27 maja 2011

Ona i ja

Często myślę jak wiele musiało zmienić w jej życiu pojawienie się mnie, z całym słodkim, wrzeszczącym i wierzgającym urokiem.
Myślę też jakie to dla niej było, kiedy lekarze mówili, że niekoniecznie się urodzę.
O jej determinacji, żebym jednak popatrzyła w gwiazdy.
Ponad trzydziestoletnia kobieta, radykalnie ponad trzydzieści lat temu.
Mogła się nie upierać, a się uparła.
Taka chyba była, jest i będzie - uparta do niemożliwości.
Nie zawsze to było fajne, nie zawsze dobre, nie zawsze mądre, ale dzisiaj wiem, że upór pozwala przetrwać najgorsze chwile i pójść dalej, że jej upór bywał i mądry, i słuszny.

Jest jedną z najsilniejszych kobiet jakie znam. I chyba jedną z najbardziej buntowniczych. Zawsze miała swoje zdanie i swoją drogę.
Wiem, ile przegrała, a jednak nigdy nie widziałam, żeby się poddała.
Raz jeden chciała: kiedy nowotwór okazał się złośliwy wyszła wściekła z gabinetu i powiedziała, że ma gdzieś to leczenie i leczyć się nie będzie, ale wtedy ja już byłam bardziej niż dorosłą córką swojej matki, więc zatrzymałam ją w pędzie po korytarzu i patrząc prosto w oczy ryknęłam, że takiego pieprzenia nie będę słuchać i raz w życiu zrobi to, co inni nakazują - koniec kropka, dziękuję za uwagę.

To jest kobieta nieugięta, nie można jej złamać.
To jest kobieta delikatna, wyczulona na każdy podmuch.

Od czasów kiedy chciałam być wszystkim, byle nie tym czym ona jest, woda w rzece popłynęła wielokrotnie...
Dzisiaj jestem wdzięczna za siłę, którą mi dała.
Nigdy nie będę miała pewności czy muszę jej używać, bo ją mam, i to jest jak samospełniająca się przepowiednia, czy raczej jest to prezent od matki dla córki, tak na wszelki wypadek.
Jestem wdzięczna za nieodczuwalny przekaz niezależności, który kilka razy tyłek mi uratował od wejścia w bagno i tyleż razy pozwolił z bagna się wyczołgać.

Nauczyła mnie gotować, nauczyła umiejętności naprawiania wszelkich rzeczy zepsutych co bardzo się przydaje, jak kobieta wybiera sobie kogoś, kto chętnie z tego skorzysta.
I mówiła matka, nie pokazuj, że umiesz...
Tego się nie nauczyłam, tych wszystkich gierek i większych gier.
Nie zamierzam.
Nauczyła mnie wiary w marzenia, aczkolwiek wątpię, by jej marzenia się spełniły.

Po latach odkryłam w niej kobietę. Kobietę, z jej własną historią. Nie moją mamę, po prostu kobietę.
Była piękna ta kobieta.
Nie odziedziczyłam urody po niej, a szkoda wilelka to jest dla mnie. Choć jakiś tam znak jej samej we mnie pozostaje.
Gdzieś w oczach ją mam, w kolorze, w energii...

Moja matka była zjawiskowa.
Taki Fidel Castro leciał do niej na Placu Zamkowym okichawszy ochronę. Gapił się jak sroka w gnat i gadał, gadał, gadał. Do niej, to zabawne.

Nie reaguję na gadanie.
Powtarza mi “nie wierz słowom, bo słowa są piękne, lecz tylko brzmią.”


I wiem, że chce dla mnie tylko tego, co najlepsze.

Długą drogę przeszłyśmy.

Cieszę się, że umiem teraz zobaczyć i poczuć wszystko, co jest dobrem. Nie sądziłam, że to możliwe.

Cieszę się, że wciąż jest.

Być może największa zagadka mojego życia - moja mama.









Dziękuję za wszystko, za wszysto absolutnie.

23 maja 2011

Niedziela w poniedziałek

Uwolniona od posterunku odkrywam coraz to nowe aspekty wolności człowieka wydobytego na powierzchnię z głębin zasznurkowanych wymogów, przyzwyczajeń i zaciemnionych horyzontów. Efekty są dość ciekawe. Na przykład dzisiaj jest poniedziałek, a dla mnie wcale że nie, bo niedziela. Za to jak była niedziela to była sobota, a w piątek była znowu niedziela, w sobotę natomiast przypadał poniedziałek.
Kiedy, w tradycyjnie postrzegany piątek, ludność szykowała się do odpoczynku od pracy, ja przemierzałam bezkresne pola zmierzając do pracy. Pociągiem przemierzałam, nie człowiekiem.
Fajna jest taka wolność z różnych tam powodów, ale też dlatego między innymi, że daje możliwość odwiązania się od przywiązania, co na powyższym przykładzie kalendarza udowodniłam dobitnie. Trzeba się nauczyć za tym wszystkim nadążać co jak wiadomo trudności może przysporzyć, bo jak tu nadążyć za czasem?
Tak oto, kiedy świat pędzi przed siebie zapewne bez większego sensu, ja siedzę spokojnie w domu jedząc truskawki, pies się przewala z boku na bok, kot zwinięty w kłębek śpi na plamie słonecznej. Ponieważ nie da się jeść truskawek cały czas, to można porozmyślać sobie, co podobno jest zdrowe. Osobiście uważam, że samo rozmyślanie i owszem, zdrowe być może, gorzej bywa z wnioskami... Do żadnych głębokich jeszcze nie doszłam i to daje mniejsze lub większe poczucie bezpieczeństwa, lecz nie wiadomo co będzie za chwilę.

Właściwie to nigdy nie wiadomo co będzie za chwilę, a jakoś udaje się żyć. Całkiem możliwe, że właśnie dlatego... - zadumała się filozoficznie Gretchen.

Zadziwiające sytuacje przytrafiają mi się dość często i choć nie wiem czym sobie zasłużyłam na brak nudy, to jestem wdzięczna. Mimo wszystko. Niekończący się materiał do rozmyślań Ci z Góry zapewniają mi w codziennie świeżej dostawie i na takie dni, jak ta dzisiejsza niedziela, są jak znalazł.

Jadę sobie, na przykład weźmy, pociągiem do innego miasta, jedzie ze mną pies - mój własny, nie jakiś obcy. Obie jedziemy przepisowo czyli ja mam bilet, pies ma bilet, smycz i kaganiec. Z innego wagonu do innego wagonu przechodzi mężczyzna dość młody i wyglądający na takiego, co na grzecznego nie wygląda. Mężczyzna ten staje nagle, jakby go coś w tyłek udziabiło i zaczyna na mnie wywrzaskiwać, że co ten pies, że ma siedzieć w przedziale, że ma być na smyczy. Lekko wstrząśnięta omiatam wzrokiem sytuację i widzę, że pies siedzi w przedziale i jest na smyczy, na pytanie co ten pies?! nie umiałam odpowiedzieć, bo też pojęcie mi nie przyszło co człowiekowi krzyczącemu się w głowie zderzyło, i o jaką to pogłębioną treść mu chodzi.
Głosem buddyjskiej mniszki odparłam, że pies jest na smyczy i siedzi w przedziale, co trochę mi sie wydało obraźliwe dla mężczyzny, żeby tak dokładnie obserwowalną rzeczywistość referować, ale z kolei samo wlepianie wzroku w człowieka też najgrzeczniejsze nie jest, skoro wyraźnie zadaje pytania. Poruszony wywrzaskuje na mnie dalej, że idzie do konduktora, a jeśli i to nie pomoże zamierza wezwać policję.
Tym optymistycznym akcentem pożegnał mnie i Gretę, która chyba nie bardzo wiedziała o co w ogóle chodzi temu panu, ale to zupełnie tak jak ja. Zachęciłam pana, żeby zrobił co postanowił, lecz policja się nie zjawiła na żadnej ze stacji pośrednich i nie przywitała mnie na dworcu docelowym. No trudno się mówi.
Przygoda ta skłoniła mnie do zadania sobie, panu niestety nie zdążyłam, pytania czy ta sytuacja miałaby miejsce, gdybym była rozłożystym w barach chłopcem z łańcuchem u szyi? Nie poznam odpowiedzi, ale swoje przypuszczenia mam.
Od jakiegoś czasu nie mogę pozbyć się natrętnego wrażenia, że sporo ludzi tylko czyha i wypatruje, o co by się tu wrzepić w bliźniego swego. A to jest zaraźliwe i się przenosi, bo jak się wrzepią w ciebie, to pojawia się pokusa bycia wrzepiającym. Trzeba w tym celu coś wypatrzeć i wyczyhać... Tak świat się kręci w karuzeli frustracji.
A przecież można patrzeć inaczej, nawet na mnie można, mówię poważnie i mam na to dowody. To znaczy na to, że można i że mówię poważnie.
Stoimy sobie z Baśką w ogródku naszej ulubionej knajpki, palimy papierosa, a tu wyłania się Iga Cembrzyńska i od wyglądających na gwiazdy filmowe nas komplementuje. Na co my odpowiadamy w słowach miłych, doceniających i ogólnie podkreślamy swoje wzruszenie. Od tego, mam nadzieję, Pani Idze zrobiło się milej w człowieku i trzy osoby zaliczyć można do zadowolonych. Proste? Nie dla wszystkich. Nie dla wszystkich.

Jakby na to nie spojrzeć, z tak wielu możliwości patrzenia na świat można korzystać, że tylko przebierać i wybierać. Ostatecznie nikt nam nie będzie mówił, że jest poniedziałek skoro jest niedziela. Nikt nie zmusi nikogo do bycia sfrustrowanym marudą.
I na etacie nie trzeba pracować.
I truskawki można jeść, skoro tak się szczęśliwie złożyło, że znowu nadszedł ich czas.
I odwiązać się można od tego, co uwiera.

15 maja 2011

Notatka

Pewne historie spotkać mogą tylko mnie, śmieszy mnie to bardzo, i cieszy że innych śmieszy jeszcze bardziej, bo uważają, że to trzeba być mną, żeby taka historia się przydarzyła.
Odkąd byłam w kinie z Jarosławem, na imprezie z Jerzym. nic szczególengo się nie wydarzyło.
Gretchen stroni od polityki, polityków, no stroni.

Pojechałam sobie do Poznania w celu zakończenia jakiegoś tam etapu zdobywania, pogłębiania i zgłębiania wiedzy.
Drugiego dnia widoczne poruszenie dało się zaobserwować - jacyś ludzie z aparatami, policja, zamieszanie. Nie wiadomo o co chodzi, ale się okazało, bo jak się miało nie okazać.
Dawniejszy Prezydent mojego, jakże pięknego kraju, przyjechał. Aleksander Prezydent, dla jasności.
Stoję sobie z dwiema koleżankami, a tu nagle jakieś szu szu szu, duuuuzi panowie z ogolonymi głowami, ale w garniturach, się mnożą wizualnie. Zbystrzałam estetycznie, gdyż moje zamiłowanie do chłopców ze służb specjanych, komandosów, Marines, oraz innych w tym typie, znane jest ogólnie.
Może lubię utworzyć sobie iluzję atawistycznego samca, który coś tam, coś tam. Wydaje mi się to nawet prawdopodobne, że lubię. W gruncie rzeczy, mniejsza z tym, bo jacyś bez wyrazu się pojawili. Znaczy ogarniam umysłem, doceniam, ale no nie...
Się rozejrzałam, skonstatowałam bezsens rozglądu i spokojnie papierosa palę.
Na to wychodzi Aleksander i się do mnie uśmiecha, no to się uśmiechnęłam do niego, bo co mnie to kosztuje? W końcu niech sobie ma mój uśmiech do kolekcji, chytra nie jestem. Zwolnił i mówi, że palenie bardzo jest szkodliwe, odwróciłam swoją cielsność o kilka stopni w jego kierunku, mówię wiem.
Poszedł.
Moje koleżanki śmiechoczą, choć dawniejszy Prezydent już przebywa w BMW, ale coś je rozśmieszyło. Zrozum tu kobiety...
I mówię im, żeby się nie śmiały, bo przecież mogłam powiedzieć cokolowiek ( w tym nic nie mówić), na przykład, że picie też.
Skręcają się jeszcze bardziej. No ja nie wiem, o co tym babom chodzi.

Och och, jaka jestem piękna i mądra, na oka rzucenie pierwsze, że Prezydenci tego kraju się do mnie uśmiechają, a nawet potrzebę przemówienia przejawią. Z zatrzymaniem.
Ach, ach, jakąż magnetyczną pozostaję!
Jak tu z samą sobą wytrzymać, jak się jest tak charyzmatyczną kobietą? No jak?

Nie da się przejść obojętnie wobec Gretchen...

I tą optymistczną myślą...

9 maja 2011

Pozytywka

Nigdy nie przypominałam laleczki, och jaka szkoda, że nie zbliżyłam się do tego delikatnego wizerunku alabastrowej, ulotnej jak poetycka mgła istotki. Szczerze żałuję.
Mogę zgłaszać pretensję do Tych z Góry, że taką mnie nie uczynili czyniąc mnie inną.
Mogę wpisać się do książki skarg i zażaleń rodziców z zastrzeżeniem, że uprasza się o nie łączenie ze sobą genów osób takich właśnie: mocnych, namiętnych, indywidualistycznie do świata nastawionych, ze szczególnym uwzględnieniem w miarę opanowanego narcyzmu, poniekąd wypieranego.

Ojciec mój (dajmy mu patriarchalną kolejność skoro Naszej Wysokości to nie szkodzi), nader był zachwycony życiem i sobą, aczkolwiek przypuszczam, że w odwrotnej kolejności. Kawał drania z niego był, aczkolwiek urok swój posiadał bezsprzecznie, a urok ten na mnie przeszedł, na zasadzie dziedziczenia.

Matka moja z pewnością kobietą z krwi i kości jest, niekiedy się obawiam, że bardziej z kości.
To też, na zasadzie dziedziczności...

Urody po niej nie dostałam, co ogólnie rzecz biorąc nie jest sprawiedliwe, bo niby dlaczego nie?
Oczywiście mam, po matce swojej, takie niesprzyjające kobiecie cechy jak wredny charakter, naturalną zdolność do poradzenia sobie w dowolnych okolicznościach, niezłomność, zasady, w tym ich łamanie.
Ojciec miał, jak wieść gminna niesie, przepoczucie humoru i człowiekiem był nader absurdalnie wesołym, no to nie wiem czy coś dodawać...

Matka też laleczką nie była nigdy, choć mogła wyglądać, a nawet wyglądała jak kobieta zjawiskowa. Mężczyźni szaleli, co opiszę szczegółowo bardziej w okolicach 26 maja, to niedługo.

Tak więc jestem wypadkową dwóch niesfornych dusz, dwóch osób, które mnie stworzyły, a ja mam to wszystko po nich.
Te bzdury rechoczące, ogień w duszy palący się nieprzytomnie, śmiech prawie zawsze, lekkość i ciężkość, mocne stanie na własnym gruncie i delikatność oczekiwania.
Dali mi na wyposażeniu tyle sprzeczności, że właściwie nie powinnam wiedzieć co z nimi zrobić, a wiem. Przechytrzyłam ich i jestem więcej niż pewna, że to czyni ich szczęśliwymi i dumnymi rodzicami.
Oboje wiedzą, On skądś tam, Ona z oglądu, jak przeraźliwie utrudnili chcąc ułatwić. Może dzisiaj coś by pozmieniali. No może, ale po co?
Nie byli laleczką, to ja też nie jestem.

Rodzice, raczej a może wcale, nie są szczepionką na życie.
Nawet najgorsi rodzice.
I każdemu przyjdzie stanąć twarzą w twarz z czymś, na co zupełnie przygotowany nie jest, bo chyba nie da się przygotować na Życie.
Moi dali mi też absolutne oswojenie się z samotnością. I może dlatego wciąż czekam na prześlicznego księcia, któremu szczerze życzę, żeby prześliczny nie był.

Było tak, że nagle przede mną stanął, tak było, a potem zniknął, a ja goniłam jak pies gończy, że gończy.
Wiem co by powiedzieli moi rodzice i mnie, i jemu...
Jemu, że chyba naprawdę... Mnie, daruj i żyj.

Mama wie, że dzięki niemu mam Gretę (w tym miejscu wypad robią wszelkie gnomy, które śliniąc się myślały, że to o nich). Ojciec...

Ja? Jestem laleczką z saskiej porcelany.


5 kwietnia 2011

10.04.10

- Chcesz przyjść na premierę filmu o Smoleńsku?
- Pewnie. Chętnie zobaczę.
- Kpisz?
- Ależ skąd, naprawdę chętnie zobaczę. Dziękuję za zaproszenie.


Poszłam, bo po pierwsze premiery mnie kuszą, a po drugie rzeczywiście chciałam zobaczyć ten film - pierwszy śledczy reportaż o katastrofie pod Smoleńskiem.
Byłam ciekawa atmosfery, ludzi, do których nie tak mi znowu blisko pod wieloma względami, ale też pod kilkoma nie bardzo daleko.

Przez ten prawie rok wysłuchałam setek informacji z różnych źródeł, a wszystkie są tajemne co oznacza, że nie będę o nich pisać, przy czym żadne nie jest medialne. Obejrzenie tego filmu było dla mnie kolejnym krokiem do zrozumienia, ułożenia czegoś w głowie, możliwością zupełnie innego rodzaju.
Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście chce się coś spróbować naprawdę zrozumieć, to nie można być zamkniętym, chociaż byłam więcej niż przekonana, że będzie to reportaż z tezą. Nie jest. Moim zdaniem nie jest.

Na ile w ogóle umiem ocenić, to film jest warsztatowo zrobiony po mistrzowsku, bo jeśli istnieje jeszcze coś takiego jak prawdziwe dziennikarstwo, to Anita Gargas pokazała je w najwyższej klasie.
Dotarła do świadków, dotarła do panów z wieży kontrolnej, dotarła tam, gdzie nikt się nawet nie pofatygował wcześniej, a szkoda.
Pokazała nie tylko relacje tych ludzi, ale również przenicowany w internecie film nakręcony kamerą w telefonie, pokazała cięcie wraku samolotu przez Rosjan, pokazała tych wszystkich, którzy z nią rozmawiali i tych, którzy rozmawiać nie chcieli.
Cierpliwie pukała do drzwi mieszkań, upiornie konsekwentnie zadawała pytania. A nie ma w tym żadnego epatowania sobą, ona jest niemal niewidoczna. Nie wtyka ludziom mikrofonu w paszczękę, żeby wydobyć z nich skrywaną tajemnicę. Pozwala mówić, jakby była, po zadaniu pytania, tylko statywem do mikrofonu.
Ale umie też gonić za człowiekiem z wieży kontrolnej, który nie chce rozmawiać wcale, bo wszystko już powiedział i nic więcej nie powie, bo nie może i nie chce. On oczywiście mówi odwrotnie: nie chcę i nie mogę.
Pokazała polskiego pilota, nie wiem skąd się bierze takich ludzi, ale jego godność, profesjonalizm, opanowanie wbija w fotel.
Jest też opowieść pracownika Kancelarii Prezydenta o tym jak wraz z BORowcami, pięć czy sześć osób stało przy zwłokach Lecha Kaczyńskiego.
Są krótkie wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej, które wzruszają, ale też wywołują śmiech. Naprawdę, wywołują zdrowy śmiech.
Podobno, tak twierdzi Autorka filmu, trailer z wypowiedzią Jadwigi Kaczyńskiej wywołał lawinowy atak, ale to mnie nie dziwi. Wybrano akurat tę jej wypowiedź, która jedynie jest wodą na młyn tych wszystkich, którzy pozycje mają ugruntowane, aczkolwiek po drugiej stronie. Nie rozumiem, dlaczego spośród tylu fantastycznych zdań, zdecydowano się anonsować ten film w sposób tak stereotypowy, że aż skóra cierpnie.

Wiele jest w tym filmie.
Jest obraz Rosji, tak nieco w drugim planie, ale przebija. Jednoznaczny w swojej zupełnej niejednoznaczności. To już chyba dla przeciętnego Polaka nie jest do pojęcia, że ludzie mogą tak nadal żyć, jak za cara, a żyją i to jest zupełnie nieprawdopodobne, ale żyją. Boją się, rozglądają na boki, strzygą uszami, ale żyją.

Porażająca jest scena, w której rosyjski pilot jedzie z ekipą polskich dziennikarzy pod krzyż pamiątkowy, którego strzeże rosyjska milicja. Funkcjonariusze mamroczą o pozwoleniu, o tym, że po co on tu przyjechał. I ten rosyjski pilot mówi “dzwońcie jak chcecie, podam swój telefon. Palenie świec nie jest tu zabronione”, a potem idzie złożyć kwiaty i zapala trzy świece pod tym krzyżem, w śniegu. Zwykłe świece. Staje. Salutuje.
Dostał brawa od Polaków z sali i nie szkodzi, że ich nie słyszał.

Kilka jest jeszcze podobnie ważnych scen.
Kilka o tym, co znaczy Rosja.
Kilka o tym, co znaczy Polska.
Przede wszystkim jest to film o próbie dotarcia do wyjaśnienia, bez zapalczywości, teorii o zamachu, bombach termobarycznych, czy białych postaciach udających śmigło. To jest film o skrywanej prawdzie, ale ta prawda nie dotyczy zamachu na suwerenność Polski, tak przynajmniej w mojej głowie się składa, że nie tego ta prawda dotyczy.
Raczej mówi o kompletnej niemożności przyznania się do popełnienia jakiegokolwiek błędu ze strony rosyjskiej. Gdyby tylko byli w stanie powiedzieć, ale nie są, ale gdyby byli...

Co to był za pomysł, żeby lądować na tym lotnisku, o ile w ogóle to jest jakieś lotnisko, a nie kupa złomu z długim pasem? I nie chodzi mi tylko o ten jeden samolot, ale kto zdrowy na umyśle może pomyśleć, że to jest jakieś miejsce do lądowania dla samolotu? Kilka razy się udało, a tym razem się nie udało...
W końcu komuś nie mogło się udać... Po prostu nie mogło...


Obejrzyjcie ten film.
Jutro (6.04) będzie dodany do Gazety Polskiej. Nieważne kogo i co popieracie, czy jesteście politycznie zaangażowani, czy macie politykę gdzieś, jak ja.
Dla każdego kto ma jakąś chęć zrozumienia świata, cząstkową, dowolną.
Zawsze warto wiedzieć, wyciągać wnioski, myśleć.

Po tym filmie, trudniej będzie kłamać - coś takiego powiedział Jarosław Kaczyński, z którym pierwszy raz się zgodziłam.







10 marca 2011

Gretchen w Publicznej Służbie: Ostatki popielcowe

Trzepłam wymówieniem i poszłam, a przynajmniej tak bym chciała to widzieć, bo co prawda trzepłam, lecz trzymiesięczne wypowiedzenie nie pozwoli mi oddalić się za bardzo. Jak odbiorę sobie urlop, to zostają dwa miesiące.

Wiele znosiłam, jako ta męczennica co najmniej, ale dotknięcie mojego wrażliwego, omnipotentnego ego musiało się tak skończyć. Inne ujęcie może wskazywać, że po prostu tak musiało być. Już mi się nawet nie chce zagłębiać, w jakże skomplikowaną sytuację posterunku. Nie mój posterunek, nie moje zagłębienia.

Równiuteńko tydzień temu Neokier, któremu włosy dęba stanęły na widok rozmiarów obowiązków wynikających z miejskiej dotacji, spojrzał na mnie nagle i zachciał, żebym to ja właśnie wzięła dodatkowe zajęcia. Gdyż tak, a poza tym pomoc posterunkowi, a nie od dziś w tym kraju wiadomo, że dobro posterunku jest dobrem wspólnym, a jeszcze nie ma kto za bardzo, a ponadto...
Elementem zabawnym było to, że wyznaczone zadanie nijak nie mieściło się w moich godzinach pracy, godziny pracy można zmienić. Tak uważa Neokier, z czym ja się akurat nie zgadzam. Powiedziałam nie.
Gretchen, to tamto, zrób. Nie. Sytuacja tego wymaga, Gretchen - zupełnie jakby mnie chciał zwerbować do odziału walczącego w powstaniu. Nie. Chyba, że zrobię to na zlecenie za dodatkowe pieniądze. Nie - tym razem on. No to nie - znów ja.
W tej sytuacji zamieniam prośbę na polecenie służbowe, jaka jest twoja odpowiedź? Moja odpowiedż wciąż jest nie, mam inne zobowiązania zawodowe, układałam ten grafik przez miesiąc, zaakceptowałeś go.
Ponieważ odmawiasz wykonania polecenia służbowego - tu poczułam się jakbym była w Afganistanie - jestem zmuszony napisać notatkę (!) do Derekcji (!!!). Pisz. Ale wiesz jakie będą tego konsekwencje - zrezygnuję ze współpracy z tobą. Rezygnuj,
Ostatecznie zadanie wykona ktoś inny, nieważne. Wyszłam tydzień temu z posterunku z myślą, że to już za dużo.

Czas szybko leci, jak to prawda na grzybach, znowu środa. Zebranie. Neokier cedzi do mnie, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia to on mi udziela nagany. Więc ja mu na to, że w nawiązaniu do rozmowy z poprzedniego tygodnia, to ja składam wymówienie.
I złożyłam.
Następnie odniosłam się do bezzasadności nagany, nadmieniłam coś o tym, że nikt nigdy ze mną tak nie rozmawiał zawodowo i nie będzie. Szast prast, po wszystkim.
Ulga. Prawdziwa, przenikająca do szpiku kości.

Dzień służby kończył się o piątej, a to bardzo wcześnie jak dla kogoś, kto od lat wychodził przed ósmą. Idąc do domu, nie biegnąc, idąc sobie spacerem, bo nie miałam już żadnej pracy do dziewiątej wieczorem, ze zdumieniem stwierdzałam dostępność sklepów. Z radości kupiłam szczotkę do zamiatania, która jest sprytnie zaprzyjaźniona z szufelką. Nabyłam butelkę martini, jedzenie dla Rudej, odebrałam list polecony z poczty. Luksus.
Wywlokłam Gretę na spacer, nadal spokojnie.
Jest trochę po szóstej, mam mnóstwo czasu, a jakoś udało mi się o tym zapomnieć. Zorientowałam się kiedy w jakimś szaleńczym tempie robiłam sobie coś do jedzenia, jednocześnie włączałam komputer, przerzucałam rzeczy z miejsca na miejsce.
Wariatka.
Kiedy to się stało, że zapomniałam i pogubiłam siebie? Pamiętam oczywiście kontekst mojego wysiłku, pamiętam jak z Najlepszą Szefową i jeszcze jedną koleżanką zapitalałyśmy jak głupie, żeby ratować posterunek. Żadnego wolnego dnia, w tym soboty czy niedzieli, przez wiele miesięcy.
O tym kontekście pouczył mnie dzisiaj Neokier, że on jest mianowicie. Odparłam tylko, że dobrze to znam, a nawet lepiej niż on, bo siedzę w tym od siedmiu lat, na tym posterunku.

Więc pamiętam, ale zrozumiałam jak to jest, kiedy przesuwasz granicę wydaje się to nie mieć żadnego znaczenia. Do czasu, na przykład takiego jaki mi się przytrafił dzisiaj.
Idee były szczytne tylko, że szczytne idee w dzisiejszym świecie...
Widzę jakie są skutki. Po sobie, po Najlepszej Szefowej...
Cena jest za wysoka.
Czy było warto? Nie, nie było.

Tak jasny jest dla mnie obraz działania tego systemu, że aż mnie ciarki przechodzą. Za jakiś czas nikt, kto cokolwiek znaczy, wie i umie, nie spojrzy nawet w kierunku Publicznej Służby. Konsekwencje są łatwe do wyobrażenia, bo już dzisiaj to widać w szpitalach, przychodniach, na moim podwórku.
Pewnym symbolem upadku jest dla mnie zawieszona dumnie przy rejestracji ogromna, oprawiona w ramy tablica “OBOWIĄZKI PACJENTA”. Wynika z niej, że pacjent ma być grzeczny, nie przeszkadzać i nie śmierdzieć.
Zapytałam gdzie jest tablica z prawami pacjenta - dojedzie, może gdzieś za dwa tygodnie...


Rozmawiamy z Olą o tym, ona już też bliżej drzwi, powiedziała dzisiaj, że najbardziej ją porusza, że jednak to my przegrałyśmy. Tak bywa w życiu - powiedziałam - ale nie wiem czy tak jest do końca, bo własnego zwycięstwa po prostu nie zobaczymy.
Jednak warto nie było.


Nauczyłam się, że nie każdą sprawiedliwą wojnę jest sens zaczynać. Dzisiaj ci, którzy zaczynali z Najlepszą Szefową i ze mną walkę o to wszystko, nawet z nami nie rozmawiają. Epicentrum zła jestem ja, manipulantka i intrygantka, do tego nieuczciwa. Kocioł wrze za moimi plecami. Oskarżenia, oszczerstwa, syf.
Za późno się zorientowałam...
Trudno, nic nie poradzę.

Wczoraj w nocy dotarło do mnie coś, co nazwało się dzisiaj, że wierząc w dobro, kompletnie straciłam z oczu, że ono nie dla każdego jest drogowskazem. Nie wzięłam pod uwagę wielu rzeczy, bo sądziłam, że ludziom można wierzyć. Można, w ograniczony sposób. Nie zawsze kiedy mówią tak, myślą tak. Nie zawsze kiedy cię chwalą, to cię szanują. Nie zawsze uczciwie mówią co myślą.
A potem kierunek wiatru się zmieni i zostajesz jak... I przyjdzie ktoś, kto na twoich oczach w sekundy zniszczy coś, co budowało ileś osób. Żadna nawet nie jęknie. Tylko ja się musiałam stawiać. Znowu.

Podsumowania na mnie naszły. Przypominam sobie swoje początki, staże, pierwsze dni w pracy, pomyłki (jedną wspominam do dzisiaj z przerażeniem), sukcesy, twarze moich pacjentek i pacjentów, którzy zawsze byli i będą istotą mojej pracy. Miałam szczęście pracować, przez jakiś czas, z ludźmi chrzaniącymi system.
Miałam wiele szczęścia. Nadal mam. Stworzyłyśmy z Najlepszą Szefową wspaniałe miejsce, do którego przychodzą ludzie i dobrze się w nim czują.

Coś się kończy, coś się zaczyna.

Jestem bardzo zmęczona, ale wracam do siebie.
Nie wiedziałam, że tyle mnie to kosztuje.