Początek sezonu grzewczego objawił się w mojej wysokiej wieży zimnymi kaloryferami, co ignorowałam starannie i konsekwentnie, lecz jak się mieszka w wieży uwzględnić należy zmienność wiatru. Zwłaszcza zimą bywa owa zmienność nieprzyjemną, gdyż ciepła dotąd kryjówka zmienia się nieprzychylnie zimną. To zmobilizowało mnie to zawezwania pana. Pan przyszedł i struchał na widok mojego pałającego żądzą mordu psa, choć po chwili okazało się, że pan ma kliniczny lęk przed psami z powodu pogryzienia w dzieciństwie. Uznałam, że pan nie jest rasistą w tej mierze, po prostu boi się psów. Zdarza się. W czasie wykonywanie obowiązków służbowych prowadziliśmy sobie uroczą pogawędkę kynologiczną w czasie której pan uznał, że pudelek byłby lepszy, a poza tym nie rozumie dlaczego młodzi ludzie trzymają takie bestie w domu.
Bestia siedziała usmyczona tuż przy mojej nodze i dziwiła się światu, że ktoś w tym domu wspomina o pudlach i co to w ogóle jest taki pudel, ale jak wiadomo amstaff pudla nie zrozumie i odwrotnie. Próbowałam panu wyjaśnić, że to jest nadzwyczajnie dobry pies, ale pan wierzy mediom i zasłania się torbą z narzędziami. Wygłosił też takie zdanie: wie pani, pies to tylko zwierzę i nigdy nie wiadomo, to tak jak z człowiekiem, co też może się w ludzkiej głowie zrodzić i do jakiego nieszczęścia doprowadzić...
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym nigdy nie popadła w taki lęk przed światem, by widzieć w nim tylko zagrożenie, zło, zbrodnie i nieszczęścia.
Niedawno Najlepsza Szefowa abdykowała po siedmiu czy ośmiu latach niezwykłego prowadzenia naszego Posterunku i nikt się nie zająknął nawet o tem. Przyszedł nowy dowódca, dość ślamazarny jak się zdaje i nadal nikt Najlepszej Szefowej nie powiedział jednego słowa. Na przykład dziękuję.
W tym tygodniu zmarła mama Najlepszej Szefowej i może widać było jakieś poruszenie, ale nie słyszałam, żeby ktoś zaproponował zbiórkę pieniędzy na kwiaty, które można byłoby złożyć w czasie pogrzebu. Widziałam za to zaciętość, widzenie nie dalej jak do końca własnego nosa i takie tam.
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym przenigdy nie traciła z oczu człowieka i swojej wrażliwości, która być może wielokrotnie doprowadza mnie na skraj przepaści, ale wolę tak. I żebym umiała ją okazywać innym.
Godzinę temu wzięłam psa na tradycyjny nocny spacer, a że mieszkam w pobliżu klubu to zderzyłam się ze światem sylwestrowej imprezy. Zataczamy z Gretą koła na trawniku aktualnie pokrytym śniegiem i lodem, ja w nadziei na szybkie załatwienie sprawy, Greta w nadziei na znalezienie kawałka bułeczki do zjedzenia. Wtem, krokiem chwiejnem, wyłania się postać kobieca w sukience czarnej na ramiączkach cieniutkich i łka. Normalnie łka w głos. Dłońmi zasłania twarz i łzy się leją rzęsiste. Wysokie ma obcasy doczepione do butów, a jest ślisko. No w ogóle jest zimno, ślisko i nie za bardzo na takie wycieczki w takim stroju, ale ja rozumiem jak to jest jak kobietę najdzie na płacz. Nic się nie liczy. No i niby nie wiem z jakiego powodu ona tak, ale dziwnie się domyślam.
Więc na ten rok nowy życzę sobie nie płakać z takich powodów, czy też takiego powodu. Mogę oczywiście życzenie rozszerzyć, żeby nie płakać w tym roku wcale, bo niby czemu nie rozszerzyć skoro to są życzenia? Rozszerzam.
Bez cienia fałszywego wstydu mogę powiedzieć, że życzę sobie dobrze i to nie tylko na ten rok, ale na ten szczególnie. Poprzednik dał do pieca równo i solidnie. Naiwnie myślałam, że poprzednik poprzednika wyczerpał limit, ale gdzieżby tam.
To był straszny rok. Przerażający.
Byliście kiedyś u astrologa? Mniejsza z tym czy byliście, to tylko taki wstęp do wyznania, że ja byłam. W kwietniu?
Pierwszy kwadrans minął na tym, że pani mówiła mniej więcej tak: trudne pani miała życie i teraz jest bardzo trudno. Wszystkie stare sprawy się postanowiły zamknąć i wiele osób z przeszłości do pani wraca i będzie wracać. Poza tym Pluton wszedł w pani zasięg i siedzi na plecach, i posiedzi do końca roku. Trochę odpuści w czasie wakacji, ale proszę nie dać się zwieść, uderzy znowu pod koniec roku. Wszystko się musi podomykać i to potrwa. Boże! Do pani ciągną sami poparpani mężczyźni! Nie chodzi o panią, chodzi o to co pani może dać, żeby można było iść dalej. Oczywiście już bez pani. Ktoś bliski choruje... Niedobrze to wygląda... Możliwe, że gdzieś tak w listopadzie, grudniu... Niekoniecznie, ale może się to zakończyć śmiercią. Coś się dzieje też w pracy. Niedługo będzie pani miała już kompletnie dość i podejmie pani decyzję o odejściu, ale zdecydują przyczyny zupełnie inne niż teraz się wydaje, bo ostateczny cios dostanie pani od środka.
W końcu trochę się wkurzyłam i postanowiłam zapytać czy są dla mnie jakieś dobre wiadomości, bo póki co ciemność widzę, widzę ciemność. Okazało się, że są. Nie może to być! A jednak!
Alora, życzę sobie, żeby to się spełniło. Skoro spełnił się zapluty Pluton...
Zamknęłam te stare sprawy, które wracały bez mojego zaproszenia. Zamknęłam milczeniem, nie wchodzeniem w zaczepki, zamknęłam dając odgłos paszczą. Dobrze. Mam nadzieję, że to już wszystkie.
Podjęłam decyzje zawodowe.
Pożegnałam Małgosię w jej dotychczasowym kształcie.
Poradziłam sobie żyjąc z połamanymi kończynami.
Ale w tym roku zdarzyły się też rzeczy miłe. Pojawiła się Greta, która jest wielkim i cudownym przyjacielem, nieco jeszcze szczeniakowatym, ale w końcu ma tylko siedem miesięcy. Obawiam się, że byłam w jej wieku zdecydowanie głupsza. Wszyscy rwący włosy z głowy, że chyba zupełnie zwariowałam i rozum mi odjęło ostatecznie, dzisiaj ją kochają i wzajemnie zresztą.
Spełniłam swoje marzenie o amstaffie. Sama i na własną odpowiedzialność. Było warto.
Pojawili się nowi ludzie, którzy stali się bliscy.
Przekonałam się, że powodzi konformizmu nie można ulegać, bo jednak znajdzie się jeszcze ktoś, kto jasno powie co myśli.
Doświadczam tego z jaką siłą dobre intencje wracają.
Spędziłam kolejne Święta z mamą.
Mieszkam u siebie i to nic, że miejsca tu nie jest zbyt wiele, ale wystarczająco jest, i pięknie. Bardzo lubię tę moją wieżę. Zwłaszcza po wizycie pana, bo grzejniki dają aż strach.
Ludkowie się dobrze czują w tej mojej przestrzeni.
Miejcie się dobrze w tym nowym roku, który tak wiele przyniesie. Smakujcie dobrego i nie dajcie się trudnościom. Smak życia jest i w jednym, i w drugim.
Szczęśliwie Ci z Góry dają nam jednak tę Moc na wyposażeniu, żeby się nie dać, nie spopielić, nie zapomnieć ścieżki powrotnej.
To jest tylko blog, ale w tym roku to było szczególne, że byliście w moim powichrowanym mikrokosmosie, oddawanym przy pomocy literek wystukiwanych na klawiaturze. Dziękuję za to. I za każde słowo, które było sygnałem, że po drugiej stronie jest ktoś, i że nie mówię w próżnię.
1 stycznia 2011
23 grudnia 2010
Daj nam wiarę, że to ma sens...
Przyszedł do mnie spokój po miesiącach szarpania sobą, po wstrząsach poważnych, pożegnaniach i powitaniach, po wszystkich szaleńczych emocjach jak to u mnie. I normalnie wracałam z pracy, chociaż nie, nie tak jak zwykle... Zadzwoniła do mnie dzisiaj jedna z moich pacjentek czy mogłaby mnie odwieźć do domu. Tak, wiem jak to dziwnie brzmi, ale chciała mi dać taki prezent i to drzewko cyprysowe też, które jest w tym roku moją choinką. Wysiadłam z samochodu, zajrzałam do sklepu po jedzenie dla kota, żeby Ruda z głodu nie padła, bo nie godzi się i poczułam go wtedy.
A może jeszcze kilka godzin wcześniej podczas rozmowy z Arturem, który dziwi się światu, że Święta idą a ja w pracy siedzę. Więc o Świętach rozmawialiśmy i o pośpiechu, i wtedy pierwszy raz poczułam, że zwalniam.
Później, kiedy szłam Asnyka świadomie zwolniłam krok. Powiedziałam sobie, że właśnie szaleństwo się skończyło, że mam tydzień wolnego, że nowe idzie do mnie z Nowym Rokiem.
Dotarło do mnie, że nie jestem smutna. Dziwne. Może to dzięki temu, że poprzednie Święta były teatrem hipokryzji, o której nie miałam jeszcze pojęcia? Może dzięki temu jak bardzo dostałam po grzbiecie w ostatnich miesiącach, doceniam nagle pojawiającą się możliwość pobycia ze sobą na moich warunkach? Może dlatego, że jadę jutro wcześniej do Matki mojej, żeby pomóc w przygotowaniach co niespodziewanie wydaje mi się jakimś niezwykłym wydarzeniem?
Właściwie to nie jest aż tak ważne dlaczego nie jestem smutna, grunt, że nie jestem. A mogłabym.
Usiadłam sobie zastanawiając się czy pisać czy raczej nie pisać, a jeśli pisać to co napisać. Przypomniał mi się mój świąteczny wpis sprzed dwóch lat wraz ze wszystkimi konsekwencjami jego w postaci niezliczonej liczby dobrych słów. Jedna osoba nawet rozesłała te życzenia swoim znajomym.
Znalazłam go. Brzmiał tak:
Od kilku lat, po kolacji Wigilijnej, kiedy już nadchodzi prawdziwa Cisza słucham kolędy.
Nie wcześniej, tylko właśnie wtedy.
Za każdym razem płaczę, ale to są dobre łzy i potrzebne. Łzy zazwyczaj są potrzebne i najczęściej dobre.
Zatem.
Zbliża się czas najpiękniejszy, najłagodniejszy, czuły, świetlisty, pachnący...
Każdemu, kto mnie zna w jakiejkolwiek formie, a także wszystkim tym, którzy mnie nie znają choć te słowa czytają.
Wszystkim moim Przyjaciołom, Wrogom, osobom mi niechętnym i tym, które darzą mnie nieposkromioną sympatią.
Każdemu, bez względu na to, czym te Święta dla Was są:
Prawdziwej Ciszy
Wewnętrznego Spokoju
Równowagi
Bliskości z tymi, którzy są ważni
Dziecięcej radości
Dobroci
Miłości
Współobecności
Nadziei
Wolności
Oddechu
Prawdy
Śmiechu, szczerego i z głębi serca. Takiego, który pozbawia oddechu
Smutku, który bywa dobrym przyjacielem
I czasem łez, które najczęściej są dobre...
***
Tego wszystkiego Wam życzę i dziś, wykorzystując do tego okazję świąteczną.
Jeśli zechcecie posłuchajcie też tej kolędy, która jest smutna, ale niesie nadzieję. Druga niech Was otuli ciepłem i spokojem.
Dobrych Świąt od Gretchen
A może jeszcze kilka godzin wcześniej podczas rozmowy z Arturem, który dziwi się światu, że Święta idą a ja w pracy siedzę. Więc o Świętach rozmawialiśmy i o pośpiechu, i wtedy pierwszy raz poczułam, że zwalniam.
Później, kiedy szłam Asnyka świadomie zwolniłam krok. Powiedziałam sobie, że właśnie szaleństwo się skończyło, że mam tydzień wolnego, że nowe idzie do mnie z Nowym Rokiem.
Dotarło do mnie, że nie jestem smutna. Dziwne. Może to dzięki temu, że poprzednie Święta były teatrem hipokryzji, o której nie miałam jeszcze pojęcia? Może dzięki temu jak bardzo dostałam po grzbiecie w ostatnich miesiącach, doceniam nagle pojawiającą się możliwość pobycia ze sobą na moich warunkach? Może dlatego, że jadę jutro wcześniej do Matki mojej, żeby pomóc w przygotowaniach co niespodziewanie wydaje mi się jakimś niezwykłym wydarzeniem?
Właściwie to nie jest aż tak ważne dlaczego nie jestem smutna, grunt, że nie jestem. A mogłabym.
Usiadłam sobie zastanawiając się czy pisać czy raczej nie pisać, a jeśli pisać to co napisać. Przypomniał mi się mój świąteczny wpis sprzed dwóch lat wraz ze wszystkimi konsekwencjami jego w postaci niezliczonej liczby dobrych słów. Jedna osoba nawet rozesłała te życzenia swoim znajomym.
Znalazłam go. Brzmiał tak:
Od kilku lat, po kolacji Wigilijnej, kiedy już nadchodzi prawdziwa Cisza słucham kolędy.
Nie wcześniej, tylko właśnie wtedy.
Za każdym razem płaczę, ale to są dobre łzy i potrzebne. Łzy zazwyczaj są potrzebne i najczęściej dobre.
Zatem.
Zbliża się czas najpiękniejszy, najłagodniejszy, czuły, świetlisty, pachnący...
Każdemu, kto mnie zna w jakiejkolwiek formie, a także wszystkim tym, którzy mnie nie znają choć te słowa czytają.
Wszystkim moim Przyjaciołom, Wrogom, osobom mi niechętnym i tym, które darzą mnie nieposkromioną sympatią.
Każdemu, bez względu na to, czym te Święta dla Was są:
Prawdziwej Ciszy
Wewnętrznego Spokoju
Równowagi
Bliskości z tymi, którzy są ważni
Dziecięcej radości
Dobroci
Miłości
Współobecności
Nadziei
Wolności
Oddechu
Prawdy
Śmiechu, szczerego i z głębi serca. Takiego, który pozbawia oddechu
Smutku, który bywa dobrym przyjacielem
I czasem łez, które najczęściej są dobre...
***
Tego wszystkiego Wam życzę i dziś, wykorzystując do tego okazję świąteczną.
Jeśli zechcecie posłuchajcie też tej kolędy, która jest smutna, ale niesie nadzieję. Druga niech Was otuli ciepłem i spokojem.
Dobrych Świąt od Gretchen
17 grudnia 2010
Muzycznik Gretchen: Robbie Williams - Feel
Przeczuwałam w tej piosence to właśnie czym ona jest. Natomiast prawda jest taka, że przeczucia często są wyłącznie przeniesieniami, o czym często napomykał Freud Zygmunt. Idzie o to, że widzimy w innych to, co sami w sobie nosimy i na innych za przeproszeniem rzutujemy.
Zgadzam się w tym z Zygmuntem, co nie jest zbyt częste, gdyż zazwyczaj stoję na stanowisku, że nie bardzo podzielam jego opinie. Zwłaszcza te odnośnie ludzi, szczęśliwie nie bardzo szeroko się wypowiadał, bo problem mój byłby natury ogólniejszej. A czy ja mało mam problemów, żeby jeszcze z jakimś od dawna umarłym psychoanalitykiem się spierać?
Pozostawmy to pytanie jako retoryczne.
Więc przeczuwałam, i odnalazłam zupełnym zbiegiem okoliczności tę wersję piosenki. Wymaga ona od słuchacza cierpliwości na jakieś mniej więcej pięć minut i blisko czterdzieści sekund. W moim przekonaniu i odczuwaniu czasu to nie jest zbyt wiele, ale ludzie dzisiaj czasu nie mają wcale, więc lojalnie uprzedzam co i jak.
Lata świetlne temu, w odmiennej galaktyce, poświęciłam chwilę uwagi Robbiemu odnośnie My Way, chociaż to było raczej jego way, ale też moje, skutki długofalowe były dramatyczne w przebiegu... Zostawmy.
Wykonanie, które zawiera w sobie esencję.
Stoi człowiek naprzeciwko setek tysięcy innych i zadaje pytanie, a setki tysięcy mu entuzjastycznie odpowiadają. Nie wiadomo czy nie usłyszał, czy nie odpowiedzieli wystarczająco, ale zdecydowanie coś poszło nie tak, bo zaśpiewał dla nich na koniec tak, jak zaśpiewał.
Chociaż... Jestem przekonana, że w tym momencie już śpiewał dla siebie, albo dla nadziei, która umiera ostatnia, co prawdą jest powszechną.
Nieważne do jak wielu ludzi krzyczysz i jak głośno, albo jak cicho szepczesz.
Ważne, żeby na koniec powiedzieć I did my way...
Zgadzam się w tym z Zygmuntem, co nie jest zbyt częste, gdyż zazwyczaj stoję na stanowisku, że nie bardzo podzielam jego opinie. Zwłaszcza te odnośnie ludzi, szczęśliwie nie bardzo szeroko się wypowiadał, bo problem mój byłby natury ogólniejszej. A czy ja mało mam problemów, żeby jeszcze z jakimś od dawna umarłym psychoanalitykiem się spierać?
Pozostawmy to pytanie jako retoryczne.
Więc przeczuwałam, i odnalazłam zupełnym zbiegiem okoliczności tę wersję piosenki. Wymaga ona od słuchacza cierpliwości na jakieś mniej więcej pięć minut i blisko czterdzieści sekund. W moim przekonaniu i odczuwaniu czasu to nie jest zbyt wiele, ale ludzie dzisiaj czasu nie mają wcale, więc lojalnie uprzedzam co i jak.
Lata świetlne temu, w odmiennej galaktyce, poświęciłam chwilę uwagi Robbiemu odnośnie My Way, chociaż to było raczej jego way, ale też moje, skutki długofalowe były dramatyczne w przebiegu... Zostawmy.
Wykonanie, które zawiera w sobie esencję.
Stoi człowiek naprzeciwko setek tysięcy innych i zadaje pytanie, a setki tysięcy mu entuzjastycznie odpowiadają. Nie wiadomo czy nie usłyszał, czy nie odpowiedzieli wystarczająco, ale zdecydowanie coś poszło nie tak, bo zaśpiewał dla nich na koniec tak, jak zaśpiewał.
Chociaż... Jestem przekonana, że w tym momencie już śpiewał dla siebie, albo dla nadziei, która umiera ostatnia, co prawdą jest powszechną.
Nieważne do jak wielu ludzi krzyczysz i jak głośno, albo jak cicho szepczesz.
Ważne, żeby na koniec powiedzieć I did my way...
8 grudnia 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Wizyta w Kwaterze Głównej
Natura niewolnika jest cokolwiek pokrętna... Z jednej strony niewolnik marzy o wolności, lecz z drugiej się jej boi, co jest zupełnie normalne - zazwyczaj boimy się tego czego nie znamy, choćbyśmy za tym tęsknili.
Wyobrażenia o tak, te są piękne do czasu kiedy nie skupimy się na zagrożeniach. Mogą być tylko potencjalne, ale wystarczy żeby były realne i już już niewolnicza natura w człowieku wzdycha i wzbudza wątpliwości.
W ten oto sposób rodzi się zachowawczość, która często zatrzymuje w miejscu uniemożliwiając ruch ku przodowi, żeby nie powiedzieć o cofaniu się. Kiedy bowiem chcemy już czegoś i wiemy czego, opracujemy plan i śmiało o nim myślimy, to zachowawczość zastosowana nieuchronnie nas cofnie ponieważ już nie tylko decydujemy o pozostaniu w starym, ale musimy w sobie zatuszować cały ambaras związany z rezygnacją z nowego.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mi dzisiaj w krótkiej drodze do Kwatery Głównej Derekcji, do której niespodziewanie zostałam wezwana chociaż sama uniżenie poprosiłam o spotkanie. Wszystkie myki psychologiczne akurat znam dobrze, co niekoniecznie zaraz musi się przekładać na moje funkcjonowanie, bo jak wiadomo wiedza od życia nie chroni. I dobrze.
Sekretariat Kwatery Głównej mnie zwodził kilka dni, żeby nagle samodzielnie do mnie zadzwonić i zapytać, ot tak oczywiście, czy nie mogłabym stawić się, to znaczy przyjść za jakieś trzy kwadranse. Mogę sobie wyobrazić odpowiedź taką mniej więcej, że bardzo mi przykro, albo trochę mi przykro, lecz w tym momencie nie mogę, ale nie róbmy sobie prawda jaj.
Jak już jestem przy jajach, to uczciwie będzie przyznać, że lekko mnie ścięło i rzuciłam w przestrzeń pytanie o co też ja chciałam Derekcję zapytać i w jakiej sprawie. Na pomoc przyszła mi nieoceniona Najlepsza Szefowa, która tonem stanowczym przypomniała i napomniała, że mam zapytać o to, o co chciałam zapytać.
Ulga ogarnęła me ciało i duszę.
Poszłam.
Idę i myślę o naturze człowieka, niewolnika, człowieku w niewolniku, niewolniku w człowieku. Normalnie idę i myślę, co jest niedobrze dla kobiety tyle myśleć. Szczęście, że droga nie za bardzo długaśna to jakoś zniosłam.
Pod Gabinetem tkwię kilkanaście minut dłużej niż zakładała godzina spotkania, ale już wspominałam coś o mykach psychologicznych, które znam i tym razem wiedza zadziałała na moją korzyść.
Se stoję i dalej myślę, i nagle zwoje przestają się przepalać, czaszka nie dymi, ciśnienie wraca do normy. Wracam do siebie. Śmigają mi przed oczami różne takie tam co mi na sytuację dobrze robią. W końcu zostaję zaproszona inside.
Witają mnie dwie panie, jedna trzyma moją osobową teczkę na kolanach. Rozpoznaję, jak Stirlitz, że to moja, po imieniu i nazwisku zapisanym długopisem na taśmie klejącej starej generacji.
Po kilku chwilach rozmowy już wiem, że one wiedzą, ale nie wiedzą, że ja wiem.
Atmosfera urocza. Uśmiechy.
Rozmowa się zaczyna ode mnie.
- Nie zamierzam zająć dużo czasu, po prostu chciałabym wiedzieć jaka jest szansa na rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron by się uchronić od trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Rozważam zwolnienie się z pracy.
- Ma pani kogoś na swoje miejsce?
- No, nie nie mam... A lepiej żebym miała?
-Jeśli będzie panie miała to nie ma problemu. Oczywiście się zgodzimy. W innej sytuacji to sama pani rozumie, kontrakt z Funduszem, jest pani wykazana...
- No tak.. rozumiem... Poszukam kogoś w takim razie.
- Rozumiem, że co kilka lat trzeba zmieniać pracę. Pani, ze swoim wykształceniem, przecież pani jest prawnikiem!
- Tak, skończyłam prawo, ale wybrałam swoją pracę bardzo świadomie i naprawdę bardzo ją lubię. Pracę na swoim Posterunku niezwykle nawet lubiłam.
W tym miejscu nastąpiło coś dziwnego...
- Wie pani, ja rozumiem chęć zmian, ale to będzie wielka strata rozstać się z pracownikiem tak oddanym, pełnym pasji, z inicjatywą, energicznym.
To już nie jestem szantażystką????
- Dlaczego pani nie lubi już pracować na swoim Posterunku?
- Długo by wymieniać, ale abdykowała Najlepsza Szefowa...
- Ależ proszę dać szansę nowemu kierownictwu!
- Oczywiście, ale od kilku miesięcy ryję nosem w ziemi ze zmęczenia i naprawdę chciałabym już pracować u siebie i dla siebie.
- Rozumiem - ??? - tylko naprawdę szkoda takiego pracownika. Może przy innym rozplanowaniu pracy... Poza tym ja słyszę od moich znajomych lekarzy i może mi pani wierzyć, że jeszcze nikt się nie utrzymał z prywatnego gabinetu. Umówmy się też, że praca w Publicznej Służbie jest jednak źródłem do pozyskiwania prywatnych pacjentów.
????
- W pewnym sensie jest, ale ja jestem lojalna wobec pracodawcy i nie nadużywam sytuacji. Chociaż oczywiście zdarzają się pacjenci, którzy nie chcą się rejestrować, zostawiać danych...
Dalej mniej więcej w tym duchu. Okazało się, że Pani Derekcja była dobrze przygotowana do rozmowy w zakresie uzmysłowienia sobie z kim rozmawia. Nie, nie chodzi mi o to “czy pani wie kim ja jestem?!”, po prostu wyczułam jak bardzo zagłębiła się w moje tfu! akta osobowe i efektywność pracy. Wyszło jej z prostego rachunku ekonomicznego, a nic więcej w tej chwili nie rządzi Publiczną Służbą, że odejście Gretchen się nie opłaca nijak.
Nie mówiąc już o zamydlaniu oczu moich w celu pozbawienia się dyskomfortu zmian w kontrakcie z NFZ.
Po kolejnych duserach i uśmiechach jak zaczęłam rozmowę, tak ją delikatnie skończyłam:
- Nie będę Derekcji zabierała czasu moimi rozterkami egzystencjalnymi, wszystko wiem i pomyślę.
- No właśnie, może pół etatu?
Uściski dłoni.
- Dziękuję za poświęcony mi czas, do widzenia i życzę miłego dnia.
- Do widzenia i wzajemnie.
Uśmiechy.
Kurtyna opada.
Wracam na Posterunek do normalnego dnia pracy.
Mam gdzieś kontrakt. Fundusz, zapisy. Nie powiedziałam jak bardzo czuję się zrobiona w kukułę przez ludzi, dla których zostałam nazwana szantażystką. Nie powiedziałam jak bardzo obrazili i obrażają (ha!) mnie ludzie, których szanowałam. Nie zrobiłam tego, bo... No sama nie wiem... Bo jestem fundamentalistycznie lojalna? Wbrew całemu gównu, w którym siedzę po talię?
Zapewne zostawię sobie kilka godzin w Publicznej Służbie dla tych, których nie stać na płacenie.
A koleżankostwo będzie musiało jakoś sobie z tym poradzić, że taka ja wciąż psuć im będę bezkresny ocean samozadowolenia.
Wyobrażenia o tak, te są piękne do czasu kiedy nie skupimy się na zagrożeniach. Mogą być tylko potencjalne, ale wystarczy żeby były realne i już już niewolnicza natura w człowieku wzdycha i wzbudza wątpliwości.
W ten oto sposób rodzi się zachowawczość, która często zatrzymuje w miejscu uniemożliwiając ruch ku przodowi, żeby nie powiedzieć o cofaniu się. Kiedy bowiem chcemy już czegoś i wiemy czego, opracujemy plan i śmiało o nim myślimy, to zachowawczość zastosowana nieuchronnie nas cofnie ponieważ już nie tylko decydujemy o pozostaniu w starym, ale musimy w sobie zatuszować cały ambaras związany z rezygnacją z nowego.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mi dzisiaj w krótkiej drodze do Kwatery Głównej Derekcji, do której niespodziewanie zostałam wezwana chociaż sama uniżenie poprosiłam o spotkanie. Wszystkie myki psychologiczne akurat znam dobrze, co niekoniecznie zaraz musi się przekładać na moje funkcjonowanie, bo jak wiadomo wiedza od życia nie chroni. I dobrze.
Sekretariat Kwatery Głównej mnie zwodził kilka dni, żeby nagle samodzielnie do mnie zadzwonić i zapytać, ot tak oczywiście, czy nie mogłabym stawić się, to znaczy przyjść za jakieś trzy kwadranse. Mogę sobie wyobrazić odpowiedź taką mniej więcej, że bardzo mi przykro, albo trochę mi przykro, lecz w tym momencie nie mogę, ale nie róbmy sobie prawda jaj.
Jak już jestem przy jajach, to uczciwie będzie przyznać, że lekko mnie ścięło i rzuciłam w przestrzeń pytanie o co też ja chciałam Derekcję zapytać i w jakiej sprawie. Na pomoc przyszła mi nieoceniona Najlepsza Szefowa, która tonem stanowczym przypomniała i napomniała, że mam zapytać o to, o co chciałam zapytać.
Ulga ogarnęła me ciało i duszę.
Poszłam.
Idę i myślę o naturze człowieka, niewolnika, człowieku w niewolniku, niewolniku w człowieku. Normalnie idę i myślę, co jest niedobrze dla kobiety tyle myśleć. Szczęście, że droga nie za bardzo długaśna to jakoś zniosłam.
Pod Gabinetem tkwię kilkanaście minut dłużej niż zakładała godzina spotkania, ale już wspominałam coś o mykach psychologicznych, które znam i tym razem wiedza zadziałała na moją korzyść.
Se stoję i dalej myślę, i nagle zwoje przestają się przepalać, czaszka nie dymi, ciśnienie wraca do normy. Wracam do siebie. Śmigają mi przed oczami różne takie tam co mi na sytuację dobrze robią. W końcu zostaję zaproszona inside.
Witają mnie dwie panie, jedna trzyma moją osobową teczkę na kolanach. Rozpoznaję, jak Stirlitz, że to moja, po imieniu i nazwisku zapisanym długopisem na taśmie klejącej starej generacji.
Po kilku chwilach rozmowy już wiem, że one wiedzą, ale nie wiedzą, że ja wiem.
Atmosfera urocza. Uśmiechy.
Rozmowa się zaczyna ode mnie.
- Nie zamierzam zająć dużo czasu, po prostu chciałabym wiedzieć jaka jest szansa na rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron by się uchronić od trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Rozważam zwolnienie się z pracy.
- Ma pani kogoś na swoje miejsce?
- No, nie nie mam... A lepiej żebym miała?
-Jeśli będzie panie miała to nie ma problemu. Oczywiście się zgodzimy. W innej sytuacji to sama pani rozumie, kontrakt z Funduszem, jest pani wykazana...
- No tak.. rozumiem... Poszukam kogoś w takim razie.
- Rozumiem, że co kilka lat trzeba zmieniać pracę. Pani, ze swoim wykształceniem, przecież pani jest prawnikiem!
- Tak, skończyłam prawo, ale wybrałam swoją pracę bardzo świadomie i naprawdę bardzo ją lubię. Pracę na swoim Posterunku niezwykle nawet lubiłam.
W tym miejscu nastąpiło coś dziwnego...
- Wie pani, ja rozumiem chęć zmian, ale to będzie wielka strata rozstać się z pracownikiem tak oddanym, pełnym pasji, z inicjatywą, energicznym.
To już nie jestem szantażystką????
- Dlaczego pani nie lubi już pracować na swoim Posterunku?
- Długo by wymieniać, ale abdykowała Najlepsza Szefowa...
- Ależ proszę dać szansę nowemu kierownictwu!
- Oczywiście, ale od kilku miesięcy ryję nosem w ziemi ze zmęczenia i naprawdę chciałabym już pracować u siebie i dla siebie.
- Rozumiem - ??? - tylko naprawdę szkoda takiego pracownika. Może przy innym rozplanowaniu pracy... Poza tym ja słyszę od moich znajomych lekarzy i może mi pani wierzyć, że jeszcze nikt się nie utrzymał z prywatnego gabinetu. Umówmy się też, że praca w Publicznej Służbie jest jednak źródłem do pozyskiwania prywatnych pacjentów.
????
- W pewnym sensie jest, ale ja jestem lojalna wobec pracodawcy i nie nadużywam sytuacji. Chociaż oczywiście zdarzają się pacjenci, którzy nie chcą się rejestrować, zostawiać danych...
Dalej mniej więcej w tym duchu. Okazało się, że Pani Derekcja była dobrze przygotowana do rozmowy w zakresie uzmysłowienia sobie z kim rozmawia. Nie, nie chodzi mi o to “czy pani wie kim ja jestem?!”, po prostu wyczułam jak bardzo zagłębiła się w moje tfu! akta osobowe i efektywność pracy. Wyszło jej z prostego rachunku ekonomicznego, a nic więcej w tej chwili nie rządzi Publiczną Służbą, że odejście Gretchen się nie opłaca nijak.
Nie mówiąc już o zamydlaniu oczu moich w celu pozbawienia się dyskomfortu zmian w kontrakcie z NFZ.
Po kolejnych duserach i uśmiechach jak zaczęłam rozmowę, tak ją delikatnie skończyłam:
- Nie będę Derekcji zabierała czasu moimi rozterkami egzystencjalnymi, wszystko wiem i pomyślę.
- No właśnie, może pół etatu?
Uściski dłoni.
- Dziękuję za poświęcony mi czas, do widzenia i życzę miłego dnia.
- Do widzenia i wzajemnie.
Uśmiechy.
Kurtyna opada.
Wracam na Posterunek do normalnego dnia pracy.
Mam gdzieś kontrakt. Fundusz, zapisy. Nie powiedziałam jak bardzo czuję się zrobiona w kukułę przez ludzi, dla których zostałam nazwana szantażystką. Nie powiedziałam jak bardzo obrazili i obrażają (ha!) mnie ludzie, których szanowałam. Nie zrobiłam tego, bo... No sama nie wiem... Bo jestem fundamentalistycznie lojalna? Wbrew całemu gównu, w którym siedzę po talię?
Zapewne zostawię sobie kilka godzin w Publicznej Służbie dla tych, których nie stać na płacenie.
A koleżankostwo będzie musiało jakoś sobie z tym poradzić, że taka ja wciąż psuć im będę bezkresny ocean samozadowolenia.
3 grudnia 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Zmierzch
Dzisiaj, kiedy niektóre emocje już opadły a kolejne opadają, widzę jak trudno jest opowiedzieć tę historię, za dużo w niej wątków ściśle ze sobą połączonych. Być może to jest w ogóle temat na książkę, bo znalazłby się i wątek sensacyjny, i emocjonalny, fabuła mogłaby trzymać w napięciu nawet. W zależności od tego, z której strony rzecz całą ugryźć można by napisać kryminał, albo nową Siłaczkę, albo okrutnie śmieszną historię z ponurym zakończeniem. Natomiast jak to opowiedzieć krótko, to zupełnie nie mam pojęcia.
Najprościej może w punktach:
1.Gretchen pracuje w bardzo zgranym zespole, w którym panuje po królewsku atmosfera tak rodzinna, że nie każda rodzina poszczycić się może.
2. Urzędnicy zawsze dogadają się między sobą tak, żeby niby było dobrze, ale to nie musi być zaraz zgodne z prawem, a zrozumieć już nie potrafią, że komuś może to przeszkadzać. Także w sytuacji, że przyklepany układzik okrada kogoś z pieniędzy, które zarabia ciężką pracą.
3. Okradany od lat zespół w końcu został okradziony za bardzo. Dość głupia Gretchen od lat mówiła “upomnijmy się, zróbmy coś, bo to pójdzie za daleko”, ale jakoś po przypływach chęci pojawiały się odpływy spowodowane jakimś tam wpływem na konto i sprawa cichła. Rok temu sytuacja się powtórzyła w nieznanej dotąd skali. Zawrzało. Gretchen lubi walczyć więc posprawdzała, pogmerała, podzwoniła i jęła zagrzewać do walki rozeźlonych ludzi, uczciwie uprzedzając, że mogą się pojawić skutki uboczne i czy wszyscy są na nie przygotowani zapytała. Oczywiście wszyscy są przygotowani i walczyć trzeba.
4. Po rozpoczęciu wojny, którą w każdym normalnym miejscu określić by można raczej wymaganiem elementarnej uczciwości, skutki uboczne okazywały się z różnym natężeniem. Najpierw pojawiła się kontrola z działu kadr. Potem pojawił się z niej protokół sporządzony nie przez kontrolującego, lecz przez kogoś zupełnie innego. Prawda jest taka, że od lat za dorozumianą zgodą kolejnych zmieniających się dyrektorów pracowaliśmy w wymiarze godzin nieco odbiegającym od zawartego w umowie o pracę, co w żaden sposób nie zakłócało działalności naszego Posterunku, aczkolwiek w przypadku kontroli okazało się, że coś tu nie gra. Dobra, jakoś to się udało powyjaśniać. W ten sposób przyszedł wyraźny sygnał, że obecna dyrekcja nie wydaje zgody na takie hopsztosy i nikomu z nas to nie było w smak.
5. Nad całym procesem wojennym i kadrowym zawisła dość makabryczna jazda Derekcji po Najlepszej Szefowej. Nowomodnie się to nazywa mobbingiem. Zapadła decyzja o przychodzeniu do pracy w wymiarze zgodnym z umową o pracę.
6. Dzięki dość morderczej walce Najlepszej Szefowej i samej Gretchen, która pod nieobecność ją zastępowała, udało się wyszarpać prawdziwą stawkę za pracę w weekendy. Ustąpić musiałyśmy w odniesieniu do zadań realizowanych w tygodniu. Ustąpić, czyli nie dostać za nie złotówki z celowej dotacji miejskiej.
7. Szybko się okazuje, że tylko część tego zgranego zespołu trzyma się ustalenia dotyczącego godzin pracy. Niestety ta część zaczęła wyrażać swoje niezadowolenie z powodu robienia z siebie jelenia. W końcu doszło do sytuacji, że ktoś powiedział językiem poetów “pierdolę to kurwa i też wychodzę!” - nie była to Gretchen co wydaje się bardzo dziwne, ale jednak nie ona.
8. Od tego miejsca mamy do czynienia z dwoma równoległymi procesami: jeden z Capo di Tutti Capi - w skrócie można go nazwać odrażającym, drugi w ramach rodzinnego zespołu, którego w skrócie określić się nie da, ale można próbować: podział, rozpad, unikanie. Zaczęło śmierdzieć dość brzydko, bo śmierdzi zazwyczaj brzydko. Żadna z prób dogadania się, ustalenia czegokolwiek nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Żeby już naprawdę nie napisać powieści w punktach należy stwierdzić, że każde nasilenie prowadzi do przesilenia.
Przesilenie nastąpiło. Musiało, zawsze tak jest. Najlepsza Szefowa dostała naganę za zbyt głupio naiwne dobre serce i właściwie dostała słusznie, ale nikt nie docenił jej dobrego serca. Tyle, że gdzieś tu pojawił się zapalnik. Wybuch koleżanki z rodziny uderzył we mnie. Okazało się, w każdym razie tyle zrozumiałam z wrzasku, że jestem intrygantką planującą ustawki, manipulantką, steruję Najlepszą Szefową czyniąc z niej męczennicę, a siebie stawiając w pozycji osoby szlachetnej.
Nie przyjełąm tego spokojnie. Lata praktyki nauczyły mnie nie obrażania w awanturze ludzi, choćby oni mnie obrażali. To jest zbyt proste i daje kolejne argumenty.
Te same lata nauczyły mnie też tego, że można mnie bezpodstawnie obrażać, każdy może, ale tylko raz.
Wróciłam do domu i zrobiłam bilans. Szarpało mną więc wiedziałam, że ten bilans jest nieco skrzywiony.
Obudziłam się następnego dnia i zrobiłam kolejny bilans. Znam siebie i swoją emocjonalność, postanowiłam jeszcze chwilę odczekać z wnioskami.
Mam naturę wojowniczki i nie lubię dostawać po ryju, bo komuś akurat tak się zbiegło w mózgu. Znając siebie wiem, że niekiedy się zapędzam i coś przeoczę, że być może skoro ktoś dostrzegł niegodziwość, to ona gdzieś tam była.
Myślałam trzy dni. Podjęłam decyzję.
Podjęłam, bo można walczyć z systemem, nieuczciwością, złodziejstwem, ale nie da się z wyobrażeniami ludzi.
Nie da się walczyć z tym, że ludzie nie lubią jak im nazwać po imieniu pewne sprawy. Nie lubią i już, wcale się nie dziwię. Wyjeżdżanie, nie tylko moje, z takimi słowami jak lojalność było doprawdy zabawne. Przekonałam się o ile ważniejsza jest potrzeba nienaruszalności pewnych spraw, wygodnictwo, własny interes i takie tam sprawy.
Zabierałam głos i nazywałam sądząc, że naprawdę jesteśmy wszyscy dla siebie wzajemnie ważni, że jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Prawdopodobnie w jakimś wcieleniu byłam muszkieterem, albo co.
Pomyliłam się.
Po trzech dniach zakwitł we mnie kwiat końca pewnego etapu. Poczułam, że nie ma już dla mnie miejsca w tym zespole. Ani chęci walki z systemem.
Rozejrzałam się po swoim życiu, które całkowicie oddane jest wymaganiom Pana, którym niewolnik musi sprostać.
Nie mam czasu na życie.
Na nic nie mam czasu, bo Capo di Tutti Capi ma zobowiązania wobec funduszu poniekąd zdrowia podobno narodowego, a także wobec urzędu miasta tego tu oto. Więc pracuję bez chwili wytchnienia do Świąt, żeby Derekcja nie miała problemów.
Jak to brzmi?
Alora, pieprzę to. Szukam miejsca na swój gabinet. Najlepsza Szefowa podjęła decyzję, że chce w tym uczestniczyć. Kolega, sponiewierany przez Derekcję za opuszczenie godzin pracy z powodu niesienia pomocy rodzinom ofiar spod Smoleńska, też odchodzi. Być może jeszcze Ola.
Cztery osoby. Połowa zespołu jakże rodzinnego. Rodziny bywają też patologiczne w swojej wymowie ideowej...
Moja praca to ja. Akurat mam taki zawód, że cały warsztat niosę w sobie. Siedem lat pracy coś mi jednak pokazało. Nie tak. Siedem lat pracy z ludźmi coś mi pokazało, bo ci ludzie mi to pokazali.
Nie muszę być niewolnikiem.
Nie muszę słuchać z palca wziętych oskarżeń.
W gruncie rzeczy nic nie muszę.
Minęło od tego czasu trochę czasu i czuję powiew wolności. Ryzyka powiew też czuję. Wolności bardziej.
Właściwie nic mnie już nie boli, chociaż pojawia się cień refleksji o ludziach, moim o nich myśleniu, rozczarowaniach.
Rok temu byłam przekonana, że tego Posterunku nie zmiecie żadna siła... A on był słaby jak wyschnięta gałąź.
Czas odciąć kolejną słabą gałąź, niedługo będę palić w piecu całą zimę cholera.
Bezwględnie potrzebuję zmiany, żeby nie myśleć o ludziach tak jak aktualnie myślę. Czuję jak się cofam w swoją skorupkę tyle, że ona jest jakaś taka inna niż dawna. Gubię naiwność? Dojrzewam? Zwariowałam?
Najprościej może w punktach:
1.Gretchen pracuje w bardzo zgranym zespole, w którym panuje po królewsku atmosfera tak rodzinna, że nie każda rodzina poszczycić się może.
2. Urzędnicy zawsze dogadają się między sobą tak, żeby niby było dobrze, ale to nie musi być zaraz zgodne z prawem, a zrozumieć już nie potrafią, że komuś może to przeszkadzać. Także w sytuacji, że przyklepany układzik okrada kogoś z pieniędzy, które zarabia ciężką pracą.
3. Okradany od lat zespół w końcu został okradziony za bardzo. Dość głupia Gretchen od lat mówiła “upomnijmy się, zróbmy coś, bo to pójdzie za daleko”, ale jakoś po przypływach chęci pojawiały się odpływy spowodowane jakimś tam wpływem na konto i sprawa cichła. Rok temu sytuacja się powtórzyła w nieznanej dotąd skali. Zawrzało. Gretchen lubi walczyć więc posprawdzała, pogmerała, podzwoniła i jęła zagrzewać do walki rozeźlonych ludzi, uczciwie uprzedzając, że mogą się pojawić skutki uboczne i czy wszyscy są na nie przygotowani zapytała. Oczywiście wszyscy są przygotowani i walczyć trzeba.
4. Po rozpoczęciu wojny, którą w każdym normalnym miejscu określić by można raczej wymaganiem elementarnej uczciwości, skutki uboczne okazywały się z różnym natężeniem. Najpierw pojawiła się kontrola z działu kadr. Potem pojawił się z niej protokół sporządzony nie przez kontrolującego, lecz przez kogoś zupełnie innego. Prawda jest taka, że od lat za dorozumianą zgodą kolejnych zmieniających się dyrektorów pracowaliśmy w wymiarze godzin nieco odbiegającym od zawartego w umowie o pracę, co w żaden sposób nie zakłócało działalności naszego Posterunku, aczkolwiek w przypadku kontroli okazało się, że coś tu nie gra. Dobra, jakoś to się udało powyjaśniać. W ten sposób przyszedł wyraźny sygnał, że obecna dyrekcja nie wydaje zgody na takie hopsztosy i nikomu z nas to nie było w smak.
5. Nad całym procesem wojennym i kadrowym zawisła dość makabryczna jazda Derekcji po Najlepszej Szefowej. Nowomodnie się to nazywa mobbingiem. Zapadła decyzja o przychodzeniu do pracy w wymiarze zgodnym z umową o pracę.
6. Dzięki dość morderczej walce Najlepszej Szefowej i samej Gretchen, która pod nieobecność ją zastępowała, udało się wyszarpać prawdziwą stawkę za pracę w weekendy. Ustąpić musiałyśmy w odniesieniu do zadań realizowanych w tygodniu. Ustąpić, czyli nie dostać za nie złotówki z celowej dotacji miejskiej.
7. Szybko się okazuje, że tylko część tego zgranego zespołu trzyma się ustalenia dotyczącego godzin pracy. Niestety ta część zaczęła wyrażać swoje niezadowolenie z powodu robienia z siebie jelenia. W końcu doszło do sytuacji, że ktoś powiedział językiem poetów “pierdolę to kurwa i też wychodzę!” - nie była to Gretchen co wydaje się bardzo dziwne, ale jednak nie ona.
8. Od tego miejsca mamy do czynienia z dwoma równoległymi procesami: jeden z Capo di Tutti Capi - w skrócie można go nazwać odrażającym, drugi w ramach rodzinnego zespołu, którego w skrócie określić się nie da, ale można próbować: podział, rozpad, unikanie. Zaczęło śmierdzieć dość brzydko, bo śmierdzi zazwyczaj brzydko. Żadna z prób dogadania się, ustalenia czegokolwiek nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Żeby już naprawdę nie napisać powieści w punktach należy stwierdzić, że każde nasilenie prowadzi do przesilenia.
Przesilenie nastąpiło. Musiało, zawsze tak jest. Najlepsza Szefowa dostała naganę za zbyt głupio naiwne dobre serce i właściwie dostała słusznie, ale nikt nie docenił jej dobrego serca. Tyle, że gdzieś tu pojawił się zapalnik. Wybuch koleżanki z rodziny uderzył we mnie. Okazało się, w każdym razie tyle zrozumiałam z wrzasku, że jestem intrygantką planującą ustawki, manipulantką, steruję Najlepszą Szefową czyniąc z niej męczennicę, a siebie stawiając w pozycji osoby szlachetnej.
Nie przyjełąm tego spokojnie. Lata praktyki nauczyły mnie nie obrażania w awanturze ludzi, choćby oni mnie obrażali. To jest zbyt proste i daje kolejne argumenty.
Te same lata nauczyły mnie też tego, że można mnie bezpodstawnie obrażać, każdy może, ale tylko raz.
Wróciłam do domu i zrobiłam bilans. Szarpało mną więc wiedziałam, że ten bilans jest nieco skrzywiony.
Obudziłam się następnego dnia i zrobiłam kolejny bilans. Znam siebie i swoją emocjonalność, postanowiłam jeszcze chwilę odczekać z wnioskami.
Mam naturę wojowniczki i nie lubię dostawać po ryju, bo komuś akurat tak się zbiegło w mózgu. Znając siebie wiem, że niekiedy się zapędzam i coś przeoczę, że być może skoro ktoś dostrzegł niegodziwość, to ona gdzieś tam była.
Myślałam trzy dni. Podjęłam decyzję.
Podjęłam, bo można walczyć z systemem, nieuczciwością, złodziejstwem, ale nie da się z wyobrażeniami ludzi.
Nie da się walczyć z tym, że ludzie nie lubią jak im nazwać po imieniu pewne sprawy. Nie lubią i już, wcale się nie dziwię. Wyjeżdżanie, nie tylko moje, z takimi słowami jak lojalność było doprawdy zabawne. Przekonałam się o ile ważniejsza jest potrzeba nienaruszalności pewnych spraw, wygodnictwo, własny interes i takie tam sprawy.
Zabierałam głos i nazywałam sądząc, że naprawdę jesteśmy wszyscy dla siebie wzajemnie ważni, że jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Prawdopodobnie w jakimś wcieleniu byłam muszkieterem, albo co.
Pomyliłam się.
Po trzech dniach zakwitł we mnie kwiat końca pewnego etapu. Poczułam, że nie ma już dla mnie miejsca w tym zespole. Ani chęci walki z systemem.
Rozejrzałam się po swoim życiu, które całkowicie oddane jest wymaganiom Pana, którym niewolnik musi sprostać.
Nie mam czasu na życie.
Na nic nie mam czasu, bo Capo di Tutti Capi ma zobowiązania wobec funduszu poniekąd zdrowia podobno narodowego, a także wobec urzędu miasta tego tu oto. Więc pracuję bez chwili wytchnienia do Świąt, żeby Derekcja nie miała problemów.
Jak to brzmi?
Alora, pieprzę to. Szukam miejsca na swój gabinet. Najlepsza Szefowa podjęła decyzję, że chce w tym uczestniczyć. Kolega, sponiewierany przez Derekcję za opuszczenie godzin pracy z powodu niesienia pomocy rodzinom ofiar spod Smoleńska, też odchodzi. Być może jeszcze Ola.
Cztery osoby. Połowa zespołu jakże rodzinnego. Rodziny bywają też patologiczne w swojej wymowie ideowej...
Moja praca to ja. Akurat mam taki zawód, że cały warsztat niosę w sobie. Siedem lat pracy coś mi jednak pokazało. Nie tak. Siedem lat pracy z ludźmi coś mi pokazało, bo ci ludzie mi to pokazali.
Nie muszę być niewolnikiem.
Nie muszę słuchać z palca wziętych oskarżeń.
W gruncie rzeczy nic nie muszę.
Minęło od tego czasu trochę czasu i czuję powiew wolności. Ryzyka powiew też czuję. Wolności bardziej.
Właściwie nic mnie już nie boli, chociaż pojawia się cień refleksji o ludziach, moim o nich myśleniu, rozczarowaniach.
Rok temu byłam przekonana, że tego Posterunku nie zmiecie żadna siła... A on był słaby jak wyschnięta gałąź.
Czas odciąć kolejną słabą gałąź, niedługo będę palić w piecu całą zimę cholera.
Bezwględnie potrzebuję zmiany, żeby nie myśleć o ludziach tak jak aktualnie myślę. Czuję jak się cofam w swoją skorupkę tyle, że ona jest jakaś taka inna niż dawna. Gubię naiwność? Dojrzewam? Zwariowałam?
27 listopada 2010
Małgosia [2]
Takie małe pudełeczko, a pomieściło kogoś tak niezwykłego. Dziwne.
Jeszcze dziwniejsze było to, że kiedy dostałam wiadomość, że Małgosia umarła nie poczułam nic... Przez sekundę miałam podobne wrażenie do tego, które czasami odczuwam zasypiając - coś jak spadanie.
Może myśląc o tym co godzinę przygotowałam się, a może śmierć nie odbiera obecności, a może jestem pozbawiona czucia.
Wtedy, w tamtą środę spotkałyśmy się u niej całkowicie odmienionej chorobą. Kilka dni później była już w szpitalu na Banacha, pogorszyły się wyniki badań. Poszłam do niej i byłam przekonana, że umiera na moich oczach, ale nie. Jeszcze trafiła do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu i znowu dzięki niej doświadczyłam czegoś, czego zawsze się bałam. Pamiętam, na początku mojej drogi zawodowej, praca w hospicjum wydawała mi się zupełnie poza moimi możliwościami, bo nie udźwignę, bo się boję. A jeszcze wcześniej, od dziecka właściwie, najbardziej bałam się raka.
Tego dnia, którego wyszłam z hospicjum na Krakowskie, Królewski Trakt, w przeddzień Wszystkich Świętych... Samo w sobie to już jest pełne tego z czego Małgosia żartowała... Nieważne.
Więc kiedy stamtąd wyszłam miałam dwie myśli. Może instynktowanie boimy się czegoś co nas spotka w takiej czy innej formie, a może bojąc się tego dajemy szansę Tym z Góry, żeby zainterweniowali dając to i oswajając?
Choroba mojej mamy przygotowała mnie na śmierć Małgosi, a śmierć Małgosi w pewien sposób przygotowuje mnie na śmierć mamy. Takie dziwne koło w czasie i przestrzeni, jak mechanizm zegarka, w którym jeden tryb wspomaga kolejny. Pomiędzy nimi Bożenka.
Nie wierzę w przypadki.
Myśl druga... Dzisiaj nie boję się hospicjum. Mogłabym.
Dziękuję Małgosiu.
Próbowałam pisać na bieżąco, żeby... Nie wiem co ma być po żeby. Pisałam i przestawałam. Znowu chciałam i nie mogłam.
Zachowały się z tego pisania fragmenty.
20 października
Nie umiem się poskładać z jej umieraniem, ciągle i ciągle chcę coś powiedzieć, a ona już nie bardzo może słuchać. Chyba. Nie wiem, nie wiem jak to jest umierać w taki sposób.
Jeszcze trzy tygodnie temu, kiedy u niej byłam, sponiewierna chorobą, wycieńczona, zmieniona nie do poznania była sobą. Niewiele płakałyśmy, troszkę się śmiałyśmy, trzymałyśmy się za ręce bo była zbyt krucha na przytulanie. Głaskałam ją po tych króciuteńkich włosach jak u szczeniaczka, tak mówiła, jak u szczeniaczka. Lewą rękę i pól twarzy odebrał jej udar, jakby raka było mało, choć właściwie to rak wywołał udar. Guzy w mózgu. Domowe hospicjum.
W doskonały sposób pamiętam ją zdrową i mogę przerzucać obrazy, jak zdjęcia w albumie, a sama już nie wiem czy to mi bardziej pomaga, czy przeszkadza.
Wtedy, u niej w domu, żadna z nas nie miała złudzeń, choć nie rozmawiałyśmy w sposób ostateczny, dotykałyśmy tego, lecz jeszcze z jakimś marginesem na czas. Czas, czym to coś w ogóle jest?
- Nie ma we mnie żadnej paniki, nie boję się. Kiedyś myślałam, że gdyby przytrafiła mi się taka sytuacja to zupełnie bym się nie pozbierała, a teraz jestem spokojna.
-Na pewno? Tak?
-Tak, jestem spokojna, tylko wiesz... Szkoda... Tak szybko...
Nie umiałam zatrzymać łez, ona też nie.
- O różnych rzeczach myślę. Najbardziej lubię myśleć o tych dobrych chwilach, ważnych i ty tam jesteś najczęściej. Pamiętaj o tym Gosiaczku. - powiedziała to tak, że od razu wiedziałam, że mam zapamiętać na zawsze - Tylko wiesz, czytać już nie mogę, bo mi litery skaczą przed oczami.
- Przywiozę Ci książki nagrane i będziesz sobie słuchać, chcesz?
- Tak, pewnie, jeśli masz.
- Mam. - skłamałam wiedząc, że nie zgodzi się na kupowanie sobie czegokolwiek - przywiozę Ci w przyszłym tygodniu.
W przyszłym tygodniu. Mnie się kurwa wydawało, że jest jakiś przyszły tydzień. Pojechałam i kupiłam pięć. I takie coś śmieszne, że można sobie swoje imię w doniczce zasadzić, znaczy fasolkę, i to wyrasta i rośnie. Potem wysłałam smsa, żeby jej nie męczyć rozmową, że mam książki i coś jeszcze, ale nie powiem co.
Dzwoniłam i nie odbierała, żadna nowość, czasem nie odbiera, bo śpi, albo jest zmęczona, albo nie ma ochoty.
W końcu odebrała.
Nie wiedziała gdzie jest, czy to dom, czy szpital...
Zadzwoniłam w niedzielę, 17 października, w nasze imieniny, o których dowiedziała się ode mnie. Mogła nie wiedzieć gdzie jest i czy to dzień jej imienin, ale rozmawiałyśmy chyba ponad godzinę, nie liczyłam.
Jeżeli w ogóle może paść między ludźmi w takiej sytuacji wszystko co najważniejsze, to w tej rozmowie nam się udało. Nie wiem czy jeszcze cień podobnej będzie, bo minęły od tego czasu długie dla niej trzy dni.
Wiem, że ludzie się żegnają, ale ja takiego pożegnania wcześniej nie przeżyłam.
Nie mam poczucia, że powiedziałam wszystko, ale wszystkiego nie da się powiedzieć, po prostu się nie da.
- Gdziekolwiek będziesz, będę z tobą.
- Ja też, Gosiaczku.
- Nie stracimy kontaktu kochana, nie stracimy zobaczysz.
- Tak.
- Czy myśmy nie podeszły nazbyt arogancko do czasu?
- Tak, za bardzo arogancko. - to “tak” zabrzmiało bardzo mocno.
- Wiesz, że jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu...
- Gosiaczku, ty...
Ryczymy obie w te głupie słuchawki.
- Chciałabym cię jeszcze zobaczyć.
- Chciałabym cię przytulić. Przyjdę do ciebie.
- Przyjdź.
- Miałyśmy siedzieć razem w górach na starość i z kim ja teraz będę siedzieć? Nie opuścisz mnie, prawda?
- Nie, nie opuszczę.
To są tylko wyrywki. Siedemdziesięciu procent jej słów nie rozumiałam przez ten udar i leki.
21, 22 października
W czwartek poszłam do szpitala.
Spóźniłam się o kilka godzin. Nie, nie umarła. Żyła, ale odleciała daleko i nie ma z nią kontaktu.
Naprawdę sądziłam, że to koniec. Lekarz mówił, że może kilka godzin, może kilka dni. Ścięta lekami cały czas spała, tylko osoby przy jej łóżku się zmieniały.
Jeszcze raz rozmawiałyśmy na Krakowskim. Zawiozłam jej te książki do słuchania i zdobywanego siecią od przyjaciela Mistrza i Małgorzatę. Fasolki nie zabrałam, to nie miało sensu. Postanowiłam zostawić ją u siebie i zasadzić jako znak, symbol.
Cierpiała. Mówiła, że ją boli. Mówiła, że ciągle ktoś przychodzi i ją głaszcze aż głowa od tego boli i pewnie jeszcze od tego guza. Przepraszała za zapach. Znam ją, wiem co ją wnerwiało. Zostawiłam płyty z książkami i Mistrza z Małgorzatą wgranego na iPoda, którego dostałam od Merlota. Światy ludzi przenikają się bez ich udziału...
Powiedziałam, że jeszcze przyjdę. Już nie przyszłam. Kolejny kamyk w uświadamianiu sobie własnego niewolnictwa - umarła dobę przed pierwszym wolnym dniem, w którym miałam możliwość do niej iść. Nie bardzo chciała już odwiedzin, ale jestem pewna, że dla mnie byłby wyjątek. Nie zdążyłam, bo nie miałam kiedy. Absurdalne.
Na pogrzeb Małgosi pojechałam z Darkiem i Magdą, kilka lat temu pracowaliśmy razem i teraz była okazja, żeby znowu razem się spotkać.
Zaproponowałam, żebyśmy kupili białe róże. Bukiet cholera, nie wieniec, bo Gośka śmiechem by nas zabiła widząc jak z poważnymi minami wkraczamy do kościoła niosąc ten wieniec.
Wszyscy z tamtego czasu byli.
Położyłam kwiaty i zobaczyłam, że Krzyś, gosiowy mężczyna siedzi w ławce zupełnie sam, tuż obok tego pudełeczka. Usiadłam obok niego, a Darek obok mnie. Pogłaskałam Krzysia jakbym chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Tylko skąd mogę to wiedzieć?
Msza. Naprawdę piękna, trochę nadęta jak przy pogrzebie, wzniosła i smutna. Chociaż z całą pewnością ten młody ksiądz jej się podobał, a ten drugi, cudzoziemiec, być może Hindus, bardzo śmiesznie czytał po polsku. Tylko jej się mogło coś takiego trafić.
Na koniec Tadeusz, zupełnie jak w amerykańskich filmach wyszedł i powiedział parę słów. Do niej, o niej, do jej rodziny. Coś było w tych słowach takiego, że poczułam zapach moich rozmów z Małgosią i popłakałam sobie cichutko jednocześnie słysząc jej głos, że weź już przestań. Chwilami naprawdę była nie do wytrzymania.
Pudełeczko złożone. I już. Jest wolna. Zresztą zawsze była, w tak doskonały sposób.
Wsiadłam z Darkiem do samochodu i gdzieś tam za Raszynem, pomiędzy samochodami skakał sobie czarny balonik. Pewnie jakaś promocja, a my że to znak od Małgosi. Te ludzie to są...
W Wigilię minie rok jak do mnie zadzwoniła, że coś jest źle.
Każdy 17 października będzie wspomnieniem naszej rozmowy.
Nigdy nie znajdę słów, żeby opowiedzieć jaka była.
Czuję się uboższa o to wszystko o czym jeszcze mogłyśmy porozmawiać, ale nie czuję się opuszczona.
Niebawem zasadzę fasolkę.
Jeszcze dziwniejsze było to, że kiedy dostałam wiadomość, że Małgosia umarła nie poczułam nic... Przez sekundę miałam podobne wrażenie do tego, które czasami odczuwam zasypiając - coś jak spadanie.
Może myśląc o tym co godzinę przygotowałam się, a może śmierć nie odbiera obecności, a może jestem pozbawiona czucia.
Wtedy, w tamtą środę spotkałyśmy się u niej całkowicie odmienionej chorobą. Kilka dni później była już w szpitalu na Banacha, pogorszyły się wyniki badań. Poszłam do niej i byłam przekonana, że umiera na moich oczach, ale nie. Jeszcze trafiła do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu i znowu dzięki niej doświadczyłam czegoś, czego zawsze się bałam. Pamiętam, na początku mojej drogi zawodowej, praca w hospicjum wydawała mi się zupełnie poza moimi możliwościami, bo nie udźwignę, bo się boję. A jeszcze wcześniej, od dziecka właściwie, najbardziej bałam się raka.
Tego dnia, którego wyszłam z hospicjum na Krakowskie, Królewski Trakt, w przeddzień Wszystkich Świętych... Samo w sobie to już jest pełne tego z czego Małgosia żartowała... Nieważne.
Więc kiedy stamtąd wyszłam miałam dwie myśli. Może instynktowanie boimy się czegoś co nas spotka w takiej czy innej formie, a może bojąc się tego dajemy szansę Tym z Góry, żeby zainterweniowali dając to i oswajając?
Choroba mojej mamy przygotowała mnie na śmierć Małgosi, a śmierć Małgosi w pewien sposób przygotowuje mnie na śmierć mamy. Takie dziwne koło w czasie i przestrzeni, jak mechanizm zegarka, w którym jeden tryb wspomaga kolejny. Pomiędzy nimi Bożenka.
Nie wierzę w przypadki.
Myśl druga... Dzisiaj nie boję się hospicjum. Mogłabym.
Dziękuję Małgosiu.
Próbowałam pisać na bieżąco, żeby... Nie wiem co ma być po żeby. Pisałam i przestawałam. Znowu chciałam i nie mogłam.
Zachowały się z tego pisania fragmenty.
20 października
Nie umiem się poskładać z jej umieraniem, ciągle i ciągle chcę coś powiedzieć, a ona już nie bardzo może słuchać. Chyba. Nie wiem, nie wiem jak to jest umierać w taki sposób.
Jeszcze trzy tygodnie temu, kiedy u niej byłam, sponiewierna chorobą, wycieńczona, zmieniona nie do poznania była sobą. Niewiele płakałyśmy, troszkę się śmiałyśmy, trzymałyśmy się za ręce bo była zbyt krucha na przytulanie. Głaskałam ją po tych króciuteńkich włosach jak u szczeniaczka, tak mówiła, jak u szczeniaczka. Lewą rękę i pól twarzy odebrał jej udar, jakby raka było mało, choć właściwie to rak wywołał udar. Guzy w mózgu. Domowe hospicjum.
W doskonały sposób pamiętam ją zdrową i mogę przerzucać obrazy, jak zdjęcia w albumie, a sama już nie wiem czy to mi bardziej pomaga, czy przeszkadza.
Wtedy, u niej w domu, żadna z nas nie miała złudzeń, choć nie rozmawiałyśmy w sposób ostateczny, dotykałyśmy tego, lecz jeszcze z jakimś marginesem na czas. Czas, czym to coś w ogóle jest?
- Nie ma we mnie żadnej paniki, nie boję się. Kiedyś myślałam, że gdyby przytrafiła mi się taka sytuacja to zupełnie bym się nie pozbierała, a teraz jestem spokojna.
-Na pewno? Tak?
-Tak, jestem spokojna, tylko wiesz... Szkoda... Tak szybko...
Nie umiałam zatrzymać łez, ona też nie.
- O różnych rzeczach myślę. Najbardziej lubię myśleć o tych dobrych chwilach, ważnych i ty tam jesteś najczęściej. Pamiętaj o tym Gosiaczku. - powiedziała to tak, że od razu wiedziałam, że mam zapamiętać na zawsze - Tylko wiesz, czytać już nie mogę, bo mi litery skaczą przed oczami.
- Przywiozę Ci książki nagrane i będziesz sobie słuchać, chcesz?
- Tak, pewnie, jeśli masz.
- Mam. - skłamałam wiedząc, że nie zgodzi się na kupowanie sobie czegokolwiek - przywiozę Ci w przyszłym tygodniu.
W przyszłym tygodniu. Mnie się kurwa wydawało, że jest jakiś przyszły tydzień. Pojechałam i kupiłam pięć. I takie coś śmieszne, że można sobie swoje imię w doniczce zasadzić, znaczy fasolkę, i to wyrasta i rośnie. Potem wysłałam smsa, żeby jej nie męczyć rozmową, że mam książki i coś jeszcze, ale nie powiem co.
Dzwoniłam i nie odbierała, żadna nowość, czasem nie odbiera, bo śpi, albo jest zmęczona, albo nie ma ochoty.
W końcu odebrała.
Nie wiedziała gdzie jest, czy to dom, czy szpital...
Zadzwoniłam w niedzielę, 17 października, w nasze imieniny, o których dowiedziała się ode mnie. Mogła nie wiedzieć gdzie jest i czy to dzień jej imienin, ale rozmawiałyśmy chyba ponad godzinę, nie liczyłam.
Jeżeli w ogóle może paść między ludźmi w takiej sytuacji wszystko co najważniejsze, to w tej rozmowie nam się udało. Nie wiem czy jeszcze cień podobnej będzie, bo minęły od tego czasu długie dla niej trzy dni.
Wiem, że ludzie się żegnają, ale ja takiego pożegnania wcześniej nie przeżyłam.
Nie mam poczucia, że powiedziałam wszystko, ale wszystkiego nie da się powiedzieć, po prostu się nie da.
- Gdziekolwiek będziesz, będę z tobą.
- Ja też, Gosiaczku.
- Nie stracimy kontaktu kochana, nie stracimy zobaczysz.
- Tak.
- Czy myśmy nie podeszły nazbyt arogancko do czasu?
- Tak, za bardzo arogancko. - to “tak” zabrzmiało bardzo mocno.
- Wiesz, że jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu...
- Gosiaczku, ty...
Ryczymy obie w te głupie słuchawki.
- Chciałabym cię jeszcze zobaczyć.
- Chciałabym cię przytulić. Przyjdę do ciebie.
- Przyjdź.
- Miałyśmy siedzieć razem w górach na starość i z kim ja teraz będę siedzieć? Nie opuścisz mnie, prawda?
- Nie, nie opuszczę.
To są tylko wyrywki. Siedemdziesięciu procent jej słów nie rozumiałam przez ten udar i leki.
21, 22 października
W czwartek poszłam do szpitala.
Spóźniłam się o kilka godzin. Nie, nie umarła. Żyła, ale odleciała daleko i nie ma z nią kontaktu.
Naprawdę sądziłam, że to koniec. Lekarz mówił, że może kilka godzin, może kilka dni. Ścięta lekami cały czas spała, tylko osoby przy jej łóżku się zmieniały.
Jeszcze raz rozmawiałyśmy na Krakowskim. Zawiozłam jej te książki do słuchania i zdobywanego siecią od przyjaciela Mistrza i Małgorzatę. Fasolki nie zabrałam, to nie miało sensu. Postanowiłam zostawić ją u siebie i zasadzić jako znak, symbol.
Cierpiała. Mówiła, że ją boli. Mówiła, że ciągle ktoś przychodzi i ją głaszcze aż głowa od tego boli i pewnie jeszcze od tego guza. Przepraszała za zapach. Znam ją, wiem co ją wnerwiało. Zostawiłam płyty z książkami i Mistrza z Małgorzatą wgranego na iPoda, którego dostałam od Merlota. Światy ludzi przenikają się bez ich udziału...
Powiedziałam, że jeszcze przyjdę. Już nie przyszłam. Kolejny kamyk w uświadamianiu sobie własnego niewolnictwa - umarła dobę przed pierwszym wolnym dniem, w którym miałam możliwość do niej iść. Nie bardzo chciała już odwiedzin, ale jestem pewna, że dla mnie byłby wyjątek. Nie zdążyłam, bo nie miałam kiedy. Absurdalne.
Na pogrzeb Małgosi pojechałam z Darkiem i Magdą, kilka lat temu pracowaliśmy razem i teraz była okazja, żeby znowu razem się spotkać.
Zaproponowałam, żebyśmy kupili białe róże. Bukiet cholera, nie wieniec, bo Gośka śmiechem by nas zabiła widząc jak z poważnymi minami wkraczamy do kościoła niosąc ten wieniec.
Wszyscy z tamtego czasu byli.
Położyłam kwiaty i zobaczyłam, że Krzyś, gosiowy mężczyna siedzi w ławce zupełnie sam, tuż obok tego pudełeczka. Usiadłam obok niego, a Darek obok mnie. Pogłaskałam Krzysia jakbym chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Tylko skąd mogę to wiedzieć?
Msza. Naprawdę piękna, trochę nadęta jak przy pogrzebie, wzniosła i smutna. Chociaż z całą pewnością ten młody ksiądz jej się podobał, a ten drugi, cudzoziemiec, być może Hindus, bardzo śmiesznie czytał po polsku. Tylko jej się mogło coś takiego trafić.
Na koniec Tadeusz, zupełnie jak w amerykańskich filmach wyszedł i powiedział parę słów. Do niej, o niej, do jej rodziny. Coś było w tych słowach takiego, że poczułam zapach moich rozmów z Małgosią i popłakałam sobie cichutko jednocześnie słysząc jej głos, że weź już przestań. Chwilami naprawdę była nie do wytrzymania.
Pudełeczko złożone. I już. Jest wolna. Zresztą zawsze była, w tak doskonały sposób.
Wsiadłam z Darkiem do samochodu i gdzieś tam za Raszynem, pomiędzy samochodami skakał sobie czarny balonik. Pewnie jakaś promocja, a my że to znak od Małgosi. Te ludzie to są...
W Wigilię minie rok jak do mnie zadzwoniła, że coś jest źle.
Każdy 17 października będzie wspomnieniem naszej rozmowy.
Nigdy nie znajdę słów, żeby opowiedzieć jaka była.
Czuję się uboższa o to wszystko o czym jeszcze mogłyśmy porozmawiać, ale nie czuję się opuszczona.
Niebawem zasadzę fasolkę.
2 listopada 2010
Kobiety same
Nie samotne, same czyli takie, które żyją bez mężczyzny z wielu powodów, albo z jednego, czy też bez powodu.
W każdym razie bez.
Zawsze się zastanawiałam skąd w kobietach ten upór i determinacja, żeby wyjść za mąż, żeby ten za mąż utrzymać, choćby nie wiem co niekiedy, i chyba wiem. Trochę oczywiście, nie wszystko. Widzę to tak, że kobieta sama wystawiona jest jak naga w ciemnej ulicy, narażona na ataki bezpośrednie, pośrednie, docinki, przysrywki, oskarżenia. Wobec takiej kobiety ludzie pozwalają sobie na więcej, bo przecież nie wyjdzie samiec i nie przypierdoli kiedy trzeba. Nikt nie powie spadaj, odczep się, nie twoja sprawa, nie pozwalaj sobie. Nikt, chyba że ona sama.
Młode kobiety traktowane są trochę inaczej, jakby w perspektywie ten mężczyzna był, że życie przed nimi, że może urokiem działają. Jeśli bardzo młode, to nie wiadomo czy koleżka nie wyłoni się nagle, w kolejnej sytuacji.
Kobiety nie tak już młode, dojrzałe, w starszym wieku (ale nie babinki - one podlegają ochronie atawistycznej) liczyć mogą na niewiele, o ile dobre ludzkie serca to niewiele. Rzecz w tym, że nie każde ludzkie serce dopuszczane jest do głosu przez właściciela, a coś do powiedzenia ma prawie każdy, zdanie na temat życia i właściwości posunięć, niewłaściwości zachowań itd.
Skoro więc nikt takiej babki nie obroni, to ona się musi nauczyć bronić sama, nie ma wyjścia.
Nie każda umie, ale każda potrafi płakać. Najczęściej w zaciszu swojego domu, żeby nikt nie widział słabości do wykorzystania. Część się stara.
Część robi to znakomicie i z uśmiechem na ustach, lub też ryja rozedrze kiedy trzeba.
Jestem przekonana, a jest to nadzwyczaj smutne przekonanie, że o ile kobieta bez nie nauczy się walczyć o siebie, zginie. Nie, żeby zaraz umarła, tak łatwo się nie umiera, zginie zatruta i zadeptana przez lepiej wiedzących, szerzej rozumiejących, bezrozumnie pieprzących.
Ale powinna wiedzieć taka kobieta, że umiejętność uzyskania przewagi w walce, prestiżu i szacunku jej nie przyniesie, gdyż natychmiast rozgdakają się głosy o jakiejś takiej obleśnej i fuj agresji tych samotnych kobiet, a to wszystko panie z powodu braku chłopa. No.
Ja bym to ujęła tak, że z powodu braku chłopa, to gdaczący pozwalają sobie gdakać, ale to już chyba ujęłam wcześniej.
Wiele razy słyszałam od kobiet po rozstaniu, rozwodzie czyli po przejściach, że tak się cicho robi wokół jakby to Wigilia w Bieszczadach była, że nie bardzo chętnie są widziane towarzysko, że inne kobiety się ich obawiają i myślałam sobie wtf i o co kaman?
Teorie spiskowe mówią, że inne baby siem bojom, że taka im chopa zabierze - to czy ja dobrze patrzę, że wiara w te chopy jakaś taka malińkaja, czy ja źle patrzę?
Inna teoria głosi, że ludzkości nie bardzo zręcznie z taką bez, bo to nie wiadomo o czym gawędzić, bo może o czymś nie wypada, albo co.
Inne kobiety, te rodzinne z dziećmi, jeszcze taka wątpliwość najść może czy jej przykro na widok tych dzieci nie będzie, albo (wersja dla samych, ale z dziećmi - dalej społecznie definiowanych jako same, ciekawostka) czy ona się nie rozpłacze na widok męża. I tu wracamy do teorii spiskowej, bo wiadomo, że płaczącą kobietę mężczyzna chętnie pocieszy i znów home sweet home jesteśmy. Wyłączam z tego mężczyzn alergicznie wprost reagujących na łzy, ale właściwie nie można być pewną czy JEJ łzy jednak go nie poruszą. O.
Kobiety z nikt nie będzie pouczał, a zamężnej to już wcale nie. Kobieta bez traktowana jest jak istota upośledzona w stopniu co najmniej lekkim i jako taka wymaga pewnych instrukcji. Broń Boże uchowaj pomocy! Pouczenia, nauczenia, upomnienia, podejrzliwego spojrzenia, to tak. Wymagania są wysokie i podwyższają się z czasem, czyli w miarę upewniania się okolicznej ludności, że jednak biedaczka sama.
Sprawa jest złożona, reakcje zależą od wieku. I tak:
kobiety:
- młodziutkie mężatki nic nie kumają i jako takie są neutralne;
- mężatki mężowo doświadczone zachowują ostrożność, niektóre jednak patrzą z góry;
- kobiety z maluśkimi dziećmi mają wszystko gdzieś (słusznie) i uśmiechają się do świata;
- kobiety oswojone z byciem mamą patrzą z góry;
- kobiety w wieku średnim też mają gdzieś, chyba że akurat frustracja im narośnie ogólnożyciowa;
- starsze panie zazwyczaj są miłe i ciepło się uśmiechają, chyba że akurat nie.
mężczyźni:
- część patrzy jak tygrys na łanię;
- młodzi olewają (słusznie) bo to nie ich target;
- wieeeeeeeelu żonatych chciałoby się załapać na coś fajnego;
- starsi dzielą się na dwie grupy: uroczych, którzy chętnie pogawędzą ot tak po nic, ale dla umilenia sobie wzajemnie życia i zramolałych, wrednych gości, którzy nie ustąpią póki nie wygłoszą dowolnej mądrości o życiu, ze szczególnym uwzględnieniem powinności (powinna pani, musi pani, dlaczego tak pani to robi kiedy tak nie można, proszę zrobić tak!, tak nie wolno robić!).
Aha. Więc zrozumiałam przyczyny dla jakich kobiety trzymają się mężczyzn bardziej niż niepodległości, one po prostu nie chcą ulec wykluczeniu. Obieg to ważna rzecz, poczucie przynależności jeszcze ważniejsza, a zatem dobrze wbić się pazurami i trzymać, z powodu o wiele smutniejszej alternatywy. Nikt nie chce byc widziany jako niepełnosprawny, niezdolny, marginalny.
Lecz jeśli przyjąć ten sposób widzenia świata, w którym kobieta i mężczyna są sobie naturalnie przeznaczeni i przynależni, to może kobietom tego pozbawionym należy się ogromny szacunek? Bo dają sobie radę, utrzymują się często o wiele wyżej niż tafla jeziora, są dzielne, twórcze w codzienności, potrafią. Niektóre są samotne, niektóre samotność wybierają - różnie bywa. Podobnie jak z mężatkami: część jest szczęśliwa, część tonie w rozpaczy.
Ludzkie przywiązanie do form i uproszczonych sposobów myślenia bywa krzywdzące. Jest krzywdzące. Niesprawiedliwe.
To sprawia, że tak wiele samych musi odnaleźć zbroję, założyć ją i nie dać się z niej wyłuskać, a wy widzicie tylko zimne suki pozbawione najbardziej elementarnych cech kobiety.
Życie, moi państwo, życie. Z koniecznością przystosowania się do ekstremalnych warunków.
W każdym razie bez.
Zawsze się zastanawiałam skąd w kobietach ten upór i determinacja, żeby wyjść za mąż, żeby ten za mąż utrzymać, choćby nie wiem co niekiedy, i chyba wiem. Trochę oczywiście, nie wszystko. Widzę to tak, że kobieta sama wystawiona jest jak naga w ciemnej ulicy, narażona na ataki bezpośrednie, pośrednie, docinki, przysrywki, oskarżenia. Wobec takiej kobiety ludzie pozwalają sobie na więcej, bo przecież nie wyjdzie samiec i nie przypierdoli kiedy trzeba. Nikt nie powie spadaj, odczep się, nie twoja sprawa, nie pozwalaj sobie. Nikt, chyba że ona sama.
Młode kobiety traktowane są trochę inaczej, jakby w perspektywie ten mężczyzna był, że życie przed nimi, że może urokiem działają. Jeśli bardzo młode, to nie wiadomo czy koleżka nie wyłoni się nagle, w kolejnej sytuacji.
Kobiety nie tak już młode, dojrzałe, w starszym wieku (ale nie babinki - one podlegają ochronie atawistycznej) liczyć mogą na niewiele, o ile dobre ludzkie serca to niewiele. Rzecz w tym, że nie każde ludzkie serce dopuszczane jest do głosu przez właściciela, a coś do powiedzenia ma prawie każdy, zdanie na temat życia i właściwości posunięć, niewłaściwości zachowań itd.
Skoro więc nikt takiej babki nie obroni, to ona się musi nauczyć bronić sama, nie ma wyjścia.
Nie każda umie, ale każda potrafi płakać. Najczęściej w zaciszu swojego domu, żeby nikt nie widział słabości do wykorzystania. Część się stara.
Część robi to znakomicie i z uśmiechem na ustach, lub też ryja rozedrze kiedy trzeba.
Jestem przekonana, a jest to nadzwyczaj smutne przekonanie, że o ile kobieta bez nie nauczy się walczyć o siebie, zginie. Nie, żeby zaraz umarła, tak łatwo się nie umiera, zginie zatruta i zadeptana przez lepiej wiedzących, szerzej rozumiejących, bezrozumnie pieprzących.
Ale powinna wiedzieć taka kobieta, że umiejętność uzyskania przewagi w walce, prestiżu i szacunku jej nie przyniesie, gdyż natychmiast rozgdakają się głosy o jakiejś takiej obleśnej i fuj agresji tych samotnych kobiet, a to wszystko panie z powodu braku chłopa. No.
Ja bym to ujęła tak, że z powodu braku chłopa, to gdaczący pozwalają sobie gdakać, ale to już chyba ujęłam wcześniej.
Wiele razy słyszałam od kobiet po rozstaniu, rozwodzie czyli po przejściach, że tak się cicho robi wokół jakby to Wigilia w Bieszczadach była, że nie bardzo chętnie są widziane towarzysko, że inne kobiety się ich obawiają i myślałam sobie wtf i o co kaman?
Teorie spiskowe mówią, że inne baby siem bojom, że taka im chopa zabierze - to czy ja dobrze patrzę, że wiara w te chopy jakaś taka malińkaja, czy ja źle patrzę?
Inna teoria głosi, że ludzkości nie bardzo zręcznie z taką bez, bo to nie wiadomo o czym gawędzić, bo może o czymś nie wypada, albo co.
Inne kobiety, te rodzinne z dziećmi, jeszcze taka wątpliwość najść może czy jej przykro na widok tych dzieci nie będzie, albo (wersja dla samych, ale z dziećmi - dalej społecznie definiowanych jako same, ciekawostka) czy ona się nie rozpłacze na widok męża. I tu wracamy do teorii spiskowej, bo wiadomo, że płaczącą kobietę mężczyzna chętnie pocieszy i znów home sweet home jesteśmy. Wyłączam z tego mężczyzn alergicznie wprost reagujących na łzy, ale właściwie nie można być pewną czy JEJ łzy jednak go nie poruszą. O.
Kobiety z nikt nie będzie pouczał, a zamężnej to już wcale nie. Kobieta bez traktowana jest jak istota upośledzona w stopniu co najmniej lekkim i jako taka wymaga pewnych instrukcji. Broń Boże uchowaj pomocy! Pouczenia, nauczenia, upomnienia, podejrzliwego spojrzenia, to tak. Wymagania są wysokie i podwyższają się z czasem, czyli w miarę upewniania się okolicznej ludności, że jednak biedaczka sama.
Sprawa jest złożona, reakcje zależą od wieku. I tak:
kobiety:
- młodziutkie mężatki nic nie kumają i jako takie są neutralne;
- mężatki mężowo doświadczone zachowują ostrożność, niektóre jednak patrzą z góry;
- kobiety z maluśkimi dziećmi mają wszystko gdzieś (słusznie) i uśmiechają się do świata;
- kobiety oswojone z byciem mamą patrzą z góry;
- kobiety w wieku średnim też mają gdzieś, chyba że akurat frustracja im narośnie ogólnożyciowa;
- starsze panie zazwyczaj są miłe i ciepło się uśmiechają, chyba że akurat nie.
mężczyźni:
- część patrzy jak tygrys na łanię;
- młodzi olewają (słusznie) bo to nie ich target;
- wieeeeeeeelu żonatych chciałoby się załapać na coś fajnego;
- starsi dzielą się na dwie grupy: uroczych, którzy chętnie pogawędzą ot tak po nic, ale dla umilenia sobie wzajemnie życia i zramolałych, wrednych gości, którzy nie ustąpią póki nie wygłoszą dowolnej mądrości o życiu, ze szczególnym uwzględnieniem powinności (powinna pani, musi pani, dlaczego tak pani to robi kiedy tak nie można, proszę zrobić tak!, tak nie wolno robić!).
Aha. Więc zrozumiałam przyczyny dla jakich kobiety trzymają się mężczyzn bardziej niż niepodległości, one po prostu nie chcą ulec wykluczeniu. Obieg to ważna rzecz, poczucie przynależności jeszcze ważniejsza, a zatem dobrze wbić się pazurami i trzymać, z powodu o wiele smutniejszej alternatywy. Nikt nie chce byc widziany jako niepełnosprawny, niezdolny, marginalny.
Lecz jeśli przyjąć ten sposób widzenia świata, w którym kobieta i mężczyna są sobie naturalnie przeznaczeni i przynależni, to może kobietom tego pozbawionym należy się ogromny szacunek? Bo dają sobie radę, utrzymują się często o wiele wyżej niż tafla jeziora, są dzielne, twórcze w codzienności, potrafią. Niektóre są samotne, niektóre samotność wybierają - różnie bywa. Podobnie jak z mężatkami: część jest szczęśliwa, część tonie w rozpaczy.
Ludzkie przywiązanie do form i uproszczonych sposobów myślenia bywa krzywdzące. Jest krzywdzące. Niesprawiedliwe.
To sprawia, że tak wiele samych musi odnaleźć zbroję, założyć ją i nie dać się z niej wyłuskać, a wy widzicie tylko zimne suki pozbawione najbardziej elementarnych cech kobiety.
Życie, moi państwo, życie. Z koniecznością przystosowania się do ekstremalnych warunków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)