzisiaj nie boję się hospicjum. Mogłabym.
Dziękuję Małgosiu.
Próbowałam pisać na bieżąco, żeby... Nie wiem co ma być po żeby. Pisałam i przestawałam. Znowu chciałam i nie mogłam.
Zachowały się z tego pisania fragmenty.
20 października
Nie umiem się poskładać z jej umieraniem, ciągle i ciągle chcę coś powiedzieć, a ona już nie bardzo może słuchać. Chyba. Nie wiem, nie wiem jak to jest umierać w taki sposób.
Jeszcze trzy tygodnie temu, kiedy u niej byłam, sponiewierna chorobą, wycieńczona, zmieniona nie do poznania była sobą. Niewiele płakałyśmy, troszkę się śmiałyśmy, trzymałyśmy się za ręce bo była zbyt krucha na przytulanie. Głaskałam ją po tych króciuteńkich włosach jak u szczeniaczka, tak mówiła, jak u szczeniaczka. Lewą rękę i pól twarzy odebrał jej udar, jakby raka było mało, choć właściwie to rak wywołał udar. Guzy w mózgu. Domowe hospicjum.
W doskonały sposób pamiętam ją zdrową i mogę przerzucać obrazy, jak zdjęcia w albumie, a sama już nie wiem czy to mi bardziej pomaga, czy przeszkadza.
Wtedy, u niej w domu, żadna z nas nie miała złudzeń, choć nie rozmawiałyśmy w sposób ostateczny, dotykałyśmy tego, lecz jeszcze z jakimś marginesem na czas. Czas, czym to coś w ogóle jest?
- Nie ma we mnie żadnej paniki, nie boję się. Kiedyś myślałam, że gdyby przytrafiła mi się taka sytuacja to zupełnie bym się nie pozbierała, a teraz jestem spokojna.
-Na pewno? Tak?
-Tak, jestem spokojna, tylko wiesz... Szkoda... Tak szybko...
Nie umiałam zatrzymać łez, ona też nie.
- O różnych rzeczach myślę. Najbardziej lubię myśleć o tych dobrych chwilach, ważnych i ty tam jesteś najczęściej. Pamiętaj o tym Gosiaczku. - powiedziała to tak, że od razu wiedziałam, że mam zapamiętać na zawsze - Tylko wiesz, czytać już nie mogę, bo mi litery skaczą przed oczami.
- Przywiozę Ci książki nagrane i będziesz sobie słuchać, chcesz?
- Tak, pewnie, jeśli masz.
- Mam. - skłamałam wiedząc, że nie zgodzi się na kupowanie sobie czegokolwiek - przywiozę Ci w przyszłym tygodniu.
W przyszłym tygodniu. Mnie się kurwa wydawało, że jest jakiś przyszły tydzień. Pojechałam i kupiłam pięć. I takie coś śmieszne, że można sobie swoje imię w doniczce zasadzić, znaczy fasolkę, i to wyrasta i rośnie. Potem wysłałam smsa, żeby jej nie męczyć rozmową, że mam książki i coś jeszcze, ale nie powiem co.
Dzwoniłam i nie odbierała, żadna nowość, czasem nie odbiera, bo śpi, albo jest zmęczona, albo nie ma ochoty.
W końcu odebrała.
Nie wiedziała gdzie jest, czy to dom, czy szpital...
Zadzwoniłam w niedzielę, 17 października, w nasze imieniny, o których dowiedziała się ode mnie. Mogła nie wiedzieć gdzie jest i czy to dzień jej imienin, ale rozmawiałyśmy chyba ponad godzinę, nie liczyłam.
Jeżeli w ogóle może paść między ludźmi w takiej sytuacji wszystko co najważniejsze, to w tej rozmowie nam się udało. Nie wiem czy jeszcze cień podobnej będzie, bo minęły od tego czasu długie dla niej trzy dni.
Wiem, że ludzie się żegnają, ale ja takiego pożegnania wcześniej nie przeżyłam.
Nie mam poczucia, że powiedziałam wszystko, ale wszystkiego nie da się powiedzieć, po prostu się nie da.
- Gdziekolwiek będziesz, będę z tobą.
- Ja też, Gosiaczku.
- Nie stracimy kontaktu kochana, nie stracimy zobaczysz.
- Tak.
- Czy myśmy nie podeszły nazbyt arogancko do czasu?
- Tak, za bardzo arogancko. - to “tak” zabrzmiało bardzo mocno.
- Wiesz, że jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu...
- Gosiaczku, ty...
Ryczymy obie w te głupie słuchawki.
- Chciałabym cię jeszcze zobaczyć.
- Chciałabym cię przytulić. Przyjdę do ciebie.
- Przyjdź.
- Miałyśmy siedzieć razem w górach na starość i z kim ja teraz będę siedzieć? Nie opuścisz mnie, prawda?
- Nie, nie opuszczę.
To są tylko wyrywki. Siedemdziesięciu procent jej słów nie rozumiałam przez ten udar i leki.
21, 22 października
W czwartek poszłam do szpitala.
Spóźniłam się o kilka godzin. Nie, nie umarła. Żyła, ale odleciała daleko i nie ma z nią kontaktu.
Naprawdę sądziłam, że to koniec. Lekarz mówił, że może kilka godzin, może kilka dni. Ścięta lekami cały czas spała, tylko osoby przy jej łóżku się zmieniały.
Jeszcze raz rozmawiałyśmy na Krakowskim. Zawiozłam jej te książki do słuchania i zdobywanego siecią od przyjaciela Mistrza i Małgorzatę. Fasolki nie zabrałam, to nie miało sensu. Postanowiłam zostawić ją u siebie i zasadzić jako znak, symbol.
Cierpiała. Mówiła, że ją boli. Mówiła, że ciągle ktoś przychodzi i ją głaszcze aż głowa od tego boli i pewnie jeszcze od tego guza. Przepraszała za zapach. Znam ją, wiem co ją wnerwiało. Zostawiłam płyty z książkami i Mistrza z Małgorzatą wgranego na iPoda, którego dostałam od Merlota. Światy ludzi przenikają się bez ich udziału...
Powiedziałam, że jeszcze przyjdę. Już nie przyszłam. Kolejny kamyk w uświadamianiu sobie własnego niewolnictwa - umarła dobę przed pierwszym wolnym dniem, w którym miałam możliwość do niej iść. Nie bardzo chciała już odwiedzin, ale jestem pewna, że dla mnie byłby wyjątek. Nie zdążyłam, bo nie miałam kiedy. Absurdalne.
Na pogrzeb Małgosi pojechałam z Darkiem i Magdą, kilka lat temu pracowaliśmy razem i teraz była okazja, żeby znowu razem się spotkać.
Zaproponowałam, żebyśmy kupili białe róże. Bukiet cholera, nie wieniec, bo Gośka śmiechem by nas zabiła widząc jak z poważnymi minami wkraczamy do kościoła niosąc ten wieniec.
Wszyscy z tamtego czasu byli.
Położyłam kwiaty i zobaczyłam, że Krzyś, gosiowy mężczyna siedzi w ławce zupełnie sam, tuż obok tego pudełeczka. Usiadłam obok niego, a Darek obok mnie. Pogłaskałam Krzysia jakbym chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Tylko skąd mogę to wiedzieć?
Msza. Naprawdę piękna, trochę nadęta jak przy pogrzebie, wzniosła i smutna. Chociaż z całą pewnością ten młody ksiądz jej się podobał, a ten drugi, cudzoziemiec, być może Hindus, bardzo śmiesznie czytał po polsku. Tylko jej się mogło coś takiego trafić.
Na koniec Tadeusz, zupełnie jak w amerykańskich filmach wyszedł i powiedział parę słów. Do niej, o niej, do jej rodziny. Coś było w tych słowach takiego, że poczułam zapach moich rozmów z Małgosią i popłakałam sobie cichutko jednocześnie słysząc jej głos, że weź już przestań. Chwilami naprawdę była nie do wytrzymania.
Pudełeczko złożone. I już. Jest wolna. Zresztą zawsze była, w tak doskonały sposób.
Wsiadłam z Darkiem do samochodu i gdzieś tam za Raszynem, pomiędzy samochodami skakał sobie czarny balonik. Pewnie jakaś promocja, a my że to znak od Małgosi. Te ludzie to są...
W Wigilię minie rok jak do mnie zadzwoniła, że coś jest źle.
Każdy 17 października będzie wspomnieniem naszej rozmowy.
Nigdy nie znajdę słów, żeby opowiedzieć jaka była.
Czuję się uboższa o to wszystko o czym jeszcze mogłyśmy porozmawiać, ale nie czuję się opuszczona.
Niebawem zasadzę fasolkę.
27 listopada 2010
2 listopada 2010
Kobiety same
Nie samotne, same czyli takie, które żyją bez mężczyzny z wielu powodów, albo z jednego, czy też bez powodu.
W każdym razie bez.
Zawsze się zastanawiałam skąd w kobietach ten upór i determinacja, żeby wyjść za mąż, żeby ten za mąż utrzymać, choćby nie wiem co niekiedy, i chyba wiem. Trochę oczywiście, nie wszystko. Widzę to tak, że kobieta sama wystawiona jest jak naga w ciemnej ulicy, narażona na ataki bezpośrednie, pośrednie, docinki, przysrywki, oskarżenia. Wobec takiej kobiety ludzie pozwalają sobie na więcej, bo przecież nie wyjdzie samiec i nie przypierdoli kiedy trzeba. Nikt nie powie spadaj, odczep się, nie twoja sprawa, nie pozwalaj sobie. Nikt, chyba że ona sama.
Młode kobiety traktowane są trochę inaczej, jakby w perspektywie ten mężczyzna był, że życie przed nimi, że może urokiem działają. Jeśli bardzo młode, to nie wiadomo czy koleżka nie wyłoni się nagle, w kolejnej sytuacji.
Kobiety nie tak już młode, dojrzałe, w starszym wieku (ale nie babinki - one podlegają ochronie atawistycznej) liczyć mogą na niewiele, o ile dobre ludzkie serca to niewiele. Rzecz w tym, że nie każde ludzkie serce dopuszczane jest do głosu przez właściciela, a coś do powiedzenia ma prawie każdy, zdanie na temat życia i właściwości posunięć, niewłaściwości zachowań itd.
Skoro więc nikt takiej babki nie obroni, to ona się musi nauczyć bronić sama, nie ma wyjścia.
Nie każda umie, ale każda potrafi płakać. Najczęściej w zaciszu swojego domu, żeby nikt nie widział słabości do wykorzystania. Część się stara.
Część robi to znakomicie i z uśmiechem na ustach, lub też ryja rozedrze kiedy trzeba.
Jestem przekonana, a jest to nadzwyczaj smutne przekonanie, że o ile kobieta bez nie nauczy się walczyć o siebie, zginie. Nie, żeby zaraz umarła, tak łatwo się nie umiera, zginie zatruta i zadeptana przez lepiej wiedzących, szerzej rozumiejących, bezrozumnie pieprzących.
Ale powinna wiedzieć taka kobieta, że umiejętność uzyskania przewagi w walce, prestiżu i szacunku jej nie przyniesie, gdyż natychmiast rozgdakają się głosy o jakiejś takiej obleśnej i fuj agresji tych samotnych kobiet, a to wszystko panie z powodu braku chłopa. No.
Ja bym to ujęła tak, że z powodu braku chłopa, to gdaczący pozwalają sobie gdakać, ale to już chyba ujęłam wcześniej.
Wiele razy słyszałam od kobiet po rozstaniu, rozwodzie czyli po przejściach, że tak się cicho robi wokół jakby to Wigilia w Bieszczadach była, że nie bardzo chętnie są widziane towarzysko, że inne kobiety się ich obawiają i myślałam sobie wtf i o co kaman?
Teorie spiskowe mówią, że inne baby siem bojom, że taka im chopa zabierze - to czy ja dobrze patrzę, że wiara w te chopy jakaś taka malińkaja, czy ja źle patrzę?
Inna teoria głosi, że ludzkości nie bardzo zręcznie z taką bez, bo to nie wiadomo o czym gawędzić, bo może o czymś nie wypada, albo co.
Inne kobiety, te rodzinne z dziećmi, jeszcze taka wątpliwość najść może czy jej przykro na widok tych dzieci nie będzie, albo (wersja dla samych, ale z dziećmi - dalej społecznie definiowanych jako same, ciekawostka) czy ona się nie rozpłacze na widok męża. I tu wracamy do teorii spiskowej, bo wiadomo, że płaczącą kobietę mężczyzna chętnie pocieszy i znów home sweet home jesteśmy. Wyłączam z tego mężczyzn alergicznie wprost reagujących na łzy, ale właściwie nie można być pewną czy JEJ łzy jednak go nie poruszą. O.
Kobiety z nikt nie będzie pouczał, a zamężnej to już wcale nie. Kobieta bez traktowana jest jak istota upośledzona w stopniu co najmniej lekkim i jako taka wymaga pewnych instrukcji. Broń Boże uchowaj pomocy! Pouczenia, nauczenia, upomnienia, podejrzliwego spojrzenia, to tak. Wymagania są wysokie i podwyższają się z czasem, czyli w miarę upewniania się okolicznej ludności, że jednak biedaczka sama.
Sprawa jest złożona, reakcje zależą od wieku. I tak:
kobiety:
- młodziutkie mężatki nic nie kumają i jako takie są neutralne;
- mężatki mężowo doświadczone zachowują ostrożność, niektóre jednak patrzą z góry;
- kobiety z maluśkimi dziećmi mają wszystko gdzieś (słusznie) i uśmiechają się do świata;
- kobiety oswojone z byciem mamą patrzą z góry;
- kobiety w wieku średnim też mają gdzieś, chyba że akurat frustracja im narośnie ogólnożyciowa;
- starsze panie zazwyczaj są miłe i ciepło się uśmiechają, chyba że akurat nie.
mężczyźni:
- część patrzy jak tygrys na łanię;
- młodzi olewają (słusznie) bo to nie ich target;
- wieeeeeeeelu żonatych chciałoby się załapać na coś fajnego;
- starsi dzielą się na dwie grupy: uroczych, którzy chętnie pogawędzą ot tak po nic, ale dla umilenia sobie wzajemnie życia i zramolałych, wrednych gości, którzy nie ustąpią póki nie wygłoszą dowolnej mądrości o życiu, ze szczególnym uwzględnieniem powinności (powinna pani, musi pani, dlaczego tak pani to robi kiedy tak nie można, proszę zrobić tak!, tak nie wolno robić!).
Aha. Więc zrozumiałam przyczyny dla jakich kobiety trzymają się mężczyzn bardziej niż niepodległości, one po prostu nie chcą ulec wykluczeniu. Obieg to ważna rzecz, poczucie przynależności jeszcze ważniejsza, a zatem dobrze wbić się pazurami i trzymać, z powodu o wiele smutniejszej alternatywy. Nikt nie chce byc widziany jako niepełnosprawny, niezdolny, marginalny.
Lecz jeśli przyjąć ten sposób widzenia świata, w którym kobieta i mężczyna są sobie naturalnie przeznaczeni i przynależni, to może kobietom tego pozbawionym należy się ogromny szacunek? Bo dają sobie radę, utrzymują się często o wiele wyżej niż tafla jeziora, są dzielne, twórcze w codzienności, potrafią. Niektóre są samotne, niektóre samotność wybierają - różnie bywa. Podobnie jak z mężatkami: część jest szczęśliwa, część tonie w rozpaczy.
Ludzkie przywiązanie do form i uproszczonych sposobów myślenia bywa krzywdzące. Jest krzywdzące. Niesprawiedliwe.
To sprawia, że tak wiele samych musi odnaleźć zbroję, założyć ją i nie dać się z niej wyłuskać, a wy widzicie tylko zimne suki pozbawione najbardziej elementarnych cech kobiety.
Życie, moi państwo, życie. Z koniecznością przystosowania się do ekstremalnych warunków.
W każdym razie bez.
Zawsze się zastanawiałam skąd w kobietach ten upór i determinacja, żeby wyjść za mąż, żeby ten za mąż utrzymać, choćby nie wiem co niekiedy, i chyba wiem. Trochę oczywiście, nie wszystko. Widzę to tak, że kobieta sama wystawiona jest jak naga w ciemnej ulicy, narażona na ataki bezpośrednie, pośrednie, docinki, przysrywki, oskarżenia. Wobec takiej kobiety ludzie pozwalają sobie na więcej, bo przecież nie wyjdzie samiec i nie przypierdoli kiedy trzeba. Nikt nie powie spadaj, odczep się, nie twoja sprawa, nie pozwalaj sobie. Nikt, chyba że ona sama.
Młode kobiety traktowane są trochę inaczej, jakby w perspektywie ten mężczyzna był, że życie przed nimi, że może urokiem działają. Jeśli bardzo młode, to nie wiadomo czy koleżka nie wyłoni się nagle, w kolejnej sytuacji.
Kobiety nie tak już młode, dojrzałe, w starszym wieku (ale nie babinki - one podlegają ochronie atawistycznej) liczyć mogą na niewiele, o ile dobre ludzkie serca to niewiele. Rzecz w tym, że nie każde ludzkie serce dopuszczane jest do głosu przez właściciela, a coś do powiedzenia ma prawie każdy, zdanie na temat życia i właściwości posunięć, niewłaściwości zachowań itd.
Skoro więc nikt takiej babki nie obroni, to ona się musi nauczyć bronić sama, nie ma wyjścia.
Nie każda umie, ale każda potrafi płakać. Najczęściej w zaciszu swojego domu, żeby nikt nie widział słabości do wykorzystania. Część się stara.
Część robi to znakomicie i z uśmiechem na ustach, lub też ryja rozedrze kiedy trzeba.
Jestem przekonana, a jest to nadzwyczaj smutne przekonanie, że o ile kobieta bez nie nauczy się walczyć o siebie, zginie. Nie, żeby zaraz umarła, tak łatwo się nie umiera, zginie zatruta i zadeptana przez lepiej wiedzących, szerzej rozumiejących, bezrozumnie pieprzących.
Ale powinna wiedzieć taka kobieta, że umiejętność uzyskania przewagi w walce, prestiżu i szacunku jej nie przyniesie, gdyż natychmiast rozgdakają się głosy o jakiejś takiej obleśnej i fuj agresji tych samotnych kobiet, a to wszystko panie z powodu braku chłopa. No.
Ja bym to ujęła tak, że z powodu braku chłopa, to gdaczący pozwalają sobie gdakać, ale to już chyba ujęłam wcześniej.
Wiele razy słyszałam od kobiet po rozstaniu, rozwodzie czyli po przejściach, że tak się cicho robi wokół jakby to Wigilia w Bieszczadach była, że nie bardzo chętnie są widziane towarzysko, że inne kobiety się ich obawiają i myślałam sobie wtf i o co kaman?
Teorie spiskowe mówią, że inne baby siem bojom, że taka im chopa zabierze - to czy ja dobrze patrzę, że wiara w te chopy jakaś taka malińkaja, czy ja źle patrzę?
Inna teoria głosi, że ludzkości nie bardzo zręcznie z taką bez, bo to nie wiadomo o czym gawędzić, bo może o czymś nie wypada, albo co.
Inne kobiety, te rodzinne z dziećmi, jeszcze taka wątpliwość najść może czy jej przykro na widok tych dzieci nie będzie, albo (wersja dla samych, ale z dziećmi - dalej społecznie definiowanych jako same, ciekawostka) czy ona się nie rozpłacze na widok męża. I tu wracamy do teorii spiskowej, bo wiadomo, że płaczącą kobietę mężczyzna chętnie pocieszy i znów home sweet home jesteśmy. Wyłączam z tego mężczyzn alergicznie wprost reagujących na łzy, ale właściwie nie można być pewną czy JEJ łzy jednak go nie poruszą. O.
Kobiety z nikt nie będzie pouczał, a zamężnej to już wcale nie. Kobieta bez traktowana jest jak istota upośledzona w stopniu co najmniej lekkim i jako taka wymaga pewnych instrukcji. Broń Boże uchowaj pomocy! Pouczenia, nauczenia, upomnienia, podejrzliwego spojrzenia, to tak. Wymagania są wysokie i podwyższają się z czasem, czyli w miarę upewniania się okolicznej ludności, że jednak biedaczka sama.
Sprawa jest złożona, reakcje zależą od wieku. I tak:
kobiety:
- młodziutkie mężatki nic nie kumają i jako takie są neutralne;
- mężatki mężowo doświadczone zachowują ostrożność, niektóre jednak patrzą z góry;
- kobiety z maluśkimi dziećmi mają wszystko gdzieś (słusznie) i uśmiechają się do świata;
- kobiety oswojone z byciem mamą patrzą z góry;
- kobiety w wieku średnim też mają gdzieś, chyba że akurat frustracja im narośnie ogólnożyciowa;
- starsze panie zazwyczaj są miłe i ciepło się uśmiechają, chyba że akurat nie.
mężczyźni:
- część patrzy jak tygrys na łanię;
- młodzi olewają (słusznie) bo to nie ich target;
- wieeeeeeeelu żonatych chciałoby się załapać na coś fajnego;
- starsi dzielą się na dwie grupy: uroczych, którzy chętnie pogawędzą ot tak po nic, ale dla umilenia sobie wzajemnie życia i zramolałych, wrednych gości, którzy nie ustąpią póki nie wygłoszą dowolnej mądrości o życiu, ze szczególnym uwzględnieniem powinności (powinna pani, musi pani, dlaczego tak pani to robi kiedy tak nie można, proszę zrobić tak!, tak nie wolno robić!).
Aha. Więc zrozumiałam przyczyny dla jakich kobiety trzymają się mężczyzn bardziej niż niepodległości, one po prostu nie chcą ulec wykluczeniu. Obieg to ważna rzecz, poczucie przynależności jeszcze ważniejsza, a zatem dobrze wbić się pazurami i trzymać, z powodu o wiele smutniejszej alternatywy. Nikt nie chce byc widziany jako niepełnosprawny, niezdolny, marginalny.
Lecz jeśli przyjąć ten sposób widzenia świata, w którym kobieta i mężczyna są sobie naturalnie przeznaczeni i przynależni, to może kobietom tego pozbawionym należy się ogromny szacunek? Bo dają sobie radę, utrzymują się często o wiele wyżej niż tafla jeziora, są dzielne, twórcze w codzienności, potrafią. Niektóre są samotne, niektóre samotność wybierają - różnie bywa. Podobnie jak z mężatkami: część jest szczęśliwa, część tonie w rozpaczy.
Ludzkie przywiązanie do form i uproszczonych sposobów myślenia bywa krzywdzące. Jest krzywdzące. Niesprawiedliwe.
To sprawia, że tak wiele samych musi odnaleźć zbroję, założyć ją i nie dać się z niej wyłuskać, a wy widzicie tylko zimne suki pozbawione najbardziej elementarnych cech kobiety.
Życie, moi państwo, życie. Z koniecznością przystosowania się do ekstremalnych warunków.
30 września 2010
Życie według Gretchen - Tomaszowi Terlikowskiemu z dedykacją
Od dawna twierdzę, że tylko Tomasz Terlikowski umie pisać tak, że jest w stanie obudzić we mnie zapał polemiczny w sprawach, w których mamy podobną opinię.
Od równie dawna powstrzymuję się od polemiki z redaktorem i filozofem, bo to niczemu nie służy.
Lanie wody, bicie piany i inne czynności sensu głębszego pozbawione.
Ale dzisiaj miałam naprawdę ciężki dzień.
Zobaczyłam, że Tomasz Terlikowski napisał kolejny tekst, że podobno jest debilem więc sobie pomyślałam: cóż ten świat znowu uczynił, że pan Tomasz w tak przewrotny sposób chce dać mu odpór.
Pan Tomasz jak zwykle o aborcji.
Trochę jest monotematyczny, choć w gruncie rzeczy mogło być jeszcze o homoseksualistach. na ten przykład weźmy: jestem debilem, bo nie jestem gejem, a za tym cały arsenał uzasadnień zrównujących drugiego człowieka homoseksualnego z poziomem gruntu, o ile nie niżej.
Niżej jest już chyba tylko piekło. Nie wiem.
Dzisiaj jednak o aborcji. W pewnym sensie.
Więc ja się zgadzam z Tomaszem Terlikowskim, że aborcja jest zabijaniem.
Że to Małe na to nie zasługuje, też się zgadzam.
Że to jest życie - nie mam wątpliwości. Zawsze tak myślałam, bez względu na to jak moje poglądy zmieniały się w kwestiach rozmaitych.
Nie chce mi się zastanawiać nad momentem, od którego to jest Życie. Nie mam takiej potrzeby - życie to życie i już.
Co prawda ostatnio gdzieś przeczytałam, że spirale dlatego są mordercze, bo zapłodniona komórka jajowa nie może się zagnieździć we właściwym miejscu, więc dziecko umiera z głodu... Dla mnie to pachnie jakąś propagandą, ale nie zmienia mojego myślenia o zapłodnionej komórce jajowej.
Miejmy nadzieję, że sprawa jest jasna.
Mam pewne przypuszczenie, dość przerażające, że w kwestii życia jestem bardziej fundamentalna od pana Tomasza Terlikowskiego, co stwierdzam tyleż odpowiedzialnie co poważnie.
Dla mnie nie tylko zapłodniona komórka jajowa jest życiem.
Jest nią również roślina doniczkowa w moim domu ( ludność zbliżona do mnie, już raczej nie daje mi kwiatów ciętych po moich wynurzeniach o ich - kwiatów - urywanej niesprawiedliwie i dla estetyki egzystencji), a także wszelkie napotykane rośliny, zwierzęta, owady.
W tym komary.
Jedyne co zabijam, a i tak mam galopujące poczucie winy, to karaluchy. Na szczęście mnie nie odwiedzają, ale zdarzyło się i do dzisiaj sobie to wyrzucam.
Uzasadnienie, że nie mogłabym z nimi żyć z powodu obrzydzenia i strachu, wcale mnie nie tłumaczy.
Jednego uratowałam kiedyś w kraju tropikalnym, ale nie własnymi rękami i zapewne dla odkupienia win za współplemieńców.
Pająków boję się okropnie, co być może świadczy o tym, że jeszcze zachowałam jakieś cechy kobiety... Ale ich też nie zabijam. Opracowałam metodę szklanki i kartki do wyprowadzania złośliwców na zewnątrz.
Tyle tytułem wprowadzenia do świata szanującego życie.
Na moim tle redaktor Terlikowski jest libertyński do granic, założę się.
Inna rzecz, że ja nie mam misji wyjaśniania i prowadzenia ludzkości ku Prawdzie. Ludzkość świetnie daje sobie radę beze mnie, co i lepiej dla ludzkości.
Mogłabym pisać, że komary należy oszczędzać, ale po co?
Retournons a nos moutons...
Tomasz Terlikowski uzasadniając, że jest debilem czyni to pozornie, co wyjaśnia choćby pobieżna lektura tekstu.
Nie mogę się nie zgodzić, że to jest dobrze nie zabijać dzieci, w tym własnych, że dobrze jest nie zdradzać żony (w tym z mężczyzną, będąc mężczyzną), że całkiem fajnie kiedy mężczyzna nie jest dziwkarzem (nie zaraz każdy zdradzający jest dziwkarzem, tu dokonałabym pewnego rozróżnienia...).
Co prawda nie jestem za tym, żeby mężczyźni byli debilami, ale nie zamierzam udawać, że nie wiem o co panu Tomaszowi chodzi.
Oczy moje brązowe otwierają się szeroko kiedy czytam takie zdanie wypływające ze szlachetnej filozoficznej klawiatury:
“Pisałem o morderstwie, a kara śmierci nią nie jest. I jeszcze jedno: jeśli coś jest złem, to jest nim niezależnie od tego, czy w jakims kraju to coś jest dopuszczalne czy nie. Proszę się zatem bardziej wysilić.”
i dalej:
“Morderstwo jest zabiciem niewinnej osoby. Kara śmierci jest zabiciem winnej osoby, by chronić społeczeństwo. Widać różnicę???”
Nie widać.
Definicja filozoficzna morderstwa jest taka, że jest to zabicie niewinnej osoby. Bardzo piękna definicja.
Tu jest klu, pardą le mot.
Albo się jest za życiem, albo się jest za niektórym życiem.
Bo ja to widzę tak, że albo życie jest wartością najwyższą, samo w sobie, bez względu na okoliczności, albo nie jest i można dopuścić wyjątki.
Jeśli zaczynamy wartościować życie na przynależność jego do osoby winnej i niewinnej, to o czym rozmawiamy? Nadal o Życiu jako wartości samej w sobie, czy już o czymś innym?
Bo jeśli o czymś innym, to ja bardzo proszę o trochę wyrozumiałości dla ludzi podejmujących decyzję o aborcji. W szczególności dla zgwałconych kobiet. Pokornie upraszam.
Pozostając w sferze wartości, zupełnie nie mieszanej ze sferą oczeczeń sądów, czy naprawdę zawsze wiemy kogo i czy słusznie skazujemy na karę śmierci? A może tutaj już właśnie jest to zamieszanie?
Bo czy Tomasz Terlikowski dopuści morderczy, acz sprawiedliwy, bo zaiwiniony, samosąd? Czy nie dopuści?
Uproszczę.
Mam wrażenie, że Tomasz Terlikowski wyznaczył sobie, szczytny skądinąd cel, upominania się o życie tych nienarodzonych istot. To jest piękne, a raczej byłoby, gdyby w swojej obronie Życia był konsekwentny.
Oczywiście można walczyć o prawo do Życia (jako wartości) jednych, lekko mając tę samą wartość wobec innych, bo zmieniają się warunki brzegowe.
Czy więc ja, taka Gretchen, nie zabijająca żadnej żywej istoty (oby Ci z Góry wybaczyli mi te trzy karaluchy!), a istotę żywą rozumiem bardzo szeroko, jestem bardziej debilem, czy mniej debilem?
Ciekawa rzecz... Nie nauczam, nie nawracam, nie narzucam. W ogóle niewiele od ludzi chcę, a już z cała pewnością nie oczekuję podzielania moich poglądów.
I siedzimy sobie dwa dni temu z Baśką na trawie, a ona pac i zabija komara, który mnie żre.
- Nie zabijaj, żesz kurka - mówię spokojnie, aczkolwiek poważnie.
- Ojej! Przepraszam... - i widzę, że jest naprawdę przejęta.
Walka zawsze wyzwala opór.
Konsekwencja i spokój są bardziej skuteczne.
Trzeba tylko cierpliwości.
Ludzie nie są debilami. Popełniają błędy,podejmują straszliwe decyzje, dokonują czynów okropnych. Niekiedy.
Ci ludzie, to każdy z nas.
http://terlikowski.salon24.pl/233805,dlaczego-jestem-debilem#comment_3315515
Od równie dawna powstrzymuję się od polemiki z redaktorem i filozofem, bo to niczemu nie służy.
Lanie wody, bicie piany i inne czynności sensu głębszego pozbawione.
Ale dzisiaj miałam naprawdę ciężki dzień.
Zobaczyłam, że Tomasz Terlikowski napisał kolejny tekst, że podobno jest debilem więc sobie pomyślałam: cóż ten świat znowu uczynił, że pan Tomasz w tak przewrotny sposób chce dać mu odpór.
Pan Tomasz jak zwykle o aborcji.
Trochę jest monotematyczny, choć w gruncie rzeczy mogło być jeszcze o homoseksualistach. na ten przykład weźmy: jestem debilem, bo nie jestem gejem, a za tym cały arsenał uzasadnień zrównujących drugiego człowieka homoseksualnego z poziomem gruntu, o ile nie niżej.
Niżej jest już chyba tylko piekło. Nie wiem.
Dzisiaj jednak o aborcji. W pewnym sensie.
Więc ja się zgadzam z Tomaszem Terlikowskim, że aborcja jest zabijaniem.
Że to Małe na to nie zasługuje, też się zgadzam.
Że to jest życie - nie mam wątpliwości. Zawsze tak myślałam, bez względu na to jak moje poglądy zmieniały się w kwestiach rozmaitych.
Nie chce mi się zastanawiać nad momentem, od którego to jest Życie. Nie mam takiej potrzeby - życie to życie i już.
Co prawda ostatnio gdzieś przeczytałam, że spirale dlatego są mordercze, bo zapłodniona komórka jajowa nie może się zagnieździć we właściwym miejscu, więc dziecko umiera z głodu... Dla mnie to pachnie jakąś propagandą, ale nie zmienia mojego myślenia o zapłodnionej komórce jajowej.
Miejmy nadzieję, że sprawa jest jasna.
Mam pewne przypuszczenie, dość przerażające, że w kwestii życia jestem bardziej fundamentalna od pana Tomasza Terlikowskiego, co stwierdzam tyleż odpowiedzialnie co poważnie.
Dla mnie nie tylko zapłodniona komórka jajowa jest życiem.
Jest nią również roślina doniczkowa w moim domu ( ludność zbliżona do mnie, już raczej nie daje mi kwiatów ciętych po moich wynurzeniach o ich - kwiatów - urywanej niesprawiedliwie i dla estetyki egzystencji), a także wszelkie napotykane rośliny, zwierzęta, owady.
W tym komary.
Jedyne co zabijam, a i tak mam galopujące poczucie winy, to karaluchy. Na szczęście mnie nie odwiedzają, ale zdarzyło się i do dzisiaj sobie to wyrzucam.
Uzasadnienie, że nie mogłabym z nimi żyć z powodu obrzydzenia i strachu, wcale mnie nie tłumaczy.
Jednego uratowałam kiedyś w kraju tropikalnym, ale nie własnymi rękami i zapewne dla odkupienia win za współplemieńców.
Pająków boję się okropnie, co być może świadczy o tym, że jeszcze zachowałam jakieś cechy kobiety... Ale ich też nie zabijam. Opracowałam metodę szklanki i kartki do wyprowadzania złośliwców na zewnątrz.
Tyle tytułem wprowadzenia do świata szanującego życie.
Na moim tle redaktor Terlikowski jest libertyński do granic, założę się.
Inna rzecz, że ja nie mam misji wyjaśniania i prowadzenia ludzkości ku Prawdzie. Ludzkość świetnie daje sobie radę beze mnie, co i lepiej dla ludzkości.
Mogłabym pisać, że komary należy oszczędzać, ale po co?
Retournons a nos moutons...
Tomasz Terlikowski uzasadniając, że jest debilem czyni to pozornie, co wyjaśnia choćby pobieżna lektura tekstu.
Nie mogę się nie zgodzić, że to jest dobrze nie zabijać dzieci, w tym własnych, że dobrze jest nie zdradzać żony (w tym z mężczyzną, będąc mężczyzną), że całkiem fajnie kiedy mężczyzna nie jest dziwkarzem (nie zaraz każdy zdradzający jest dziwkarzem, tu dokonałabym pewnego rozróżnienia...).
Co prawda nie jestem za tym, żeby mężczyźni byli debilami, ale nie zamierzam udawać, że nie wiem o co panu Tomaszowi chodzi.
Oczy moje brązowe otwierają się szeroko kiedy czytam takie zdanie wypływające ze szlachetnej filozoficznej klawiatury:
“Pisałem o morderstwie, a kara śmierci nią nie jest. I jeszcze jedno: jeśli coś jest złem, to jest nim niezależnie od tego, czy w jakims kraju to coś jest dopuszczalne czy nie. Proszę się zatem bardziej wysilić.”
i dalej:
“Morderstwo jest zabiciem niewinnej osoby. Kara śmierci jest zabiciem winnej osoby, by chronić społeczeństwo. Widać różnicę???”
Nie widać.
Definicja filozoficzna morderstwa jest taka, że jest to zabicie niewinnej osoby. Bardzo piękna definicja.
Tu jest klu, pardą le mot.
Albo się jest za życiem, albo się jest za niektórym życiem.
Bo ja to widzę tak, że albo życie jest wartością najwyższą, samo w sobie, bez względu na okoliczności, albo nie jest i można dopuścić wyjątki.
Jeśli zaczynamy wartościować życie na przynależność jego do osoby winnej i niewinnej, to o czym rozmawiamy? Nadal o Życiu jako wartości samej w sobie, czy już o czymś innym?
Bo jeśli o czymś innym, to ja bardzo proszę o trochę wyrozumiałości dla ludzi podejmujących decyzję o aborcji. W szczególności dla zgwałconych kobiet. Pokornie upraszam.
Pozostając w sferze wartości, zupełnie nie mieszanej ze sferą oczeczeń sądów, czy naprawdę zawsze wiemy kogo i czy słusznie skazujemy na karę śmierci? A może tutaj już właśnie jest to zamieszanie?
Bo czy Tomasz Terlikowski dopuści morderczy, acz sprawiedliwy, bo zaiwiniony, samosąd? Czy nie dopuści?
Uproszczę.
Mam wrażenie, że Tomasz Terlikowski wyznaczył sobie, szczytny skądinąd cel, upominania się o życie tych nienarodzonych istot. To jest piękne, a raczej byłoby, gdyby w swojej obronie Życia był konsekwentny.
Oczywiście można walczyć o prawo do Życia (jako wartości) jednych, lekko mając tę samą wartość wobec innych, bo zmieniają się warunki brzegowe.
Czy więc ja, taka Gretchen, nie zabijająca żadnej żywej istoty (oby Ci z Góry wybaczyli mi te trzy karaluchy!), a istotę żywą rozumiem bardzo szeroko, jestem bardziej debilem, czy mniej debilem?
Ciekawa rzecz... Nie nauczam, nie nawracam, nie narzucam. W ogóle niewiele od ludzi chcę, a już z cała pewnością nie oczekuję podzielania moich poglądów.
I siedzimy sobie dwa dni temu z Baśką na trawie, a ona pac i zabija komara, który mnie żre.
- Nie zabijaj, żesz kurka - mówię spokojnie, aczkolwiek poważnie.
- Ojej! Przepraszam... - i widzę, że jest naprawdę przejęta.
Walka zawsze wyzwala opór.
Konsekwencja i spokój są bardziej skuteczne.
Trzeba tylko cierpliwości.
Ludzie nie są debilami. Popełniają błędy,podejmują straszliwe decyzje, dokonują czynów okropnych. Niekiedy.
Ci ludzie, to każdy z nas.
http://terlikowski.salon24.pl/233805,dlaczego-jestem-debilem#comment_3315515
28 września 2010
Pierwsze ostatnie spotkanie
Małgosia odchodzi.
Jest jeszcze, jeszcze można by było się trochę pooszukiwać, że może...
Ale nie.
Nie chcę słodkiego smaku gorzkiego kłamstwa, chcę przytomnie i prawdziwie się pożegnać.
Dopóki można, dopóki Ona jest jeszcze taka jak była zawsze.
Prawie taka.
Umówiłyśmy się na środę. Mam dziwne wrażenie, że obie wiemy po co to spotkanie - zagroziłam, że jeżeli odwoła pod dowolnym pretekstem, to dostanie kopa.
Znam ją. Mogłaby to zrobić, chociaż liczę na to, że jestem dla Niej na tyle ważna, że tego nie zrobi.
Dociera do mnie, że będę żyła w świecie bez Niej...
A kiedyś...
Kiedyś rechotałyśmy, że jak nas już wszystko na starość zeźli, to zamieszkamy w chacie gdzieś w górach i jako dwie stare, mądre baby usiądziemy na ganku, pod pledzikami, i snuć będziemy mądrości o życiu i ludziach.
...
Obie jesteśmy takie, albo takie ze sobą, że... Że nie będzie miejsca na tanie pociechy, piękne słówka, powierzchowność.
Mam mętlik w głowie. Chwilami mówię sobie, że nie muszę się do tego przygotowywać aż tak, bo mogę pojechać jeszcze za tydzień, za dwa.
Jeszcze w zielone gramy...
A jeśli nie?
Z Nią tak jest. Nie odbiera telefonów, nie chce odwiedzin. A potem odbiera i się umawiamy. Więc nie wiem jak będzie następnym razem i czy następny raz będzie...
Nie chcę tego zmarnować.
Gonitwa myśli po mózgu i uczuć po sercu.
Jak utrzymać kontakt z Tamtej Strony?
Jak powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób jakie zesłali mi Ci z Góry, że zmieniła tak wiele, że mój świat bez niej jest dla mnie nie do wyobrażenia?
Dlaczego tak idiotycznie i arogancko potraktowałyśmy czas?
Jak Jej jest odchodzić?
Chciałabym coś Jej ofiarować, i żeby Ona mi coś dała swojego, żebym mogła to mieć.
Chciałabym z Nią popłakać.
Kilka lat temu dała mi taki magnesik w prezencie. Obrazek, na którym jest napisane zawsze będziesz moim przyjacielem, wiesz zbyt dużo.
Śmiałyśmy się z tego...
Zawsze będzie moim przyjacielem...
Czy mogłabym ją jakoś odprowadzić, kawałek chociaż?
Czy cokolwiek mogę zrobić?
Dziwne, bo nie czuję żalu. To nie jest to uczucie.
Nie wiem...
Nie wiem jak określić stan kiedy świadomie żegnasz się z kimś bardzo, bardzo ważnym...
Jakbym odprowadzała Ją do pociągu.
Jedziemy na dworzec, wchodzimy na peron, podjeżdża pociąg, wchodzi na schodki, na korytarz... Już się nie słyszymy, bo wagony klimatyzowane i okna się nie otwierają więc można tylko uśmiechem, gestem dłoni przekazać Ostatnie...
Pociąg rusza...
Jeszcze się widzimy...
Mogę chwilę podbiec...
Pociągi są szybsze od ludzi...
To teraz się czuję jak byśmy umówiły się, że razem pojedziemy na dworzec.
Niby mnóstwo czasu przed nami i wszystko się da.
Mam spore doświadczenie w pożegnaniach, bo z tego składa się moje życie od zawsze, ale nigdy tak...
Z różnych podróży ludzie wracają.
Nie z tej.
Jest jeszcze trochę czasu, jakie to szczęście...
Jakie to szczęście, że mam szansę powiedzieć Jej to, co dzisiaj jest tylko pętelką wszystkiego.
Ułoży się we mnie.
Jeszcze nawet nie zamówiłyśmy taksówki na dworzec...
Jest jeszcze, jeszcze można by było się trochę pooszukiwać, że może...
Ale nie.
Nie chcę słodkiego smaku gorzkiego kłamstwa, chcę przytomnie i prawdziwie się pożegnać.
Dopóki można, dopóki Ona jest jeszcze taka jak była zawsze.
Prawie taka.
Umówiłyśmy się na środę. Mam dziwne wrażenie, że obie wiemy po co to spotkanie - zagroziłam, że jeżeli odwoła pod dowolnym pretekstem, to dostanie kopa.
Znam ją. Mogłaby to zrobić, chociaż liczę na to, że jestem dla Niej na tyle ważna, że tego nie zrobi.
Dociera do mnie, że będę żyła w świecie bez Niej...
A kiedyś...
Kiedyś rechotałyśmy, że jak nas już wszystko na starość zeźli, to zamieszkamy w chacie gdzieś w górach i jako dwie stare, mądre baby usiądziemy na ganku, pod pledzikami, i snuć będziemy mądrości o życiu i ludziach.
...
Obie jesteśmy takie, albo takie ze sobą, że... Że nie będzie miejsca na tanie pociechy, piękne słówka, powierzchowność.
Mam mętlik w głowie. Chwilami mówię sobie, że nie muszę się do tego przygotowywać aż tak, bo mogę pojechać jeszcze za tydzień, za dwa.
Jeszcze w zielone gramy...
A jeśli nie?
Z Nią tak jest. Nie odbiera telefonów, nie chce odwiedzin. A potem odbiera i się umawiamy. Więc nie wiem jak będzie następnym razem i czy następny raz będzie...
Nie chcę tego zmarnować.
Gonitwa myśli po mózgu i uczuć po sercu.
Jak utrzymać kontakt z Tamtej Strony?
Jak powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób jakie zesłali mi Ci z Góry, że zmieniła tak wiele, że mój świat bez niej jest dla mnie nie do wyobrażenia?
Dlaczego tak idiotycznie i arogancko potraktowałyśmy czas?
Jak Jej jest odchodzić?
Chciałabym coś Jej ofiarować, i żeby Ona mi coś dała swojego, żebym mogła to mieć.
Chciałabym z Nią popłakać.
Kilka lat temu dała mi taki magnesik w prezencie. Obrazek, na którym jest napisane zawsze będziesz moim przyjacielem, wiesz zbyt dużo.
Śmiałyśmy się z tego...
Zawsze będzie moim przyjacielem...
Czy mogłabym ją jakoś odprowadzić, kawałek chociaż?
Czy cokolwiek mogę zrobić?
Dziwne, bo nie czuję żalu. To nie jest to uczucie.
Nie wiem...
Nie wiem jak określić stan kiedy świadomie żegnasz się z kimś bardzo, bardzo ważnym...
Jakbym odprowadzała Ją do pociągu.
Jedziemy na dworzec, wchodzimy na peron, podjeżdża pociąg, wchodzi na schodki, na korytarz... Już się nie słyszymy, bo wagony klimatyzowane i okna się nie otwierają więc można tylko uśmiechem, gestem dłoni przekazać Ostatnie...
Pociąg rusza...
Jeszcze się widzimy...
Mogę chwilę podbiec...
Pociągi są szybsze od ludzi...
To teraz się czuję jak byśmy umówiły się, że razem pojedziemy na dworzec.
Niby mnóstwo czasu przed nami i wszystko się da.
Mam spore doświadczenie w pożegnaniach, bo z tego składa się moje życie od zawsze, ale nigdy tak...
Z różnych podróży ludzie wracają.
Nie z tej.
Jest jeszcze trochę czasu, jakie to szczęście...
Jakie to szczęście, że mam szansę powiedzieć Jej to, co dzisiaj jest tylko pętelką wszystkiego.
Ułoży się we mnie.
Jeszcze nawet nie zamówiłyśmy taksówki na dworzec...
21 września 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Po drugiej stronie lustra...
Właściwie w pierwszych słowach swego listu powinnam wygłosić kolejny, i jakże uzasadniony, poemat na swoją cześć, ale nie mam pewości czy poematy się wygłasza, oraz mam pewność, że nie przez każdego zaraz jest to mile widziane.
Gdybym jednak miała samą siebie chwalić, to z pewnością doceniłabym swój profesjonalizm,
dostrzeganie pacjenta,
w pacjencie człowieka,
w człowieku cierpienie,
w cierpieniu zrozumienie dla pragnienia ulgi.
Zostawiam to jednak na boku.
Jakoś miesiąc temu przeszłam na drugą stronę lustra w swoim obcowaniu z Publiczną Służbą.
Już i dotychczasowa łatwą nie była, a ta nowa okazała się tym, o czym dotąd słyszałam od ludzi, czyli czymś jeszcze bardziej koszmarnym, o ile nie po prostu zobiektywizwanym koszmarem.
Miałam w życiu szczęście nie chorować, nie uszkadzać się, o ile nie liczyć operacji w Nowym Dworze Gdańskim w ciemnym roku 1982 - kto by o tym dziś pamiętał...
Szczęście, jak to szczęście, nie jest zbyt wierne i do człowieka przywiązane, co się okazało niedawno przy złamaniu paliczka palca małego ręki lewej, pardą.
Rejestracja ostrego dyżuru:
Pooooooooooooowolna pani, ale uwierzyła mi na słowo, że jestem ubezpieczona. Git.
Instrukcje dała jasne.
Rentgen ostrego dyżuru:
Bardzo miła pani.
Zapytana czy złamany szczerze odpowiada, że tak i nawet chce pokazać, lecz rezygnuję.
Lekarz na ostrym dyżurze:
Pan doktór se rozmawia przez telefon i ewidentnie umawia się na fajoską imprezkę, nic mi do tego, ale napiernicza i puchnie, puchnie i napiernicza...
Brak kontaktu wzrokowego z dopuszczonym przed oblicze pacjentem, minimalny i niechętny kontakt fizyczny z przyczyną wizyty, a to tylko palec - chyba nic obrzydliwego?
Mały, bezbronny palec ze złamanym paliczkiem w podstawie, co on winien?
- I co teraz? - pytam cokolwiek spanikowana.
- Gips - odpowiada stanowczo doktór.
- Będzie bolało? - staram się być kobietą w tych niesprzyjających warunkach, ale jestem tylko palcem ze zdjęcia rentgenowskiego.
- Trochę będzie - doktór mówi jak do żołnierza tuż po walce.
Gipsiarz:
Poznany po chwili, jest dość miły, ale cały czas pogwizduje poświstując. Łatwo jemu, oj łatwo, a ja w życiu nie miałam nic złamanego więc trzęsę się jak osika i zagaduję pana uroczo, jak to tylko ja potrafię, w nadziei, że może ten palec zaklei należycie.
No niby się udało. Ładny gips, bielutki, z bandażykiem, dwa palce w środku. Zapewne po to, żeby ten mały się nie bał, że został sam. Taka jest moja teoria.
Za dziesięć dni kontrola.
Minęło dni dziesięć jakby żółw je na plecach swoich taszczył.
Pojawiam się w przychodni przy szpitalu.
Jestem umówiona (buahahahaha!) na poranną dziesiątą, a tu kolejeczka zakręcona jak ogonek świnki. Rejestruję się i idę do gabinetu 4. Kolejeczka zakręcona podwójnie, bo i ci do doktóra na dzień dobry, oraz co po zdjęciach.
Dwie godziny później siedzę w gabinecie.
Lekarz w przychodni specjalistycznej:
brak kontaktu wzrokowego z pacjentem, za to poczucie humoru rewelacyjne. To, z tych nieco czarnych poczuć, z lekką domieszką inteligencji i błyskotliwości.
Nie jest rewelacyjnie, ale na tyle dobrze, że palec nie będzie mi przeszkadzał w sięganiu po rewolwer.
Doceniam.
Kontrola za nieco ponad dwa tygodnie.
Kolejki do rejestracji nie ma. Do gabinetu 4 jest, ale sprawnie idzie, do rentgena mniej sprawnie, ale też idzie. W końcu życie nie znosi próżni i wszystko jakoś tam idzie. Grunt, żeby się nie zastanawiać jak.
Doktór... Nie ten pierwszy i nie ten drugi, trzeci jest on już.
- Co się stało?
- Palec złamałam.
- Który?
- Mały.
- Czyli piąty.
- Której ręki?
- Lewej - odpowiadam, ale już mnie ponosi.
- I co? Gips miał być zdjęty?
- Mnie pan pyta, panie doktorze? - przekąs jest na granicy słyszalności. - Tu jest moja karta.
Doktór bierze jakiś świstek i zakreśla, że uprasza się o zdjęcie gipsu.
Pozwolił zdjąć gips, zrobić zdjęcie palcu, nakazał powrót.
Wykonałam wszystko zgodnie z poleceniem i nawracam.
Doktór oczywiście nie ma kontaktu wzrokowego z pacjentem, prosi o okazanie palca “jak wygląda klinicznie”, ale za chwilę już o tym nie pamięta, gdyż jednocześnie (ależ oni mają podzielną uwagę, ja cię...) wypisuje receptę dla innej pacjentki.
Wraca do mnie, patrzy na zdjęcie:
- Źle się zrosło, proszę Pani. Na wszystko jest już za późno. Na ustawienie, na operację.
- Słucham?
- No tak.
- Pana kolega dwa tygodnie temu mówił coś innego.
Cisza.
- Trzeba więc zrobić operację - nie ma logiki na medycynie?
- Pan żartuje?
- Niestety nie. Trzeba włożyć płytkę. Na razie dam pani skierowanie na rehabilitację. Kontrola za trzy, cztery tygodnie.
- Którego, mniej więcej? - pytam grzecznie.
- Mniej więcej za trzy, cztery tygodnie. To wszystko.
Jeszcze dałam radę zapisać się na tę kontrolną wizytę zanim potargały mną dreszcze niespokojne.
Wyszłam na powietrze, zapaliłam papierosa i rozryczałam się z bezsilności, wściekłości i ogólnego żalu do świata.
Nie korzystam z argumentu pracy w Publicznej Służbie, nie skorzystałam również i z tego, że ktoś dla mnie bliski (a już niestety nieżyjący) uczył tych wszystkich patałachów i klękali przed nim na kolana. Nie robię tego z głębokiego przekonania, że lekarz to lekarz.
Moja naiwność będzie kiedyś legendarna, albo stanie się przedmiotem dowcipów.
Ja wiem, że ludzie mają większe problemy, że są połamani w każdym sensie i do tego rozlegle. Wiem. Ale to jest mój palec, moja dłoń, moja ręka. Ja.
Co prawda chwilowo mam raczej poczucie, że ktoś mi wymienił tę rękę na cudzą, bo jakoś tak dziwnie wygląda...
Wiele można zrzucić na system, syf, słabe zasilenie konta, ale własnego, osobistego , zawodowego zejścia na psy nie da się uzasadnić inaczej niż tylko brakiem...
Pozostaję po swojej stronie lustra.
Gdybym jednak miała samą siebie chwalić, to z pewnością doceniłabym swój profesjonalizm,
dostrzeganie pacjenta,
w pacjencie człowieka,
w człowieku cierpienie,
w cierpieniu zrozumienie dla pragnienia ulgi.
Zostawiam to jednak na boku.
Jakoś miesiąc temu przeszłam na drugą stronę lustra w swoim obcowaniu z Publiczną Służbą.
Już i dotychczasowa łatwą nie była, a ta nowa okazała się tym, o czym dotąd słyszałam od ludzi, czyli czymś jeszcze bardziej koszmarnym, o ile nie po prostu zobiektywizwanym koszmarem.
Miałam w życiu szczęście nie chorować, nie uszkadzać się, o ile nie liczyć operacji w Nowym Dworze Gdańskim w ciemnym roku 1982 - kto by o tym dziś pamiętał...
Szczęście, jak to szczęście, nie jest zbyt wierne i do człowieka przywiązane, co się okazało niedawno przy złamaniu paliczka palca małego ręki lewej, pardą.
Rejestracja ostrego dyżuru:
Pooooooooooooowolna pani, ale uwierzyła mi na słowo, że jestem ubezpieczona. Git.
Instrukcje dała jasne.
Rentgen ostrego dyżuru:
Bardzo miła pani.
Zapytana czy złamany szczerze odpowiada, że tak i nawet chce pokazać, lecz rezygnuję.
Lekarz na ostrym dyżurze:
Pan doktór se rozmawia przez telefon i ewidentnie umawia się na fajoską imprezkę, nic mi do tego, ale napiernicza i puchnie, puchnie i napiernicza...
Brak kontaktu wzrokowego z dopuszczonym przed oblicze pacjentem, minimalny i niechętny kontakt fizyczny z przyczyną wizyty, a to tylko palec - chyba nic obrzydliwego?
Mały, bezbronny palec ze złamanym paliczkiem w podstawie, co on winien?
- I co teraz? - pytam cokolwiek spanikowana.
- Gips - odpowiada stanowczo doktór.
- Będzie bolało? - staram się być kobietą w tych niesprzyjających warunkach, ale jestem tylko palcem ze zdjęcia rentgenowskiego.
- Trochę będzie - doktór mówi jak do żołnierza tuż po walce.
Gipsiarz:
Poznany po chwili, jest dość miły, ale cały czas pogwizduje poświstując. Łatwo jemu, oj łatwo, a ja w życiu nie miałam nic złamanego więc trzęsę się jak osika i zagaduję pana uroczo, jak to tylko ja potrafię, w nadziei, że może ten palec zaklei należycie.
No niby się udało. Ładny gips, bielutki, z bandażykiem, dwa palce w środku. Zapewne po to, żeby ten mały się nie bał, że został sam. Taka jest moja teoria.
Za dziesięć dni kontrola.
Minęło dni dziesięć jakby żółw je na plecach swoich taszczył.
Pojawiam się w przychodni przy szpitalu.
Jestem umówiona (buahahahaha!) na poranną dziesiątą, a tu kolejeczka zakręcona jak ogonek świnki. Rejestruję się i idę do gabinetu 4. Kolejeczka zakręcona podwójnie, bo i ci do doktóra na dzień dobry, oraz co po zdjęciach.
Dwie godziny później siedzę w gabinecie.
Lekarz w przychodni specjalistycznej:
brak kontaktu wzrokowego z pacjentem, za to poczucie humoru rewelacyjne. To, z tych nieco czarnych poczuć, z lekką domieszką inteligencji i błyskotliwości.
Nie jest rewelacyjnie, ale na tyle dobrze, że palec nie będzie mi przeszkadzał w sięganiu po rewolwer.
Doceniam.
Kontrola za nieco ponad dwa tygodnie.
Kolejki do rejestracji nie ma. Do gabinetu 4 jest, ale sprawnie idzie, do rentgena mniej sprawnie, ale też idzie. W końcu życie nie znosi próżni i wszystko jakoś tam idzie. Grunt, żeby się nie zastanawiać jak.
Doktór... Nie ten pierwszy i nie ten drugi, trzeci jest on już.
- Co się stało?
- Palec złamałam.
- Który?
- Mały.
- Czyli piąty.
- Której ręki?
- Lewej - odpowiadam, ale już mnie ponosi.
- I co? Gips miał być zdjęty?
- Mnie pan pyta, panie doktorze? - przekąs jest na granicy słyszalności. - Tu jest moja karta.
Doktór bierze jakiś świstek i zakreśla, że uprasza się o zdjęcie gipsu.
Pozwolił zdjąć gips, zrobić zdjęcie palcu, nakazał powrót.
Wykonałam wszystko zgodnie z poleceniem i nawracam.
Doktór oczywiście nie ma kontaktu wzrokowego z pacjentem, prosi o okazanie palca “jak wygląda klinicznie”, ale za chwilę już o tym nie pamięta, gdyż jednocześnie (ależ oni mają podzielną uwagę, ja cię...) wypisuje receptę dla innej pacjentki.
Wraca do mnie, patrzy na zdjęcie:
- Źle się zrosło, proszę Pani. Na wszystko jest już za późno. Na ustawienie, na operację.
- Słucham?
- No tak.
- Pana kolega dwa tygodnie temu mówił coś innego.
Cisza.
- Trzeba więc zrobić operację - nie ma logiki na medycynie?
- Pan żartuje?
- Niestety nie. Trzeba włożyć płytkę. Na razie dam pani skierowanie na rehabilitację. Kontrola za trzy, cztery tygodnie.
- Którego, mniej więcej? - pytam grzecznie.
- Mniej więcej za trzy, cztery tygodnie. To wszystko.
Jeszcze dałam radę zapisać się na tę kontrolną wizytę zanim potargały mną dreszcze niespokojne.
Wyszłam na powietrze, zapaliłam papierosa i rozryczałam się z bezsilności, wściekłości i ogólnego żalu do świata.
Nie korzystam z argumentu pracy w Publicznej Służbie, nie skorzystałam również i z tego, że ktoś dla mnie bliski (a już niestety nieżyjący) uczył tych wszystkich patałachów i klękali przed nim na kolana. Nie robię tego z głębokiego przekonania, że lekarz to lekarz.
Moja naiwność będzie kiedyś legendarna, albo stanie się przedmiotem dowcipów.
Ja wiem, że ludzie mają większe problemy, że są połamani w każdym sensie i do tego rozlegle. Wiem. Ale to jest mój palec, moja dłoń, moja ręka. Ja.
Co prawda chwilowo mam raczej poczucie, że ktoś mi wymienił tę rękę na cudzą, bo jakoś tak dziwnie wygląda...
Wiele można zrzucić na system, syf, słabe zasilenie konta, ale własnego, osobistego , zawodowego zejścia na psy nie da się uzasadnić inaczej niż tylko brakiem...
Pozostaję po swojej stronie lustra.
14 września 2010
Ambiwalencja w gipsie
Nie mogę ostatnio wyrobić sobie stabilnego stosunku do życia. To znaczy nie wiem jak je traktować z perspektywy filozoficznej i codziennej. Ambiwalencja taka.
Jak już się na coś prawie zdecyduję, to natychmiast pojawi się coś wprowadzające niepewność w przyjętym paradygmacie.
Oczywiście nie mam zamiaru mieć pretensji o zmienność, istnienie dobra i zła, przyjemności i przykrości - sama wielokrotnie podkreślałam, że to właśnie jest życie i takie ma być, i tak jest w porządku, choćbyśmy nic z tego nie rozumieli.
Ale nie w takim tempie!
Ci z Góry Znaki dają.
Szkoda tylko, że bez instrukcji jak je czytać, cholera.
Koniec sierpnia, a właściwie od połowy sierpnia, być może i od 15 sierpnia ciągnęłam się z sobą na kompletnej rezerwie sił, energii i tych takich, co to są potrzebne do bycia słoneczkiem. Wymyśliłam więc, niczym koło, urlop.
Policzyłam skrupulatnie i wyszło mi, że cały wrzesień mogę się lenić, relaksować, pławić w nicnierobieniu, a jeszcze mi prawie tydzień w zapasie zostanie, gdyby znowu zapaliła się lampka rezerwy.
Pasłam się tą myślą i pasłam. Dni mijały, sierpień chylił się ku końcowi, wrzesień szykował do wejścia na scenę.
No i w ostatnią sobotę miesiąca letniego, podczas rutynowego spaceru z Gretą, runęłam na ziemię.
Tak po prostu.
Potknęłam się o nią tracąc równowagę w taki sposób, że wyrżnęłam widowiskowo w chodnik łamiąc sobie przy tym palec lewej dłoni.
Widowisko było raczej nisko budżetowe, bilety się nie sprzedały więc widziała to tylko Greta i wtedy pierwszy raz dostrzegłam w jej oczach zdziwienie. Mimo młodego wieku pies już wie, że jeśli leżę na chodniku, to nie jest to tak zupełnie codzienne i ma rację, gdyż rzadko wyleguję się na chodnikach w okolicach swojego domu zwłaszcza.
Szybciej wracałam niż wychodziłam, pomna napadu paniki jaki mi się kiedyś przytrafił.
Dzwonię do Baśki, że potrzebuję pomocy, a w tle mój mózg mówi bardzo ładnie Gretchen, książkowo - potrzebuję pomocy.
Ostry dyżur, Publiczna Służba po drugiej stronie lustra, gips.
Boli jak jasna cholera.
Puchnie, sinieje, napiernicza i znowu sinieje, puchnie...
Naturalną koleją rzeczy zaczynam się nad sobą użalać, że jak ja sobie teraz poradzę z jedną ręką do dyspozycji, że życie jest podłe, nikt mnie nie rozumie, jak umyję włosy, dobrze, że można kupić pokrojone produkty do spożycia, dziwna jest ta moja karma i tak dalej mniej więcej.
Z drugiej strony to tylko mały palec, lewej nie prawej dłoni, ręka nie noga, palec nie nadgarstek, nadal mam trzy palce wolne, a jak dodać pięć pozostałych to już w sumie osiem...
Więc właściwie jest źle, czy dobrze?
Półtora tygodnia później, już w czasie wymarzonego urlopu, wysiadam z autobusu i niezbyt stawiam stopę na stopniu, coś przeskoczyło w okolicach małego palca (!) prawej stopy.
Nie przeszkadza mi to w chodzeniu, aczkolwiek boli.
Struchlałam, że złamanie i w tym samym momencie przysięgam sobie, że nie pójdę do lekarza, bo na takie pośmiewisko się nie wystawię.
Unikam spotkań z jakąkolwiek ludnością. Dopiero setki razy opowiedziałam co się stało z paluszkiem, a już musiałabym opowiadać co z nóżką.
Chrzanię, ukrywam się.
Szczęśliwie zaraz musiałam jechać do Wrocławia uczyć ludzi, co sprzyjało konspiracji w stopniu niemal doskonałym.
Widok mojej stopy przerażał mnie bardziej i bardziej. W zaskakujących miejscach pojawiły się takie sine obrzydlistwa. Puchnie, sinieje, napiernicza.
Bogowie!
Altacet, bandaż, okłady.
Mam jeszcze jedną sprawną kończynę górną i dolną w tej samej liczbie. Nie jest źle, ale czy jest dobrze?
Ta oto egzystencjalna wątpliwość jest ewidentnym motywem przewodnim serialu Gretchen na Planecie.
Nie inaczej sprawy się mają w każdym zakresie, ze szczególnym uwzględnieniem... w każdym innym.
Utrudnienia, w budowaniu spójnego podejścia do życia są poważne, bowiem jak już coś się wydarzy to swoją moc ma, tylko zmienną i szamotliwą. Nie za bardzo nadążam i co chwilę mi się przestawia w człowieku.
Ludzie skrajnie mnie wnerwiają, by za chwilę rozczulali do łez...
Bo jak sobie jadę do Wrocławia z widocznym gipsem i wyraźnym utykaniem przetykanym syczeniem zbolałym, i żaden z czterech siedzących w przedziale troglodytów płci męskiej nie drgnie nawet, żeby pomóc mi zdjąć walizkę, to mnie strzela.
Kiedy jednak wracam z Wrocławia i starsza pani w przedziale zatroszczy się o to, czy nogi mi nie zdrętwieją, to mam łzy w oczach.
Nie mam cierpliwości do słuchania jak trzech, z tamtych czterech, nie potrafi pojąć, że to nie Zły Los rzuca im kłody pod nogi, ani nawet system się na nich nie uwziął, tylko zwyczajnie wsiedli do niewłaściwego pociągu. TLK to nie Inter City, tak jak pies to nie kot. Zakładam słuchawki i włączam muzykę, bo nie zdzierżę.
W trzygodzinnej kolejce do lekarza kontrolującego złamany palec, spotykam małżeństwo. On ma 82 lata, Ona 86. Nie wiem o co chodziło, ale Ona popatrzyła na mnie, nachyliła się delikatnie do męża i uśmiechnęła w taki sposób, że się poryczałam. Trochę. Miała w oczach zupełnie nieprawdopodobną dobroć i życzliwość.
W takiej sytuacji naprawdę można się pogubić, a to tylko pierwsze z brzegu historie.
Może włączył mi sie jakiś nowy tryb odbioru rzeczywistości, albo coś się w Kosmosie przestawia, albo sama nie wiem co. W każdym razie coś się dzieje i jestem czujna jak ważka.
Zbieram sobie te Znaki z nadzieją, graniczącą z pewnością, że kiedyś je zrozumiem, tymczasem sobie zaśpiewam.
Jak już się na coś prawie zdecyduję, to natychmiast pojawi się coś wprowadzające niepewność w przyjętym paradygmacie.
Oczywiście nie mam zamiaru mieć pretensji o zmienność, istnienie dobra i zła, przyjemności i przykrości - sama wielokrotnie podkreślałam, że to właśnie jest życie i takie ma być, i tak jest w porządku, choćbyśmy nic z tego nie rozumieli.
Ale nie w takim tempie!
Ci z Góry Znaki dają.
Szkoda tylko, że bez instrukcji jak je czytać, cholera.
Koniec sierpnia, a właściwie od połowy sierpnia, być może i od 15 sierpnia ciągnęłam się z sobą na kompletnej rezerwie sił, energii i tych takich, co to są potrzebne do bycia słoneczkiem. Wymyśliłam więc, niczym koło, urlop.
Policzyłam skrupulatnie i wyszło mi, że cały wrzesień mogę się lenić, relaksować, pławić w nicnierobieniu, a jeszcze mi prawie tydzień w zapasie zostanie, gdyby znowu zapaliła się lampka rezerwy.
Pasłam się tą myślą i pasłam. Dni mijały, sierpień chylił się ku końcowi, wrzesień szykował do wejścia na scenę.
No i w ostatnią sobotę miesiąca letniego, podczas rutynowego spaceru z Gretą, runęłam na ziemię.
Tak po prostu.
Potknęłam się o nią tracąc równowagę w taki sposób, że wyrżnęłam widowiskowo w chodnik łamiąc sobie przy tym palec lewej dłoni.
Widowisko było raczej nisko budżetowe, bilety się nie sprzedały więc widziała to tylko Greta i wtedy pierwszy raz dostrzegłam w jej oczach zdziwienie. Mimo młodego wieku pies już wie, że jeśli leżę na chodniku, to nie jest to tak zupełnie codzienne i ma rację, gdyż rzadko wyleguję się na chodnikach w okolicach swojego domu zwłaszcza.
Szybciej wracałam niż wychodziłam, pomna napadu paniki jaki mi się kiedyś przytrafił.
Dzwonię do Baśki, że potrzebuję pomocy, a w tle mój mózg mówi bardzo ładnie Gretchen, książkowo - potrzebuję pomocy.
Ostry dyżur, Publiczna Służba po drugiej stronie lustra, gips.
Boli jak jasna cholera.
Puchnie, sinieje, napiernicza i znowu sinieje, puchnie...
Naturalną koleją rzeczy zaczynam się nad sobą użalać, że jak ja sobie teraz poradzę z jedną ręką do dyspozycji, że życie jest podłe, nikt mnie nie rozumie, jak umyję włosy, dobrze, że można kupić pokrojone produkty do spożycia, dziwna jest ta moja karma i tak dalej mniej więcej.
Z drugiej strony to tylko mały palec, lewej nie prawej dłoni, ręka nie noga, palec nie nadgarstek, nadal mam trzy palce wolne, a jak dodać pięć pozostałych to już w sumie osiem...
Więc właściwie jest źle, czy dobrze?
Półtora tygodnia później, już w czasie wymarzonego urlopu, wysiadam z autobusu i niezbyt stawiam stopę na stopniu, coś przeskoczyło w okolicach małego palca (!) prawej stopy.
Nie przeszkadza mi to w chodzeniu, aczkolwiek boli.
Struchlałam, że złamanie i w tym samym momencie przysięgam sobie, że nie pójdę do lekarza, bo na takie pośmiewisko się nie wystawię.
Unikam spotkań z jakąkolwiek ludnością. Dopiero setki razy opowiedziałam co się stało z paluszkiem, a już musiałabym opowiadać co z nóżką.
Chrzanię, ukrywam się.
Szczęśliwie zaraz musiałam jechać do Wrocławia uczyć ludzi, co sprzyjało konspiracji w stopniu niemal doskonałym.
Widok mojej stopy przerażał mnie bardziej i bardziej. W zaskakujących miejscach pojawiły się takie sine obrzydlistwa. Puchnie, sinieje, napiernicza.
Bogowie!
Altacet, bandaż, okłady.
Mam jeszcze jedną sprawną kończynę górną i dolną w tej samej liczbie. Nie jest źle, ale czy jest dobrze?
Ta oto egzystencjalna wątpliwość jest ewidentnym motywem przewodnim serialu Gretchen na Planecie.
Nie inaczej sprawy się mają w każdym zakresie, ze szczególnym uwzględnieniem... w każdym innym.
Utrudnienia, w budowaniu spójnego podejścia do życia są poważne, bowiem jak już coś się wydarzy to swoją moc ma, tylko zmienną i szamotliwą. Nie za bardzo nadążam i co chwilę mi się przestawia w człowieku.
Ludzie skrajnie mnie wnerwiają, by za chwilę rozczulali do łez...
Bo jak sobie jadę do Wrocławia z widocznym gipsem i wyraźnym utykaniem przetykanym syczeniem zbolałym, i żaden z czterech siedzących w przedziale troglodytów płci męskiej nie drgnie nawet, żeby pomóc mi zdjąć walizkę, to mnie strzela.
Kiedy jednak wracam z Wrocławia i starsza pani w przedziale zatroszczy się o to, czy nogi mi nie zdrętwieją, to mam łzy w oczach.
Nie mam cierpliwości do słuchania jak trzech, z tamtych czterech, nie potrafi pojąć, że to nie Zły Los rzuca im kłody pod nogi, ani nawet system się na nich nie uwziął, tylko zwyczajnie wsiedli do niewłaściwego pociągu. TLK to nie Inter City, tak jak pies to nie kot. Zakładam słuchawki i włączam muzykę, bo nie zdzierżę.
W trzygodzinnej kolejce do lekarza kontrolującego złamany palec, spotykam małżeństwo. On ma 82 lata, Ona 86. Nie wiem o co chodziło, ale Ona popatrzyła na mnie, nachyliła się delikatnie do męża i uśmiechnęła w taki sposób, że się poryczałam. Trochę. Miała w oczach zupełnie nieprawdopodobną dobroć i życzliwość.
W takiej sytuacji naprawdę można się pogubić, a to tylko pierwsze z brzegu historie.
Może włączył mi sie jakiś nowy tryb odbioru rzeczywistości, albo coś się w Kosmosie przestawia, albo sama nie wiem co. W każdym razie coś się dzieje i jestem czujna jak ważka.
Zbieram sobie te Znaki z nadzieją, graniczącą z pewnością, że kiedyś je zrozumiem, tymczasem sobie zaśpiewam.
10 sierpnia 2010
ŻAL
Żal mi tego samotnego krzyża. Poniewieranego i szarpanego.
Nie widzę zbitych desek, widzę zapomnienie.
Większe przywiązanie do symbolu, niż do wartości które reprezentuje, zaprzecza istocie symbolu, więc i samym wartościom.
Odpowiadanie agresją na agresję zwiększa poziom agresji.
Obśmiewanie umacnia stanowisko przeciwne.
Upór jest drogą donikąd.
Byłam wczoraj na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Młody chłopak z Wrocławia stworzył coś, co zapada w pamięć. Skomponował i zmiksował muzykę, która towarzyszyła wypowiedziom Powstańców. Niezbyt często słyszanym, bo zabawnym z jednej strony, ale uderzającym w sam środek serca z drugiej. Pojawiały się obrazki.
Niewiele mówił używając bardzo wspólczesnego języka, co mogło stanowić zgrzyt, o ile takie miałoby być.
Poprosił o trzydzieści sekund ciszy na początku, dla oddania czci i pamięci Powstańcom.
Nikt nie zaszeleścił nawet...
Zakończył koncert prośbą: zróbcie dużo hałasu dla Tych, którzy walczyli o Wolność.
Piękny był ten hałas wybijany dłońmi ludzi.
Młodych.
Głównie.
Z trudem opanowałam łzy.
Pojawił się historia wędrówki dwojga pośród dopalających się kamienic warszawskich i pochylonych, skurczonych ludzkich sylwetek. Niewiele widać, tyle co rozbłyśnie w ożywającym ogniu umierających domów...
Idą, aż on kładzie dłoń na jej ramieniu i mówi: pamiętaj, że za to ja, ty i my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni.
Pomyślałam, że Oni naprawdę czuli czym jest odpowiedzialność.
Kim jesteśmy dzisiaj?
Kim ja jestem?
Czy łatwo stanąć w Godzinie W i Ich wspomnieć?
Czy łatwo się roztkliwiać nad umarłym światem ludzi przenikniętych na wskroś wartościami, nad miastem żyjącym inaczej?
Może zbyt łatwo?
Może, ale to co widzę dzisiaj nie jest tym, czym jestem.
Wczoraj czułam się na miejscu pośród tłumku uczestniczącego w koncercie. Skupienie bez nadęcia, powaga nieprzesadzona, śmiech kiedy jest dla niego przestrzeń.
Nie pójdę pod Pałac Prezydencki nawet po to, żeby zdjęcia zrobić.
To nie jest moje środowisko.
Ani jedno, ani drugie, ani trzydzieste ósme. Bijcie się jak chcecie. Możecie po chrześcijańsku i z miłosierdziem, albo chuligańsko i bez miłosierdzia, albo jak tam sobie zechcecie.
Nakręcajcie się do woli, w modlitwie, we wrzasku, we wzajemnym opluwaniu.
Możecie chcieć takiego świata.
Ja nie chcę.
Wolę moją ciszę ze wszystkimi jej dźwiękami.
Wolę rytm mojego miasta sprzed lat.
"Na szczęście, myśmy powiedzmy próbowali, nawet w najbardziej tragicznych momentach powiedzmy, jakąś zachować taką pogodę ducha."
Nie widzę zbitych desek, widzę zapomnienie.
Większe przywiązanie do symbolu, niż do wartości które reprezentuje, zaprzecza istocie symbolu, więc i samym wartościom.
Odpowiadanie agresją na agresję zwiększa poziom agresji.
Obśmiewanie umacnia stanowisko przeciwne.
Upór jest drogą donikąd.
Byłam wczoraj na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Młody chłopak z Wrocławia stworzył coś, co zapada w pamięć. Skomponował i zmiksował muzykę, która towarzyszyła wypowiedziom Powstańców. Niezbyt często słyszanym, bo zabawnym z jednej strony, ale uderzającym w sam środek serca z drugiej. Pojawiały się obrazki.
Niewiele mówił używając bardzo wspólczesnego języka, co mogło stanowić zgrzyt, o ile takie miałoby być.
Poprosił o trzydzieści sekund ciszy na początku, dla oddania czci i pamięci Powstańcom.
Nikt nie zaszeleścił nawet...
Zakończył koncert prośbą: zróbcie dużo hałasu dla Tych, którzy walczyli o Wolność.
Piękny był ten hałas wybijany dłońmi ludzi.
Młodych.
Głównie.
Z trudem opanowałam łzy.
Pojawił się historia wędrówki dwojga pośród dopalających się kamienic warszawskich i pochylonych, skurczonych ludzkich sylwetek. Niewiele widać, tyle co rozbłyśnie w ożywającym ogniu umierających domów...
Idą, aż on kładzie dłoń na jej ramieniu i mówi: pamiętaj, że za to ja, ty i my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni.
Pomyślałam, że Oni naprawdę czuli czym jest odpowiedzialność.
Kim jesteśmy dzisiaj?
Kim ja jestem?
Czy łatwo stanąć w Godzinie W i Ich wspomnieć?
Czy łatwo się roztkliwiać nad umarłym światem ludzi przenikniętych na wskroś wartościami, nad miastem żyjącym inaczej?
Może zbyt łatwo?
Może, ale to co widzę dzisiaj nie jest tym, czym jestem.
Wczoraj czułam się na miejscu pośród tłumku uczestniczącego w koncercie. Skupienie bez nadęcia, powaga nieprzesadzona, śmiech kiedy jest dla niego przestrzeń.
Nie pójdę pod Pałac Prezydencki nawet po to, żeby zdjęcia zrobić.
To nie jest moje środowisko.
Ani jedno, ani drugie, ani trzydzieste ósme. Bijcie się jak chcecie. Możecie po chrześcijańsku i z miłosierdziem, albo chuligańsko i bez miłosierdzia, albo jak tam sobie zechcecie.
Nakręcajcie się do woli, w modlitwie, we wrzasku, we wzajemnym opluwaniu.
Możecie chcieć takiego świata.
Ja nie chcę.
Wolę moją ciszę ze wszystkimi jej dźwiękami.
Wolę rytm mojego miasta sprzed lat.
"Na szczęście, myśmy powiedzmy próbowali, nawet w najbardziej tragicznych momentach powiedzmy, jakąś zachować taką pogodę ducha."
Subskrybuj:
Posty (Atom)