Dorasta hip hop polski, ale przecież nie ze mną. Możliwe są dwa rozwiązania: albo ja się cofam, co się w psychologii ładnie nazywa regresem (zapewne, żeby cofającym się nie było zanadto przykro), albo oni dojrzewają szybko.
Mój dawny tekst pod wiele mówiącym tytułem “Mój rap, nie moja rzeczywistość” dzisiaj musiałby nosić tytuł powyższy.
Uzasadnienie tej śmiałej tezy odnaleźć będzie można już za chwileczkę, już za momencik. Się piszą literki... Yoł!
Jestem leniwa do nieprzytomności, przekładam i odkładam pomysły, aż w końcu pierwotne motywacje stają się bezprzedmiotowe i trzeba szukać nowych, o ile dostrzegę jakikolwiek sens w powracaniu do tematu wcześniej wydającego się nieprawdopodobnie nośnym.
I tak właśnie wiele miesięcy temu powiedziałam Pino głosem tajemniczym, że zarażę ją jedną płytą. Nooo taaaak... Czasu upłynęło na tyle w rzekach rozmaitych, że tę motywację muszę odrzucić ze względu na fakt, że płytę wzmiankowaną dostarczył jej Mikołaj i szyki mi popsuł. Wot, malińkaja przykrosć.
Za to Dorcia odkopała archiwalny tekst własny, który zamieszczonym będąc na zapomnianym już przez Boga i ludzi tekstowisku, furorę zrobił...
Se myślę: O!
Ja wiem, że normalny człowiek nie nazwie tego myślą, ale ja nie za bardzo normalna jestem i wiele osób może to potwierdzić, zatem O! za myśl uznaję.
Pomyślałam więc krótko i mi się przypomniało, że mój tekst o polskim hip hopie, zamieszczony dawno, i pogrzebany wraz z portalem, czyli fochami adminów, też zrobił niejaką karierę.
O! - no, dobrze...
Jednego dnia pewnego, czy też pewnego dnia jednego, albo dawno... dawno... temu... Tak czy owak Zbigniew Nowak... Wracałam z pracy z jednym magistrem i on włączył tę płytę. Trasa nie była zbyt długa, a muzyka zupełnie mnie wchłonęła. Żeby więc pozbyć się mnie z samochodu, magister obiecał dostarczyć mi płytę, żebym mogła wchłaniać, pochłaniać i nasycać się do woli w zaciszu domowego, za przeproszeniem, ogniska.
Jak powiedział tak zrobił, ku mojemu bezbrzeżnemu szczęściu.
Od tego czasu TRIP jest ze mną wszędzie, tak na wszelki wypadek, jakby mnie naszło. Nachodzi często.
Intro dopadło mnie przy pierwszym, prywatnym przesłuchaniu na ulicy. Niedobrze. W tym znaczeniu, że to nie bardzo wypada kobiecie w moim wieku rechotać publicznie bez sensownego wyjaśnienia. Chrzanić!
ona zaskakuje
jest inna
jest inna niż wszystkie
Nic chłopak nie kłamie, a to w dzisiejszym świeci spotykane jest jakże jakże.
Ostatnie nutki i kiedy on mówi 5... 2... i ta moc muzyki... Pycha!
Ta płyta, jest inna niż wszystkie ich poprzednie. Dla na przykładu różnicującego zamieszczam sztandar sprzed kilku lat:
Nie lubiłam tego kawałka, chociaż kilka myśli prawdziwych w nim jest, ale miał w sobie przedziwny prymitywizm. Jak gdyby odtwarzali naskórkowe stereotypy. Duszy w tym nie ma, czy jak?
No nie wiem, nie lubiłam tego kawałka.
Teraz proszę się trzymać, zapiąć pasy i koniecznie wysłuchać. Bez wysłuchania czytanie tego tekstu nie ma sensu.
Najpierw pokochałam Belissimo. Kojarzy mi się z zaplataniem słów w kilimek, co lubię nadzwyczajnie. Jak wysłuchałam całości po wielokroć, zrozumiałam że to jest to, co tę płytę stwarza w niezwykłość.
Potem był list otwarty do Prezesa. Nie pisuję listów otwartych, do tych z Góry w szczególności. Sami wiedzą. Czekam sobie, może nawet i cierpliwie, albo coraz bardziej cicho.
Zbyt dużo lubię za nadzieję w sytuacjach, które wydają się beznadziejne. A proszę, mężczyzna napisał takie coś.
I przyszedł ten dzień, w którym zupełnie na łopatki powaliło mnie Spadam. Każde słowo ma znaczenie. Mistrzostwo poezji Smutku. Trzeba bardzo uważnie słuchać.
Stoję niemy
między brukiem, a wiecznie błękitnym niebem
Jeszcze coś... Piśniczka o nas wszystkich. W każdym razie tak o nas wszystkich myślę. Wydaje mi się, że jestem inna, ale pewnie jestem właśnie taka jak każdy. Lubię wierzyć w swoją wyjątkowość, ale kto nie lubi?
Uciekamy...
Bujający się rytm, wciąga mnie zgodnie z założeniem magistra wprowadzającego.
No. To sobie napisałam i posłuchałam przy okazji.
Jest jeszcze coś... Ktoś... Jeden hip hopowy utwór, który znalazł się w podręczniku gimnazjalnym. Serio serio. Tekst Eldo trafił do podręcznika dla młodzieży. Młodzież się cieszy w sieci, a ja się młodzieży nie dziwię.
Z nimi się cieszę, bo to jest kawałek niosący Moc. Słyszałam jeszcze inne, Paktofoniki na przykład, ale początek jest tylko tym czym jest.
stałem nad grobem koleżki, z którym w swoim pokoju nagrywałem pierwsze wersy
są takie rzeczy, których chciałbym nie widzieć
nie prosić Boga, by następny dzień mógł ulgę przynieść
...
i gdy będę odchodził, to powiem jak Stachura,
niech żyje życie,
niech żyje
...
w życiu tak mało mamy czasu na modlitwę
naprawdę chowamy się za pozorów kurtynę.
Nie umiem spisywać wszystkiego, co w mojej głowie się kłębi
więc niech cudze słowa dotrą do waszej głębi.
Mój rap i moja rzeczywistość.
Ze specjalną dedykacją dla Pino i Grzesia, który nie lubi hip hopu.
9 stycznia 2011
4 stycznia 2011
Gretchen w Publicznej Służbie: Koniec
Czas zatoczył moje ulubione koło - to jest zdanie końcowe tekstu, który właśnie się zaczyna więc lepiej jest pisać od początku do końca, a nie od końca do początku.
Wielkie zmiany na naszym Posterunku!
Nastał Nowy Szef, który jak sama nazwa wskazuje jest mężczyzną czy raczej osobnikiem męskiej płci, co już dało się odczuć.
W postaci noworocznej niespodzianki wystąpiła też Kobieta Rejestrująca, jak najbardziej z polecenia Derekcji i chociaż właściwie niepotrzebna to nagle znalazł się dla niej etat, którego wcześniej nie było ani dla Oli, ani dla Dominika.
Można też powiedzieć, że nasz Posterunek ma do zaoferowania wiele etatów wcześniej nieosiągalnych, gdyż nadejść ma jeszcze jeden nowy pracownik.
Zapewne to są te cuda, o których ludzie od stuleci mówią, że pojawiają się w okolicy Bożego Narodzenia.
Ola i Dominik zatrudnieni byli przez lata pańskie trzy (cyfrowo: 3) na umowę zlecenie z powodu braku etatów i za godzinę swojej pracy zarabiali 16 złotych (słownie: szesnaście złotych / zero groszy), więc przecież nie można nagłego pojawienia się etatów tłumaczyć inaczej niż bożonarodzeniowym cudem.
Co prawda gdzieś tam, ktoś bardzo złośliwy i nieżyczliwy, mógłby wspomnieć o nagłym przyroście zatrudnianych przez Derekcję członków własnej rodziny i powinowatych też, ale bez wątpienia to zazdrość i złe ludzkie języki. Przecież to zupełnie normalne, a tak wieść gminna niesie, że oficjalnie się mówi do rozmaitych odłamów rozrastającej się Derekcji Pani Derekcjo, a mniej oficjalnie ciociu, mamo... Urocza ta dbałość o własną rodzinę, rodzinę tak w Polsce ważną.
Dominik zwolnił się z końcem roku, więc już go nie ma, a Oli właśnie zaproponowano etat - alleluja! (to tak na wyrost, dla uczczenia Świąt Wielkiej Nocy). Dziewczyna weźmie, bo co prawda ma inne plany zawodowe, ale co jej szkodzi. Mówię jej Olka ugrzęźniesz tu i się nie ruszysz, a ta mi na to, że nie. No dobra, to nie. Nie moja rzecz.
Łatwo policzyć, że od ręki mamy trzy etaty, a nie było ich. Normalnie nie było.
Najlepsza Szefowa cieszy się, że nie prowadzi już tego zabździanego Posterunku, dodatkowo zajmując się pochówkiem swojej matki. Swoją drogą o tej sprawie będzie jeszcze zapewne głośno, a jak nie będzie to sama napiszę jako kolejną odsłonę opowieści o chorej zdrowia służbie. Zabździanej.
Co do mnie to mam dzisiaj dzień chwały i wolności. Nowy Szef przyniósł wiadomość, że Derekcja zgodziła się na mój jakże pięknie okrojony etat, co zaowocuje zwolnieniem Gretchen z żelaznego uścisku Publicznej Służby!
Postanowiłam zachować cztery dziesiąte dla tych moich pacjentów, którzy nie są w stanie płacić, a także dla tych co się pojawią z powodu, że nie są w stanie płacić.
Te cztery dziesiąte zawrotnej pensji pozwolą mi zapłacić składkę kolejnemu pięknej urody zjawisku jakim jest ZUS. Albo kurka źle policzyłam, to wtedy się zwolnię całkiem, a okres wypowiedzenia, pozostając w mocy, zmusi mnie do pracowania te dwa razy w tygodniu. Jednym słowem: rewelacja.
Od razu nabrałam dystansu i mogę się uśmiechać. Niby jeszcze nic się nie zmieniło, a jakby wszystko się zmieniło.
W myślach organizuję i urządzam, mój i Najlepszej Szefowej, gabinet prywatny ciesząc się, że jedyne problemy jakie mamy na tym etapie ograniczają się do koloru dominującego. Ona jest za zielonym, bo to najpiękniejszy kolor, ja za czerwonym z analogicznych powodów. Myślę, że jakoś się porozumiemy, tak przeczuwam. Zwłaszcza, że pokoje mamy dwa i każda se może jak zechce w ramach tolerancji właściciela mieszkania.
To nie jest tak, że się nie boję... Chwilami boję się jak jasna cholera, bo od za miesiąc będę o wszystko troszczyć się sama. Może to żadne zaskoczenie w moim przypadku, ale pozbawiam się stałego źródła dochodu zapewniającego mi bezpieczeństwo ekonomiczne.
Ale...
Nie chcę być niewolnikiem, który ma tańczyć jak zasuszony gracz zagra. W dodatku fałszywie. Derekcja, z którą rozmawiałam ostatnio buńczucznie mi wysylabizowała, że w tym roku z dotacji miejskiej nie będzie już proszę pani takich stawek - lekarz na dyżurze dostaje mniej. I gdybym była już wolnym człowiekiem to powiedziałabym, żeby przestała jaja sobie robić, bo jak sama zauważyła mam wykształcenie prawnicze i może na tym poprzestańmy zanim pogrążę ich wszystkich w otchłani kontroli.
Ugryzłam się w swój niewyparzony jęzor, a niezbyt często to robię. Zawsze mogę go rozpuścić i wtedy biada im biada.
Nie chcę firmować sobą tej żenującej Publicznej Służby, bo widzę dokąd to zmierza i na czym polega. Syf, po prostu syf. I tak alkoholicy mają wypas po pachy jak na warunki ogólne, ale to już doprawdy jest poniżej mojej godności. Nie da się opisac jak to wszystko działa, za dużo niuansów, ale taki prosty przykład z brzegu: Nowy Szef dzisiaj powiedział jednej mojej koleżance z Posterunku, że trzeba zmienić zasady pracy, bo u nas nie ma kolejek w korytarzu, co zauważyła odnoga Derekcji przy wizytacji. Z tego Derekcja wysnuła wniosek, znaczy z braku kolejek w korytarzu, że terapeuci nie są dostępni w godzinach pracy terapeutów. Na co Nowy Szef reaguje biegunką poniekąd profesjonalną. To co napisałam jest dla mnie jasne, a dla kogoś poza mną? No właśnie...
Ta pieprzona Publiczna Służba nie umie się zdefiniować bez kolejki do gabinetu! Nie umie i już. Na nic wyjaśnienia, że pacjent jest umawiany na godzinę, że nie ma terminu oczekiwania dłuższego niż tydzień (polecam uwadze zapisy do dowolnego innego specjalisty). Wszystko na nic, bo nie ma kolejki. A jak nie ma kolejki, to znaczy nie ma pracowników. Skoro nie ma pracowników to za co się im płaci?
I tak biegamy ze z Maciejem wkółko.
Mogłabym pisać o specyfice pacjenta uzależnionego, który jednego dnia się zapisze gdyż piszczy z bólu, ale za trzy dni dojdzie do wniosku na co mi to?
Mogłabym pisać i krzyczeć, a nawet gdakać o całkowitym niezrozumieniu Derekcji dla tego czym my właściwie się zajmujemy.
Ale po co? Kiedy zaraz już zasiądę w przepięknych okolicznościach Starej Ochoty, żeby normalnie ludziom pomagać? Bez wszystkich durnych ograniczeń, wymagań i na swoich zasadach.
Nigdy nie chciałam robić nic innego jak pomaganie ludziom, w tej być może niedoskonałej metodzie, którą jest psychoterapia będąca jedną z najpiękniejszych i najbardziej skutecznych. Natomiast nie chcę być wydupkiem systemu, który za chwilę zeżre własny ogon, czy tam coś.
Czas zatoczył moje ulubione koło. Daję sobie wolność w tym samym dniu, w którym kilka lat temu z ufnością dziecka podpisałam cyrograf.
Yupi Yupi Na Na Na Na!
Wielkie zmiany na naszym Posterunku!
Nastał Nowy Szef, który jak sama nazwa wskazuje jest mężczyzną czy raczej osobnikiem męskiej płci, co już dało się odczuć.
W postaci noworocznej niespodzianki wystąpiła też Kobieta Rejestrująca, jak najbardziej z polecenia Derekcji i chociaż właściwie niepotrzebna to nagle znalazł się dla niej etat, którego wcześniej nie było ani dla Oli, ani dla Dominika.
Można też powiedzieć, że nasz Posterunek ma do zaoferowania wiele etatów wcześniej nieosiągalnych, gdyż nadejść ma jeszcze jeden nowy pracownik.
Zapewne to są te cuda, o których ludzie od stuleci mówią, że pojawiają się w okolicy Bożego Narodzenia.
Ola i Dominik zatrudnieni byli przez lata pańskie trzy (cyfrowo: 3) na umowę zlecenie z powodu braku etatów i za godzinę swojej pracy zarabiali 16 złotych (słownie: szesnaście złotych / zero groszy), więc przecież nie można nagłego pojawienia się etatów tłumaczyć inaczej niż bożonarodzeniowym cudem.
Co prawda gdzieś tam, ktoś bardzo złośliwy i nieżyczliwy, mógłby wspomnieć o nagłym przyroście zatrudnianych przez Derekcję członków własnej rodziny i powinowatych też, ale bez wątpienia to zazdrość i złe ludzkie języki. Przecież to zupełnie normalne, a tak wieść gminna niesie, że oficjalnie się mówi do rozmaitych odłamów rozrastającej się Derekcji Pani Derekcjo, a mniej oficjalnie ciociu, mamo... Urocza ta dbałość o własną rodzinę, rodzinę tak w Polsce ważną.
Dominik zwolnił się z końcem roku, więc już go nie ma, a Oli właśnie zaproponowano etat - alleluja! (to tak na wyrost, dla uczczenia Świąt Wielkiej Nocy). Dziewczyna weźmie, bo co prawda ma inne plany zawodowe, ale co jej szkodzi. Mówię jej Olka ugrzęźniesz tu i się nie ruszysz, a ta mi na to, że nie. No dobra, to nie. Nie moja rzecz.
Łatwo policzyć, że od ręki mamy trzy etaty, a nie było ich. Normalnie nie było.
Najlepsza Szefowa cieszy się, że nie prowadzi już tego zabździanego Posterunku, dodatkowo zajmując się pochówkiem swojej matki. Swoją drogą o tej sprawie będzie jeszcze zapewne głośno, a jak nie będzie to sama napiszę jako kolejną odsłonę opowieści o chorej zdrowia służbie. Zabździanej.
Co do mnie to mam dzisiaj dzień chwały i wolności. Nowy Szef przyniósł wiadomość, że Derekcja zgodziła się na mój jakże pięknie okrojony etat, co zaowocuje zwolnieniem Gretchen z żelaznego uścisku Publicznej Służby!
Postanowiłam zachować cztery dziesiąte dla tych moich pacjentów, którzy nie są w stanie płacić, a także dla tych co się pojawią z powodu, że nie są w stanie płacić.
Te cztery dziesiąte zawrotnej pensji pozwolą mi zapłacić składkę kolejnemu pięknej urody zjawisku jakim jest ZUS. Albo kurka źle policzyłam, to wtedy się zwolnię całkiem, a okres wypowiedzenia, pozostając w mocy, zmusi mnie do pracowania te dwa razy w tygodniu. Jednym słowem: rewelacja.
Od razu nabrałam dystansu i mogę się uśmiechać. Niby jeszcze nic się nie zmieniło, a jakby wszystko się zmieniło.
W myślach organizuję i urządzam, mój i Najlepszej Szefowej, gabinet prywatny ciesząc się, że jedyne problemy jakie mamy na tym etapie ograniczają się do koloru dominującego. Ona jest za zielonym, bo to najpiękniejszy kolor, ja za czerwonym z analogicznych powodów. Myślę, że jakoś się porozumiemy, tak przeczuwam. Zwłaszcza, że pokoje mamy dwa i każda se może jak zechce w ramach tolerancji właściciela mieszkania.
To nie jest tak, że się nie boję... Chwilami boję się jak jasna cholera, bo od za miesiąc będę o wszystko troszczyć się sama. Może to żadne zaskoczenie w moim przypadku, ale pozbawiam się stałego źródła dochodu zapewniającego mi bezpieczeństwo ekonomiczne.
Ale...
Nie chcę być niewolnikiem, który ma tańczyć jak zasuszony gracz zagra. W dodatku fałszywie. Derekcja, z którą rozmawiałam ostatnio buńczucznie mi wysylabizowała, że w tym roku z dotacji miejskiej nie będzie już proszę pani takich stawek - lekarz na dyżurze dostaje mniej. I gdybym była już wolnym człowiekiem to powiedziałabym, żeby przestała jaja sobie robić, bo jak sama zauważyła mam wykształcenie prawnicze i może na tym poprzestańmy zanim pogrążę ich wszystkich w otchłani kontroli.
Ugryzłam się w swój niewyparzony jęzor, a niezbyt często to robię. Zawsze mogę go rozpuścić i wtedy biada im biada.
Nie chcę firmować sobą tej żenującej Publicznej Służby, bo widzę dokąd to zmierza i na czym polega. Syf, po prostu syf. I tak alkoholicy mają wypas po pachy jak na warunki ogólne, ale to już doprawdy jest poniżej mojej godności. Nie da się opisac jak to wszystko działa, za dużo niuansów, ale taki prosty przykład z brzegu: Nowy Szef dzisiaj powiedział jednej mojej koleżance z Posterunku, że trzeba zmienić zasady pracy, bo u nas nie ma kolejek w korytarzu, co zauważyła odnoga Derekcji przy wizytacji. Z tego Derekcja wysnuła wniosek, znaczy z braku kolejek w korytarzu, że terapeuci nie są dostępni w godzinach pracy terapeutów. Na co Nowy Szef reaguje biegunką poniekąd profesjonalną. To co napisałam jest dla mnie jasne, a dla kogoś poza mną? No właśnie...
Ta pieprzona Publiczna Służba nie umie się zdefiniować bez kolejki do gabinetu! Nie umie i już. Na nic wyjaśnienia, że pacjent jest umawiany na godzinę, że nie ma terminu oczekiwania dłuższego niż tydzień (polecam uwadze zapisy do dowolnego innego specjalisty). Wszystko na nic, bo nie ma kolejki. A jak nie ma kolejki, to znaczy nie ma pracowników. Skoro nie ma pracowników to za co się im płaci?
I tak biegamy ze z Maciejem wkółko.
Mogłabym pisać o specyfice pacjenta uzależnionego, który jednego dnia się zapisze gdyż piszczy z bólu, ale za trzy dni dojdzie do wniosku na co mi to?
Mogłabym pisać i krzyczeć, a nawet gdakać o całkowitym niezrozumieniu Derekcji dla tego czym my właściwie się zajmujemy.
Ale po co? Kiedy zaraz już zasiądę w przepięknych okolicznościach Starej Ochoty, żeby normalnie ludziom pomagać? Bez wszystkich durnych ograniczeń, wymagań i na swoich zasadach.
Nigdy nie chciałam robić nic innego jak pomaganie ludziom, w tej być może niedoskonałej metodzie, którą jest psychoterapia będąca jedną z najpiękniejszych i najbardziej skutecznych. Natomiast nie chcę być wydupkiem systemu, który za chwilę zeżre własny ogon, czy tam coś.
Czas zatoczył moje ulubione koło. Daję sobie wolność w tym samym dniu, w którym kilka lat temu z ufnością dziecka podpisałam cyrograf.
Yupi Yupi Na Na Na Na!
1 stycznia 2011
2010/2011
Początek sezonu grzewczego objawił się w mojej wysokiej wieży zimnymi kaloryferami, co ignorowałam starannie i konsekwentnie, lecz jak się mieszka w wieży uwzględnić należy zmienność wiatru. Zwłaszcza zimą bywa owa zmienność nieprzyjemną, gdyż ciepła dotąd kryjówka zmienia się nieprzychylnie zimną. To zmobilizowało mnie to zawezwania pana. Pan przyszedł i struchał na widok mojego pałającego żądzą mordu psa, choć po chwili okazało się, że pan ma kliniczny lęk przed psami z powodu pogryzienia w dzieciństwie. Uznałam, że pan nie jest rasistą w tej mierze, po prostu boi się psów. Zdarza się. W czasie wykonywanie obowiązków służbowych prowadziliśmy sobie uroczą pogawędkę kynologiczną w czasie której pan uznał, że pudelek byłby lepszy, a poza tym nie rozumie dlaczego młodzi ludzie trzymają takie bestie w domu.
Bestia siedziała usmyczona tuż przy mojej nodze i dziwiła się światu, że ktoś w tym domu wspomina o pudlach i co to w ogóle jest taki pudel, ale jak wiadomo amstaff pudla nie zrozumie i odwrotnie. Próbowałam panu wyjaśnić, że to jest nadzwyczajnie dobry pies, ale pan wierzy mediom i zasłania się torbą z narzędziami. Wygłosił też takie zdanie: wie pani, pies to tylko zwierzę i nigdy nie wiadomo, to tak jak z człowiekiem, co też może się w ludzkiej głowie zrodzić i do jakiego nieszczęścia doprowadzić...
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym nigdy nie popadła w taki lęk przed światem, by widzieć w nim tylko zagrożenie, zło, zbrodnie i nieszczęścia.
Niedawno Najlepsza Szefowa abdykowała po siedmiu czy ośmiu latach niezwykłego prowadzenia naszego Posterunku i nikt się nie zająknął nawet o tem. Przyszedł nowy dowódca, dość ślamazarny jak się zdaje i nadal nikt Najlepszej Szefowej nie powiedział jednego słowa. Na przykład dziękuję.
W tym tygodniu zmarła mama Najlepszej Szefowej i może widać było jakieś poruszenie, ale nie słyszałam, żeby ktoś zaproponował zbiórkę pieniędzy na kwiaty, które można byłoby złożyć w czasie pogrzebu. Widziałam za to zaciętość, widzenie nie dalej jak do końca własnego nosa i takie tam.
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym przenigdy nie traciła z oczu człowieka i swojej wrażliwości, która być może wielokrotnie doprowadza mnie na skraj przepaści, ale wolę tak. I żebym umiała ją okazywać innym.
Godzinę temu wzięłam psa na tradycyjny nocny spacer, a że mieszkam w pobliżu klubu to zderzyłam się ze światem sylwestrowej imprezy. Zataczamy z Gretą koła na trawniku aktualnie pokrytym śniegiem i lodem, ja w nadziei na szybkie załatwienie sprawy, Greta w nadziei na znalezienie kawałka bułeczki do zjedzenia. Wtem, krokiem chwiejnem, wyłania się postać kobieca w sukience czarnej na ramiączkach cieniutkich i łka. Normalnie łka w głos. Dłońmi zasłania twarz i łzy się leją rzęsiste. Wysokie ma obcasy doczepione do butów, a jest ślisko. No w ogóle jest zimno, ślisko i nie za bardzo na takie wycieczki w takim stroju, ale ja rozumiem jak to jest jak kobietę najdzie na płacz. Nic się nie liczy. No i niby nie wiem z jakiego powodu ona tak, ale dziwnie się domyślam.
Więc na ten rok nowy życzę sobie nie płakać z takich powodów, czy też takiego powodu. Mogę oczywiście życzenie rozszerzyć, żeby nie płakać w tym roku wcale, bo niby czemu nie rozszerzyć skoro to są życzenia? Rozszerzam.
Bez cienia fałszywego wstydu mogę powiedzieć, że życzę sobie dobrze i to nie tylko na ten rok, ale na ten szczególnie. Poprzednik dał do pieca równo i solidnie. Naiwnie myślałam, że poprzednik poprzednika wyczerpał limit, ale gdzieżby tam.
To był straszny rok. Przerażający.
Byliście kiedyś u astrologa? Mniejsza z tym czy byliście, to tylko taki wstęp do wyznania, że ja byłam. W kwietniu?
Pierwszy kwadrans minął na tym, że pani mówiła mniej więcej tak: trudne pani miała życie i teraz jest bardzo trudno. Wszystkie stare sprawy się postanowiły zamknąć i wiele osób z przeszłości do pani wraca i będzie wracać. Poza tym Pluton wszedł w pani zasięg i siedzi na plecach, i posiedzi do końca roku. Trochę odpuści w czasie wakacji, ale proszę nie dać się zwieść, uderzy znowu pod koniec roku. Wszystko się musi podomykać i to potrwa. Boże! Do pani ciągną sami poparpani mężczyźni! Nie chodzi o panią, chodzi o to co pani może dać, żeby można było iść dalej. Oczywiście już bez pani. Ktoś bliski choruje... Niedobrze to wygląda... Możliwe, że gdzieś tak w listopadzie, grudniu... Niekoniecznie, ale może się to zakończyć śmiercią. Coś się dzieje też w pracy. Niedługo będzie pani miała już kompletnie dość i podejmie pani decyzję o odejściu, ale zdecydują przyczyny zupełnie inne niż teraz się wydaje, bo ostateczny cios dostanie pani od środka.
W końcu trochę się wkurzyłam i postanowiłam zapytać czy są dla mnie jakieś dobre wiadomości, bo póki co ciemność widzę, widzę ciemność. Okazało się, że są. Nie może to być! A jednak!
Alora, życzę sobie, żeby to się spełniło. Skoro spełnił się zapluty Pluton...
Zamknęłam te stare sprawy, które wracały bez mojego zaproszenia. Zamknęłam milczeniem, nie wchodzeniem w zaczepki, zamknęłam dając odgłos paszczą. Dobrze. Mam nadzieję, że to już wszystkie.
Podjęłam decyzje zawodowe.
Pożegnałam Małgosię w jej dotychczasowym kształcie.
Poradziłam sobie żyjąc z połamanymi kończynami.
Ale w tym roku zdarzyły się też rzeczy miłe. Pojawiła się Greta, która jest wielkim i cudownym przyjacielem, nieco jeszcze szczeniakowatym, ale w końcu ma tylko siedem miesięcy. Obawiam się, że byłam w jej wieku zdecydowanie głupsza. Wszyscy rwący włosy z głowy, że chyba zupełnie zwariowałam i rozum mi odjęło ostatecznie, dzisiaj ją kochają i wzajemnie zresztą.
Spełniłam swoje marzenie o amstaffie. Sama i na własną odpowiedzialność. Było warto.
Pojawili się nowi ludzie, którzy stali się bliscy.
Przekonałam się, że powodzi konformizmu nie można ulegać, bo jednak znajdzie się jeszcze ktoś, kto jasno powie co myśli.
Doświadczam tego z jaką siłą dobre intencje wracają.
Spędziłam kolejne Święta z mamą.
Mieszkam u siebie i to nic, że miejsca tu nie jest zbyt wiele, ale wystarczająco jest, i pięknie. Bardzo lubię tę moją wieżę. Zwłaszcza po wizycie pana, bo grzejniki dają aż strach.
Ludkowie się dobrze czują w tej mojej przestrzeni.
Miejcie się dobrze w tym nowym roku, który tak wiele przyniesie. Smakujcie dobrego i nie dajcie się trudnościom. Smak życia jest i w jednym, i w drugim.
Szczęśliwie Ci z Góry dają nam jednak tę Moc na wyposażeniu, żeby się nie dać, nie spopielić, nie zapomnieć ścieżki powrotnej.
To jest tylko blog, ale w tym roku to było szczególne, że byliście w moim powichrowanym mikrokosmosie, oddawanym przy pomocy literek wystukiwanych na klawiaturze. Dziękuję za to. I za każde słowo, które było sygnałem, że po drugiej stronie jest ktoś, i że nie mówię w próżnię.
Bestia siedziała usmyczona tuż przy mojej nodze i dziwiła się światu, że ktoś w tym domu wspomina o pudlach i co to w ogóle jest taki pudel, ale jak wiadomo amstaff pudla nie zrozumie i odwrotnie. Próbowałam panu wyjaśnić, że to jest nadzwyczajnie dobry pies, ale pan wierzy mediom i zasłania się torbą z narzędziami. Wygłosił też takie zdanie: wie pani, pies to tylko zwierzę i nigdy nie wiadomo, to tak jak z człowiekiem, co też może się w ludzkiej głowie zrodzić i do jakiego nieszczęścia doprowadzić...
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym nigdy nie popadła w taki lęk przed światem, by widzieć w nim tylko zagrożenie, zło, zbrodnie i nieszczęścia.
Niedawno Najlepsza Szefowa abdykowała po siedmiu czy ośmiu latach niezwykłego prowadzenia naszego Posterunku i nikt się nie zająknął nawet o tem. Przyszedł nowy dowódca, dość ślamazarny jak się zdaje i nadal nikt Najlepszej Szefowej nie powiedział jednego słowa. Na przykład dziękuję.
W tym tygodniu zmarła mama Najlepszej Szefowej i może widać było jakieś poruszenie, ale nie słyszałam, żeby ktoś zaproponował zbiórkę pieniędzy na kwiaty, które można byłoby złożyć w czasie pogrzebu. Widziałam za to zaciętość, widzenie nie dalej jak do końca własnego nosa i takie tam.
Na ten nowy rok życzę sobie, żebym przenigdy nie traciła z oczu człowieka i swojej wrażliwości, która być może wielokrotnie doprowadza mnie na skraj przepaści, ale wolę tak. I żebym umiała ją okazywać innym.
Godzinę temu wzięłam psa na tradycyjny nocny spacer, a że mieszkam w pobliżu klubu to zderzyłam się ze światem sylwestrowej imprezy. Zataczamy z Gretą koła na trawniku aktualnie pokrytym śniegiem i lodem, ja w nadziei na szybkie załatwienie sprawy, Greta w nadziei na znalezienie kawałka bułeczki do zjedzenia. Wtem, krokiem chwiejnem, wyłania się postać kobieca w sukience czarnej na ramiączkach cieniutkich i łka. Normalnie łka w głos. Dłońmi zasłania twarz i łzy się leją rzęsiste. Wysokie ma obcasy doczepione do butów, a jest ślisko. No w ogóle jest zimno, ślisko i nie za bardzo na takie wycieczki w takim stroju, ale ja rozumiem jak to jest jak kobietę najdzie na płacz. Nic się nie liczy. No i niby nie wiem z jakiego powodu ona tak, ale dziwnie się domyślam.
Więc na ten rok nowy życzę sobie nie płakać z takich powodów, czy też takiego powodu. Mogę oczywiście życzenie rozszerzyć, żeby nie płakać w tym roku wcale, bo niby czemu nie rozszerzyć skoro to są życzenia? Rozszerzam.
Bez cienia fałszywego wstydu mogę powiedzieć, że życzę sobie dobrze i to nie tylko na ten rok, ale na ten szczególnie. Poprzednik dał do pieca równo i solidnie. Naiwnie myślałam, że poprzednik poprzednika wyczerpał limit, ale gdzieżby tam.
To był straszny rok. Przerażający.
Byliście kiedyś u astrologa? Mniejsza z tym czy byliście, to tylko taki wstęp do wyznania, że ja byłam. W kwietniu?
Pierwszy kwadrans minął na tym, że pani mówiła mniej więcej tak: trudne pani miała życie i teraz jest bardzo trudno. Wszystkie stare sprawy się postanowiły zamknąć i wiele osób z przeszłości do pani wraca i będzie wracać. Poza tym Pluton wszedł w pani zasięg i siedzi na plecach, i posiedzi do końca roku. Trochę odpuści w czasie wakacji, ale proszę nie dać się zwieść, uderzy znowu pod koniec roku. Wszystko się musi podomykać i to potrwa. Boże! Do pani ciągną sami poparpani mężczyźni! Nie chodzi o panią, chodzi o to co pani może dać, żeby można było iść dalej. Oczywiście już bez pani. Ktoś bliski choruje... Niedobrze to wygląda... Możliwe, że gdzieś tak w listopadzie, grudniu... Niekoniecznie, ale może się to zakończyć śmiercią. Coś się dzieje też w pracy. Niedługo będzie pani miała już kompletnie dość i podejmie pani decyzję o odejściu, ale zdecydują przyczyny zupełnie inne niż teraz się wydaje, bo ostateczny cios dostanie pani od środka.
W końcu trochę się wkurzyłam i postanowiłam zapytać czy są dla mnie jakieś dobre wiadomości, bo póki co ciemność widzę, widzę ciemność. Okazało się, że są. Nie może to być! A jednak!
Alora, życzę sobie, żeby to się spełniło. Skoro spełnił się zapluty Pluton...
Zamknęłam te stare sprawy, które wracały bez mojego zaproszenia. Zamknęłam milczeniem, nie wchodzeniem w zaczepki, zamknęłam dając odgłos paszczą. Dobrze. Mam nadzieję, że to już wszystkie.
Podjęłam decyzje zawodowe.
Pożegnałam Małgosię w jej dotychczasowym kształcie.
Poradziłam sobie żyjąc z połamanymi kończynami.
Ale w tym roku zdarzyły się też rzeczy miłe. Pojawiła się Greta, która jest wielkim i cudownym przyjacielem, nieco jeszcze szczeniakowatym, ale w końcu ma tylko siedem miesięcy. Obawiam się, że byłam w jej wieku zdecydowanie głupsza. Wszyscy rwący włosy z głowy, że chyba zupełnie zwariowałam i rozum mi odjęło ostatecznie, dzisiaj ją kochają i wzajemnie zresztą.
Spełniłam swoje marzenie o amstaffie. Sama i na własną odpowiedzialność. Było warto.
Pojawili się nowi ludzie, którzy stali się bliscy.
Przekonałam się, że powodzi konformizmu nie można ulegać, bo jednak znajdzie się jeszcze ktoś, kto jasno powie co myśli.
Doświadczam tego z jaką siłą dobre intencje wracają.
Spędziłam kolejne Święta z mamą.
Mieszkam u siebie i to nic, że miejsca tu nie jest zbyt wiele, ale wystarczająco jest, i pięknie. Bardzo lubię tę moją wieżę. Zwłaszcza po wizycie pana, bo grzejniki dają aż strach.
Ludkowie się dobrze czują w tej mojej przestrzeni.
Miejcie się dobrze w tym nowym roku, który tak wiele przyniesie. Smakujcie dobrego i nie dajcie się trudnościom. Smak życia jest i w jednym, i w drugim.
Szczęśliwie Ci z Góry dają nam jednak tę Moc na wyposażeniu, żeby się nie dać, nie spopielić, nie zapomnieć ścieżki powrotnej.
To jest tylko blog, ale w tym roku to było szczególne, że byliście w moim powichrowanym mikrokosmosie, oddawanym przy pomocy literek wystukiwanych na klawiaturze. Dziękuję za to. I za każde słowo, które było sygnałem, że po drugiej stronie jest ktoś, i że nie mówię w próżnię.
23 grudnia 2010
Daj nam wiarę, że to ma sens...
Przyszedł do mnie spokój po miesiącach szarpania sobą, po wstrząsach poważnych, pożegnaniach i powitaniach, po wszystkich szaleńczych emocjach jak to u mnie. I normalnie wracałam z pracy, chociaż nie, nie tak jak zwykle... Zadzwoniła do mnie dzisiaj jedna z moich pacjentek czy mogłaby mnie odwieźć do domu. Tak, wiem jak to dziwnie brzmi, ale chciała mi dać taki prezent i to drzewko cyprysowe też, które jest w tym roku moją choinką. Wysiadłam z samochodu, zajrzałam do sklepu po jedzenie dla kota, żeby Ruda z głodu nie padła, bo nie godzi się i poczułam go wtedy.
A może jeszcze kilka godzin wcześniej podczas rozmowy z Arturem, który dziwi się światu, że Święta idą a ja w pracy siedzę. Więc o Świętach rozmawialiśmy i o pośpiechu, i wtedy pierwszy raz poczułam, że zwalniam.
Później, kiedy szłam Asnyka świadomie zwolniłam krok. Powiedziałam sobie, że właśnie szaleństwo się skończyło, że mam tydzień wolnego, że nowe idzie do mnie z Nowym Rokiem.
Dotarło do mnie, że nie jestem smutna. Dziwne. Może to dzięki temu, że poprzednie Święta były teatrem hipokryzji, o której nie miałam jeszcze pojęcia? Może dzięki temu jak bardzo dostałam po grzbiecie w ostatnich miesiącach, doceniam nagle pojawiającą się możliwość pobycia ze sobą na moich warunkach? Może dlatego, że jadę jutro wcześniej do Matki mojej, żeby pomóc w przygotowaniach co niespodziewanie wydaje mi się jakimś niezwykłym wydarzeniem?
Właściwie to nie jest aż tak ważne dlaczego nie jestem smutna, grunt, że nie jestem. A mogłabym.
Usiadłam sobie zastanawiając się czy pisać czy raczej nie pisać, a jeśli pisać to co napisać. Przypomniał mi się mój świąteczny wpis sprzed dwóch lat wraz ze wszystkimi konsekwencjami jego w postaci niezliczonej liczby dobrych słów. Jedna osoba nawet rozesłała te życzenia swoim znajomym.
Znalazłam go. Brzmiał tak:
Od kilku lat, po kolacji Wigilijnej, kiedy już nadchodzi prawdziwa Cisza słucham kolędy.
Nie wcześniej, tylko właśnie wtedy.
Za każdym razem płaczę, ale to są dobre łzy i potrzebne. Łzy zazwyczaj są potrzebne i najczęściej dobre.
Zatem.
Zbliża się czas najpiękniejszy, najłagodniejszy, czuły, świetlisty, pachnący...
Każdemu, kto mnie zna w jakiejkolwiek formie, a także wszystkim tym, którzy mnie nie znają choć te słowa czytają.
Wszystkim moim Przyjaciołom, Wrogom, osobom mi niechętnym i tym, które darzą mnie nieposkromioną sympatią.
Każdemu, bez względu na to, czym te Święta dla Was są:
Prawdziwej Ciszy
Wewnętrznego Spokoju
Równowagi
Bliskości z tymi, którzy są ważni
Dziecięcej radości
Dobroci
Miłości
Współobecności
Nadziei
Wolności
Oddechu
Prawdy
Śmiechu, szczerego i z głębi serca. Takiego, który pozbawia oddechu
Smutku, który bywa dobrym przyjacielem
I czasem łez, które najczęściej są dobre...
***
Tego wszystkiego Wam życzę i dziś, wykorzystując do tego okazję świąteczną.
Jeśli zechcecie posłuchajcie też tej kolędy, która jest smutna, ale niesie nadzieję. Druga niech Was otuli ciepłem i spokojem.
Dobrych Świąt od Gretchen
A może jeszcze kilka godzin wcześniej podczas rozmowy z Arturem, który dziwi się światu, że Święta idą a ja w pracy siedzę. Więc o Świętach rozmawialiśmy i o pośpiechu, i wtedy pierwszy raz poczułam, że zwalniam.
Później, kiedy szłam Asnyka świadomie zwolniłam krok. Powiedziałam sobie, że właśnie szaleństwo się skończyło, że mam tydzień wolnego, że nowe idzie do mnie z Nowym Rokiem.
Dotarło do mnie, że nie jestem smutna. Dziwne. Może to dzięki temu, że poprzednie Święta były teatrem hipokryzji, o której nie miałam jeszcze pojęcia? Może dzięki temu jak bardzo dostałam po grzbiecie w ostatnich miesiącach, doceniam nagle pojawiającą się możliwość pobycia ze sobą na moich warunkach? Może dlatego, że jadę jutro wcześniej do Matki mojej, żeby pomóc w przygotowaniach co niespodziewanie wydaje mi się jakimś niezwykłym wydarzeniem?
Właściwie to nie jest aż tak ważne dlaczego nie jestem smutna, grunt, że nie jestem. A mogłabym.
Usiadłam sobie zastanawiając się czy pisać czy raczej nie pisać, a jeśli pisać to co napisać. Przypomniał mi się mój świąteczny wpis sprzed dwóch lat wraz ze wszystkimi konsekwencjami jego w postaci niezliczonej liczby dobrych słów. Jedna osoba nawet rozesłała te życzenia swoim znajomym.
Znalazłam go. Brzmiał tak:
Od kilku lat, po kolacji Wigilijnej, kiedy już nadchodzi prawdziwa Cisza słucham kolędy.
Nie wcześniej, tylko właśnie wtedy.
Za każdym razem płaczę, ale to są dobre łzy i potrzebne. Łzy zazwyczaj są potrzebne i najczęściej dobre.
Zatem.
Zbliża się czas najpiękniejszy, najłagodniejszy, czuły, świetlisty, pachnący...
Każdemu, kto mnie zna w jakiejkolwiek formie, a także wszystkim tym, którzy mnie nie znają choć te słowa czytają.
Wszystkim moim Przyjaciołom, Wrogom, osobom mi niechętnym i tym, które darzą mnie nieposkromioną sympatią.
Każdemu, bez względu na to, czym te Święta dla Was są:
Prawdziwej Ciszy
Wewnętrznego Spokoju
Równowagi
Bliskości z tymi, którzy są ważni
Dziecięcej radości
Dobroci
Miłości
Współobecności
Nadziei
Wolności
Oddechu
Prawdy
Śmiechu, szczerego i z głębi serca. Takiego, który pozbawia oddechu
Smutku, który bywa dobrym przyjacielem
I czasem łez, które najczęściej są dobre...
***
Tego wszystkiego Wam życzę i dziś, wykorzystując do tego okazję świąteczną.
Jeśli zechcecie posłuchajcie też tej kolędy, która jest smutna, ale niesie nadzieję. Druga niech Was otuli ciepłem i spokojem.
Dobrych Świąt od Gretchen
17 grudnia 2010
Muzycznik Gretchen: Robbie Williams - Feel
Przeczuwałam w tej piosence to właśnie czym ona jest. Natomiast prawda jest taka, że przeczucia często są wyłącznie przeniesieniami, o czym często napomykał Freud Zygmunt. Idzie o to, że widzimy w innych to, co sami w sobie nosimy i na innych za przeproszeniem rzutujemy.
Zgadzam się w tym z Zygmuntem, co nie jest zbyt częste, gdyż zazwyczaj stoję na stanowisku, że nie bardzo podzielam jego opinie. Zwłaszcza te odnośnie ludzi, szczęśliwie nie bardzo szeroko się wypowiadał, bo problem mój byłby natury ogólniejszej. A czy ja mało mam problemów, żeby jeszcze z jakimś od dawna umarłym psychoanalitykiem się spierać?
Pozostawmy to pytanie jako retoryczne.
Więc przeczuwałam, i odnalazłam zupełnym zbiegiem okoliczności tę wersję piosenki. Wymaga ona od słuchacza cierpliwości na jakieś mniej więcej pięć minut i blisko czterdzieści sekund. W moim przekonaniu i odczuwaniu czasu to nie jest zbyt wiele, ale ludzie dzisiaj czasu nie mają wcale, więc lojalnie uprzedzam co i jak.
Lata świetlne temu, w odmiennej galaktyce, poświęciłam chwilę uwagi Robbiemu odnośnie My Way, chociaż to było raczej jego way, ale też moje, skutki długofalowe były dramatyczne w przebiegu... Zostawmy.
Wykonanie, które zawiera w sobie esencję.
Stoi człowiek naprzeciwko setek tysięcy innych i zadaje pytanie, a setki tysięcy mu entuzjastycznie odpowiadają. Nie wiadomo czy nie usłyszał, czy nie odpowiedzieli wystarczająco, ale zdecydowanie coś poszło nie tak, bo zaśpiewał dla nich na koniec tak, jak zaśpiewał.
Chociaż... Jestem przekonana, że w tym momencie już śpiewał dla siebie, albo dla nadziei, która umiera ostatnia, co prawdą jest powszechną.
Nieważne do jak wielu ludzi krzyczysz i jak głośno, albo jak cicho szepczesz.
Ważne, żeby na koniec powiedzieć I did my way...
Zgadzam się w tym z Zygmuntem, co nie jest zbyt częste, gdyż zazwyczaj stoję na stanowisku, że nie bardzo podzielam jego opinie. Zwłaszcza te odnośnie ludzi, szczęśliwie nie bardzo szeroko się wypowiadał, bo problem mój byłby natury ogólniejszej. A czy ja mało mam problemów, żeby jeszcze z jakimś od dawna umarłym psychoanalitykiem się spierać?
Pozostawmy to pytanie jako retoryczne.
Więc przeczuwałam, i odnalazłam zupełnym zbiegiem okoliczności tę wersję piosenki. Wymaga ona od słuchacza cierpliwości na jakieś mniej więcej pięć minut i blisko czterdzieści sekund. W moim przekonaniu i odczuwaniu czasu to nie jest zbyt wiele, ale ludzie dzisiaj czasu nie mają wcale, więc lojalnie uprzedzam co i jak.
Lata świetlne temu, w odmiennej galaktyce, poświęciłam chwilę uwagi Robbiemu odnośnie My Way, chociaż to było raczej jego way, ale też moje, skutki długofalowe były dramatyczne w przebiegu... Zostawmy.
Wykonanie, które zawiera w sobie esencję.
Stoi człowiek naprzeciwko setek tysięcy innych i zadaje pytanie, a setki tysięcy mu entuzjastycznie odpowiadają. Nie wiadomo czy nie usłyszał, czy nie odpowiedzieli wystarczająco, ale zdecydowanie coś poszło nie tak, bo zaśpiewał dla nich na koniec tak, jak zaśpiewał.
Chociaż... Jestem przekonana, że w tym momencie już śpiewał dla siebie, albo dla nadziei, która umiera ostatnia, co prawdą jest powszechną.
Nieważne do jak wielu ludzi krzyczysz i jak głośno, albo jak cicho szepczesz.
Ważne, żeby na koniec powiedzieć I did my way...
8 grudnia 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Wizyta w Kwaterze Głównej
Natura niewolnika jest cokolwiek pokrętna... Z jednej strony niewolnik marzy o wolności, lecz z drugiej się jej boi, co jest zupełnie normalne - zazwyczaj boimy się tego czego nie znamy, choćbyśmy za tym tęsknili.
Wyobrażenia o tak, te są piękne do czasu kiedy nie skupimy się na zagrożeniach. Mogą być tylko potencjalne, ale wystarczy żeby były realne i już już niewolnicza natura w człowieku wzdycha i wzbudza wątpliwości.
W ten oto sposób rodzi się zachowawczość, która często zatrzymuje w miejscu uniemożliwiając ruch ku przodowi, żeby nie powiedzieć o cofaniu się. Kiedy bowiem chcemy już czegoś i wiemy czego, opracujemy plan i śmiało o nim myślimy, to zachowawczość zastosowana nieuchronnie nas cofnie ponieważ już nie tylko decydujemy o pozostaniu w starym, ale musimy w sobie zatuszować cały ambaras związany z rezygnacją z nowego.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mi dzisiaj w krótkiej drodze do Kwatery Głównej Derekcji, do której niespodziewanie zostałam wezwana chociaż sama uniżenie poprosiłam o spotkanie. Wszystkie myki psychologiczne akurat znam dobrze, co niekoniecznie zaraz musi się przekładać na moje funkcjonowanie, bo jak wiadomo wiedza od życia nie chroni. I dobrze.
Sekretariat Kwatery Głównej mnie zwodził kilka dni, żeby nagle samodzielnie do mnie zadzwonić i zapytać, ot tak oczywiście, czy nie mogłabym stawić się, to znaczy przyjść za jakieś trzy kwadranse. Mogę sobie wyobrazić odpowiedź taką mniej więcej, że bardzo mi przykro, albo trochę mi przykro, lecz w tym momencie nie mogę, ale nie róbmy sobie prawda jaj.
Jak już jestem przy jajach, to uczciwie będzie przyznać, że lekko mnie ścięło i rzuciłam w przestrzeń pytanie o co też ja chciałam Derekcję zapytać i w jakiej sprawie. Na pomoc przyszła mi nieoceniona Najlepsza Szefowa, która tonem stanowczym przypomniała i napomniała, że mam zapytać o to, o co chciałam zapytać.
Ulga ogarnęła me ciało i duszę.
Poszłam.
Idę i myślę o naturze człowieka, niewolnika, człowieku w niewolniku, niewolniku w człowieku. Normalnie idę i myślę, co jest niedobrze dla kobiety tyle myśleć. Szczęście, że droga nie za bardzo długaśna to jakoś zniosłam.
Pod Gabinetem tkwię kilkanaście minut dłużej niż zakładała godzina spotkania, ale już wspominałam coś o mykach psychologicznych, które znam i tym razem wiedza zadziałała na moją korzyść.
Se stoję i dalej myślę, i nagle zwoje przestają się przepalać, czaszka nie dymi, ciśnienie wraca do normy. Wracam do siebie. Śmigają mi przed oczami różne takie tam co mi na sytuację dobrze robią. W końcu zostaję zaproszona inside.
Witają mnie dwie panie, jedna trzyma moją osobową teczkę na kolanach. Rozpoznaję, jak Stirlitz, że to moja, po imieniu i nazwisku zapisanym długopisem na taśmie klejącej starej generacji.
Po kilku chwilach rozmowy już wiem, że one wiedzą, ale nie wiedzą, że ja wiem.
Atmosfera urocza. Uśmiechy.
Rozmowa się zaczyna ode mnie.
- Nie zamierzam zająć dużo czasu, po prostu chciałabym wiedzieć jaka jest szansa na rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron by się uchronić od trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Rozważam zwolnienie się z pracy.
- Ma pani kogoś na swoje miejsce?
- No, nie nie mam... A lepiej żebym miała?
-Jeśli będzie panie miała to nie ma problemu. Oczywiście się zgodzimy. W innej sytuacji to sama pani rozumie, kontrakt z Funduszem, jest pani wykazana...
- No tak.. rozumiem... Poszukam kogoś w takim razie.
- Rozumiem, że co kilka lat trzeba zmieniać pracę. Pani, ze swoim wykształceniem, przecież pani jest prawnikiem!
- Tak, skończyłam prawo, ale wybrałam swoją pracę bardzo świadomie i naprawdę bardzo ją lubię. Pracę na swoim Posterunku niezwykle nawet lubiłam.
W tym miejscu nastąpiło coś dziwnego...
- Wie pani, ja rozumiem chęć zmian, ale to będzie wielka strata rozstać się z pracownikiem tak oddanym, pełnym pasji, z inicjatywą, energicznym.
To już nie jestem szantażystką????
- Dlaczego pani nie lubi już pracować na swoim Posterunku?
- Długo by wymieniać, ale abdykowała Najlepsza Szefowa...
- Ależ proszę dać szansę nowemu kierownictwu!
- Oczywiście, ale od kilku miesięcy ryję nosem w ziemi ze zmęczenia i naprawdę chciałabym już pracować u siebie i dla siebie.
- Rozumiem - ??? - tylko naprawdę szkoda takiego pracownika. Może przy innym rozplanowaniu pracy... Poza tym ja słyszę od moich znajomych lekarzy i może mi pani wierzyć, że jeszcze nikt się nie utrzymał z prywatnego gabinetu. Umówmy się też, że praca w Publicznej Służbie jest jednak źródłem do pozyskiwania prywatnych pacjentów.
????
- W pewnym sensie jest, ale ja jestem lojalna wobec pracodawcy i nie nadużywam sytuacji. Chociaż oczywiście zdarzają się pacjenci, którzy nie chcą się rejestrować, zostawiać danych...
Dalej mniej więcej w tym duchu. Okazało się, że Pani Derekcja była dobrze przygotowana do rozmowy w zakresie uzmysłowienia sobie z kim rozmawia. Nie, nie chodzi mi o to “czy pani wie kim ja jestem?!”, po prostu wyczułam jak bardzo zagłębiła się w moje tfu! akta osobowe i efektywność pracy. Wyszło jej z prostego rachunku ekonomicznego, a nic więcej w tej chwili nie rządzi Publiczną Służbą, że odejście Gretchen się nie opłaca nijak.
Nie mówiąc już o zamydlaniu oczu moich w celu pozbawienia się dyskomfortu zmian w kontrakcie z NFZ.
Po kolejnych duserach i uśmiechach jak zaczęłam rozmowę, tak ją delikatnie skończyłam:
- Nie będę Derekcji zabierała czasu moimi rozterkami egzystencjalnymi, wszystko wiem i pomyślę.
- No właśnie, może pół etatu?
Uściski dłoni.
- Dziękuję za poświęcony mi czas, do widzenia i życzę miłego dnia.
- Do widzenia i wzajemnie.
Uśmiechy.
Kurtyna opada.
Wracam na Posterunek do normalnego dnia pracy.
Mam gdzieś kontrakt. Fundusz, zapisy. Nie powiedziałam jak bardzo czuję się zrobiona w kukułę przez ludzi, dla których zostałam nazwana szantażystką. Nie powiedziałam jak bardzo obrazili i obrażają (ha!) mnie ludzie, których szanowałam. Nie zrobiłam tego, bo... No sama nie wiem... Bo jestem fundamentalistycznie lojalna? Wbrew całemu gównu, w którym siedzę po talię?
Zapewne zostawię sobie kilka godzin w Publicznej Służbie dla tych, których nie stać na płacenie.
A koleżankostwo będzie musiało jakoś sobie z tym poradzić, że taka ja wciąż psuć im będę bezkresny ocean samozadowolenia.
Wyobrażenia o tak, te są piękne do czasu kiedy nie skupimy się na zagrożeniach. Mogą być tylko potencjalne, ale wystarczy żeby były realne i już już niewolnicza natura w człowieku wzdycha i wzbudza wątpliwości.
W ten oto sposób rodzi się zachowawczość, która często zatrzymuje w miejscu uniemożliwiając ruch ku przodowi, żeby nie powiedzieć o cofaniu się. Kiedy bowiem chcemy już czegoś i wiemy czego, opracujemy plan i śmiało o nim myślimy, to zachowawczość zastosowana nieuchronnie nas cofnie ponieważ już nie tylko decydujemy o pozostaniu w starym, ale musimy w sobie zatuszować cały ambaras związany z rezygnacją z nowego.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mi dzisiaj w krótkiej drodze do Kwatery Głównej Derekcji, do której niespodziewanie zostałam wezwana chociaż sama uniżenie poprosiłam o spotkanie. Wszystkie myki psychologiczne akurat znam dobrze, co niekoniecznie zaraz musi się przekładać na moje funkcjonowanie, bo jak wiadomo wiedza od życia nie chroni. I dobrze.
Sekretariat Kwatery Głównej mnie zwodził kilka dni, żeby nagle samodzielnie do mnie zadzwonić i zapytać, ot tak oczywiście, czy nie mogłabym stawić się, to znaczy przyjść za jakieś trzy kwadranse. Mogę sobie wyobrazić odpowiedź taką mniej więcej, że bardzo mi przykro, albo trochę mi przykro, lecz w tym momencie nie mogę, ale nie róbmy sobie prawda jaj.
Jak już jestem przy jajach, to uczciwie będzie przyznać, że lekko mnie ścięło i rzuciłam w przestrzeń pytanie o co też ja chciałam Derekcję zapytać i w jakiej sprawie. Na pomoc przyszła mi nieoceniona Najlepsza Szefowa, która tonem stanowczym przypomniała i napomniała, że mam zapytać o to, o co chciałam zapytać.
Ulga ogarnęła me ciało i duszę.
Poszłam.
Idę i myślę o naturze człowieka, niewolnika, człowieku w niewolniku, niewolniku w człowieku. Normalnie idę i myślę, co jest niedobrze dla kobiety tyle myśleć. Szczęście, że droga nie za bardzo długaśna to jakoś zniosłam.
Pod Gabinetem tkwię kilkanaście minut dłużej niż zakładała godzina spotkania, ale już wspominałam coś o mykach psychologicznych, które znam i tym razem wiedza zadziałała na moją korzyść.
Se stoję i dalej myślę, i nagle zwoje przestają się przepalać, czaszka nie dymi, ciśnienie wraca do normy. Wracam do siebie. Śmigają mi przed oczami różne takie tam co mi na sytuację dobrze robią. W końcu zostaję zaproszona inside.
Witają mnie dwie panie, jedna trzyma moją osobową teczkę na kolanach. Rozpoznaję, jak Stirlitz, że to moja, po imieniu i nazwisku zapisanym długopisem na taśmie klejącej starej generacji.
Po kilku chwilach rozmowy już wiem, że one wiedzą, ale nie wiedzą, że ja wiem.
Atmosfera urocza. Uśmiechy.
Rozmowa się zaczyna ode mnie.
- Nie zamierzam zająć dużo czasu, po prostu chciałabym wiedzieć jaka jest szansa na rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron by się uchronić od trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Rozważam zwolnienie się z pracy.
- Ma pani kogoś na swoje miejsce?
- No, nie nie mam... A lepiej żebym miała?
-Jeśli będzie panie miała to nie ma problemu. Oczywiście się zgodzimy. W innej sytuacji to sama pani rozumie, kontrakt z Funduszem, jest pani wykazana...
- No tak.. rozumiem... Poszukam kogoś w takim razie.
- Rozumiem, że co kilka lat trzeba zmieniać pracę. Pani, ze swoim wykształceniem, przecież pani jest prawnikiem!
- Tak, skończyłam prawo, ale wybrałam swoją pracę bardzo świadomie i naprawdę bardzo ją lubię. Pracę na swoim Posterunku niezwykle nawet lubiłam.
W tym miejscu nastąpiło coś dziwnego...
- Wie pani, ja rozumiem chęć zmian, ale to będzie wielka strata rozstać się z pracownikiem tak oddanym, pełnym pasji, z inicjatywą, energicznym.
To już nie jestem szantażystką????
- Dlaczego pani nie lubi już pracować na swoim Posterunku?
- Długo by wymieniać, ale abdykowała Najlepsza Szefowa...
- Ależ proszę dać szansę nowemu kierownictwu!
- Oczywiście, ale od kilku miesięcy ryję nosem w ziemi ze zmęczenia i naprawdę chciałabym już pracować u siebie i dla siebie.
- Rozumiem - ??? - tylko naprawdę szkoda takiego pracownika. Może przy innym rozplanowaniu pracy... Poza tym ja słyszę od moich znajomych lekarzy i może mi pani wierzyć, że jeszcze nikt się nie utrzymał z prywatnego gabinetu. Umówmy się też, że praca w Publicznej Służbie jest jednak źródłem do pozyskiwania prywatnych pacjentów.
????
- W pewnym sensie jest, ale ja jestem lojalna wobec pracodawcy i nie nadużywam sytuacji. Chociaż oczywiście zdarzają się pacjenci, którzy nie chcą się rejestrować, zostawiać danych...
Dalej mniej więcej w tym duchu. Okazało się, że Pani Derekcja była dobrze przygotowana do rozmowy w zakresie uzmysłowienia sobie z kim rozmawia. Nie, nie chodzi mi o to “czy pani wie kim ja jestem?!”, po prostu wyczułam jak bardzo zagłębiła się w moje tfu! akta osobowe i efektywność pracy. Wyszło jej z prostego rachunku ekonomicznego, a nic więcej w tej chwili nie rządzi Publiczną Służbą, że odejście Gretchen się nie opłaca nijak.
Nie mówiąc już o zamydlaniu oczu moich w celu pozbawienia się dyskomfortu zmian w kontrakcie z NFZ.
Po kolejnych duserach i uśmiechach jak zaczęłam rozmowę, tak ją delikatnie skończyłam:
- Nie będę Derekcji zabierała czasu moimi rozterkami egzystencjalnymi, wszystko wiem i pomyślę.
- No właśnie, może pół etatu?
Uściski dłoni.
- Dziękuję za poświęcony mi czas, do widzenia i życzę miłego dnia.
- Do widzenia i wzajemnie.
Uśmiechy.
Kurtyna opada.
Wracam na Posterunek do normalnego dnia pracy.
Mam gdzieś kontrakt. Fundusz, zapisy. Nie powiedziałam jak bardzo czuję się zrobiona w kukułę przez ludzi, dla których zostałam nazwana szantażystką. Nie powiedziałam jak bardzo obrazili i obrażają (ha!) mnie ludzie, których szanowałam. Nie zrobiłam tego, bo... No sama nie wiem... Bo jestem fundamentalistycznie lojalna? Wbrew całemu gównu, w którym siedzę po talię?
Zapewne zostawię sobie kilka godzin w Publicznej Służbie dla tych, których nie stać na płacenie.
A koleżankostwo będzie musiało jakoś sobie z tym poradzić, że taka ja wciąż psuć im będę bezkresny ocean samozadowolenia.
3 grudnia 2010
Gretchen w Publicznej Służbie: Zmierzch
Dzisiaj, kiedy niektóre emocje już opadły a kolejne opadają, widzę jak trudno jest opowiedzieć tę historię, za dużo w niej wątków ściśle ze sobą połączonych. Być może to jest w ogóle temat na książkę, bo znalazłby się i wątek sensacyjny, i emocjonalny, fabuła mogłaby trzymać w napięciu nawet. W zależności od tego, z której strony rzecz całą ugryźć można by napisać kryminał, albo nową Siłaczkę, albo okrutnie śmieszną historię z ponurym zakończeniem. Natomiast jak to opowiedzieć krótko, to zupełnie nie mam pojęcia.
Najprościej może w punktach:
1.Gretchen pracuje w bardzo zgranym zespole, w którym panuje po królewsku atmosfera tak rodzinna, że nie każda rodzina poszczycić się może.
2. Urzędnicy zawsze dogadają się między sobą tak, żeby niby było dobrze, ale to nie musi być zaraz zgodne z prawem, a zrozumieć już nie potrafią, że komuś może to przeszkadzać. Także w sytuacji, że przyklepany układzik okrada kogoś z pieniędzy, które zarabia ciężką pracą.
3. Okradany od lat zespół w końcu został okradziony za bardzo. Dość głupia Gretchen od lat mówiła “upomnijmy się, zróbmy coś, bo to pójdzie za daleko”, ale jakoś po przypływach chęci pojawiały się odpływy spowodowane jakimś tam wpływem na konto i sprawa cichła. Rok temu sytuacja się powtórzyła w nieznanej dotąd skali. Zawrzało. Gretchen lubi walczyć więc posprawdzała, pogmerała, podzwoniła i jęła zagrzewać do walki rozeźlonych ludzi, uczciwie uprzedzając, że mogą się pojawić skutki uboczne i czy wszyscy są na nie przygotowani zapytała. Oczywiście wszyscy są przygotowani i walczyć trzeba.
4. Po rozpoczęciu wojny, którą w każdym normalnym miejscu określić by można raczej wymaganiem elementarnej uczciwości, skutki uboczne okazywały się z różnym natężeniem. Najpierw pojawiła się kontrola z działu kadr. Potem pojawił się z niej protokół sporządzony nie przez kontrolującego, lecz przez kogoś zupełnie innego. Prawda jest taka, że od lat za dorozumianą zgodą kolejnych zmieniających się dyrektorów pracowaliśmy w wymiarze godzin nieco odbiegającym od zawartego w umowie o pracę, co w żaden sposób nie zakłócało działalności naszego Posterunku, aczkolwiek w przypadku kontroli okazało się, że coś tu nie gra. Dobra, jakoś to się udało powyjaśniać. W ten sposób przyszedł wyraźny sygnał, że obecna dyrekcja nie wydaje zgody na takie hopsztosy i nikomu z nas to nie było w smak.
5. Nad całym procesem wojennym i kadrowym zawisła dość makabryczna jazda Derekcji po Najlepszej Szefowej. Nowomodnie się to nazywa mobbingiem. Zapadła decyzja o przychodzeniu do pracy w wymiarze zgodnym z umową o pracę.
6. Dzięki dość morderczej walce Najlepszej Szefowej i samej Gretchen, która pod nieobecność ją zastępowała, udało się wyszarpać prawdziwą stawkę za pracę w weekendy. Ustąpić musiałyśmy w odniesieniu do zadań realizowanych w tygodniu. Ustąpić, czyli nie dostać za nie złotówki z celowej dotacji miejskiej.
7. Szybko się okazuje, że tylko część tego zgranego zespołu trzyma się ustalenia dotyczącego godzin pracy. Niestety ta część zaczęła wyrażać swoje niezadowolenie z powodu robienia z siebie jelenia. W końcu doszło do sytuacji, że ktoś powiedział językiem poetów “pierdolę to kurwa i też wychodzę!” - nie była to Gretchen co wydaje się bardzo dziwne, ale jednak nie ona.
8. Od tego miejsca mamy do czynienia z dwoma równoległymi procesami: jeden z Capo di Tutti Capi - w skrócie można go nazwać odrażającym, drugi w ramach rodzinnego zespołu, którego w skrócie określić się nie da, ale można próbować: podział, rozpad, unikanie. Zaczęło śmierdzieć dość brzydko, bo śmierdzi zazwyczaj brzydko. Żadna z prób dogadania się, ustalenia czegokolwiek nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Żeby już naprawdę nie napisać powieści w punktach należy stwierdzić, że każde nasilenie prowadzi do przesilenia.
Przesilenie nastąpiło. Musiało, zawsze tak jest. Najlepsza Szefowa dostała naganę za zbyt głupio naiwne dobre serce i właściwie dostała słusznie, ale nikt nie docenił jej dobrego serca. Tyle, że gdzieś tu pojawił się zapalnik. Wybuch koleżanki z rodziny uderzył we mnie. Okazało się, w każdym razie tyle zrozumiałam z wrzasku, że jestem intrygantką planującą ustawki, manipulantką, steruję Najlepszą Szefową czyniąc z niej męczennicę, a siebie stawiając w pozycji osoby szlachetnej.
Nie przyjełąm tego spokojnie. Lata praktyki nauczyły mnie nie obrażania w awanturze ludzi, choćby oni mnie obrażali. To jest zbyt proste i daje kolejne argumenty.
Te same lata nauczyły mnie też tego, że można mnie bezpodstawnie obrażać, każdy może, ale tylko raz.
Wróciłam do domu i zrobiłam bilans. Szarpało mną więc wiedziałam, że ten bilans jest nieco skrzywiony.
Obudziłam się następnego dnia i zrobiłam kolejny bilans. Znam siebie i swoją emocjonalność, postanowiłam jeszcze chwilę odczekać z wnioskami.
Mam naturę wojowniczki i nie lubię dostawać po ryju, bo komuś akurat tak się zbiegło w mózgu. Znając siebie wiem, że niekiedy się zapędzam i coś przeoczę, że być może skoro ktoś dostrzegł niegodziwość, to ona gdzieś tam była.
Myślałam trzy dni. Podjęłam decyzję.
Podjęłam, bo można walczyć z systemem, nieuczciwością, złodziejstwem, ale nie da się z wyobrażeniami ludzi.
Nie da się walczyć z tym, że ludzie nie lubią jak im nazwać po imieniu pewne sprawy. Nie lubią i już, wcale się nie dziwię. Wyjeżdżanie, nie tylko moje, z takimi słowami jak lojalność było doprawdy zabawne. Przekonałam się o ile ważniejsza jest potrzeba nienaruszalności pewnych spraw, wygodnictwo, własny interes i takie tam sprawy.
Zabierałam głos i nazywałam sądząc, że naprawdę jesteśmy wszyscy dla siebie wzajemnie ważni, że jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Prawdopodobnie w jakimś wcieleniu byłam muszkieterem, albo co.
Pomyliłam się.
Po trzech dniach zakwitł we mnie kwiat końca pewnego etapu. Poczułam, że nie ma już dla mnie miejsca w tym zespole. Ani chęci walki z systemem.
Rozejrzałam się po swoim życiu, które całkowicie oddane jest wymaganiom Pana, którym niewolnik musi sprostać.
Nie mam czasu na życie.
Na nic nie mam czasu, bo Capo di Tutti Capi ma zobowiązania wobec funduszu poniekąd zdrowia podobno narodowego, a także wobec urzędu miasta tego tu oto. Więc pracuję bez chwili wytchnienia do Świąt, żeby Derekcja nie miała problemów.
Jak to brzmi?
Alora, pieprzę to. Szukam miejsca na swój gabinet. Najlepsza Szefowa podjęła decyzję, że chce w tym uczestniczyć. Kolega, sponiewierany przez Derekcję za opuszczenie godzin pracy z powodu niesienia pomocy rodzinom ofiar spod Smoleńska, też odchodzi. Być może jeszcze Ola.
Cztery osoby. Połowa zespołu jakże rodzinnego. Rodziny bywają też patologiczne w swojej wymowie ideowej...
Moja praca to ja. Akurat mam taki zawód, że cały warsztat niosę w sobie. Siedem lat pracy coś mi jednak pokazało. Nie tak. Siedem lat pracy z ludźmi coś mi pokazało, bo ci ludzie mi to pokazali.
Nie muszę być niewolnikiem.
Nie muszę słuchać z palca wziętych oskarżeń.
W gruncie rzeczy nic nie muszę.
Minęło od tego czasu trochę czasu i czuję powiew wolności. Ryzyka powiew też czuję. Wolności bardziej.
Właściwie nic mnie już nie boli, chociaż pojawia się cień refleksji o ludziach, moim o nich myśleniu, rozczarowaniach.
Rok temu byłam przekonana, że tego Posterunku nie zmiecie żadna siła... A on był słaby jak wyschnięta gałąź.
Czas odciąć kolejną słabą gałąź, niedługo będę palić w piecu całą zimę cholera.
Bezwględnie potrzebuję zmiany, żeby nie myśleć o ludziach tak jak aktualnie myślę. Czuję jak się cofam w swoją skorupkę tyle, że ona jest jakaś taka inna niż dawna. Gubię naiwność? Dojrzewam? Zwariowałam?
Najprościej może w punktach:
1.Gretchen pracuje w bardzo zgranym zespole, w którym panuje po królewsku atmosfera tak rodzinna, że nie każda rodzina poszczycić się może.
2. Urzędnicy zawsze dogadają się między sobą tak, żeby niby było dobrze, ale to nie musi być zaraz zgodne z prawem, a zrozumieć już nie potrafią, że komuś może to przeszkadzać. Także w sytuacji, że przyklepany układzik okrada kogoś z pieniędzy, które zarabia ciężką pracą.
3. Okradany od lat zespół w końcu został okradziony za bardzo. Dość głupia Gretchen od lat mówiła “upomnijmy się, zróbmy coś, bo to pójdzie za daleko”, ale jakoś po przypływach chęci pojawiały się odpływy spowodowane jakimś tam wpływem na konto i sprawa cichła. Rok temu sytuacja się powtórzyła w nieznanej dotąd skali. Zawrzało. Gretchen lubi walczyć więc posprawdzała, pogmerała, podzwoniła i jęła zagrzewać do walki rozeźlonych ludzi, uczciwie uprzedzając, że mogą się pojawić skutki uboczne i czy wszyscy są na nie przygotowani zapytała. Oczywiście wszyscy są przygotowani i walczyć trzeba.
4. Po rozpoczęciu wojny, którą w każdym normalnym miejscu określić by można raczej wymaganiem elementarnej uczciwości, skutki uboczne okazywały się z różnym natężeniem. Najpierw pojawiła się kontrola z działu kadr. Potem pojawił się z niej protokół sporządzony nie przez kontrolującego, lecz przez kogoś zupełnie innego. Prawda jest taka, że od lat za dorozumianą zgodą kolejnych zmieniających się dyrektorów pracowaliśmy w wymiarze godzin nieco odbiegającym od zawartego w umowie o pracę, co w żaden sposób nie zakłócało działalności naszego Posterunku, aczkolwiek w przypadku kontroli okazało się, że coś tu nie gra. Dobra, jakoś to się udało powyjaśniać. W ten sposób przyszedł wyraźny sygnał, że obecna dyrekcja nie wydaje zgody na takie hopsztosy i nikomu z nas to nie było w smak.
5. Nad całym procesem wojennym i kadrowym zawisła dość makabryczna jazda Derekcji po Najlepszej Szefowej. Nowomodnie się to nazywa mobbingiem. Zapadła decyzja o przychodzeniu do pracy w wymiarze zgodnym z umową o pracę.
6. Dzięki dość morderczej walce Najlepszej Szefowej i samej Gretchen, która pod nieobecność ją zastępowała, udało się wyszarpać prawdziwą stawkę za pracę w weekendy. Ustąpić musiałyśmy w odniesieniu do zadań realizowanych w tygodniu. Ustąpić, czyli nie dostać za nie złotówki z celowej dotacji miejskiej.
7. Szybko się okazuje, że tylko część tego zgranego zespołu trzyma się ustalenia dotyczącego godzin pracy. Niestety ta część zaczęła wyrażać swoje niezadowolenie z powodu robienia z siebie jelenia. W końcu doszło do sytuacji, że ktoś powiedział językiem poetów “pierdolę to kurwa i też wychodzę!” - nie była to Gretchen co wydaje się bardzo dziwne, ale jednak nie ona.
8. Od tego miejsca mamy do czynienia z dwoma równoległymi procesami: jeden z Capo di Tutti Capi - w skrócie można go nazwać odrażającym, drugi w ramach rodzinnego zespołu, którego w skrócie określić się nie da, ale można próbować: podział, rozpad, unikanie. Zaczęło śmierdzieć dość brzydko, bo śmierdzi zazwyczaj brzydko. Żadna z prób dogadania się, ustalenia czegokolwiek nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Żeby już naprawdę nie napisać powieści w punktach należy stwierdzić, że każde nasilenie prowadzi do przesilenia.
Przesilenie nastąpiło. Musiało, zawsze tak jest. Najlepsza Szefowa dostała naganę za zbyt głupio naiwne dobre serce i właściwie dostała słusznie, ale nikt nie docenił jej dobrego serca. Tyle, że gdzieś tu pojawił się zapalnik. Wybuch koleżanki z rodziny uderzył we mnie. Okazało się, w każdym razie tyle zrozumiałam z wrzasku, że jestem intrygantką planującą ustawki, manipulantką, steruję Najlepszą Szefową czyniąc z niej męczennicę, a siebie stawiając w pozycji osoby szlachetnej.
Nie przyjełąm tego spokojnie. Lata praktyki nauczyły mnie nie obrażania w awanturze ludzi, choćby oni mnie obrażali. To jest zbyt proste i daje kolejne argumenty.
Te same lata nauczyły mnie też tego, że można mnie bezpodstawnie obrażać, każdy może, ale tylko raz.
Wróciłam do domu i zrobiłam bilans. Szarpało mną więc wiedziałam, że ten bilans jest nieco skrzywiony.
Obudziłam się następnego dnia i zrobiłam kolejny bilans. Znam siebie i swoją emocjonalność, postanowiłam jeszcze chwilę odczekać z wnioskami.
Mam naturę wojowniczki i nie lubię dostawać po ryju, bo komuś akurat tak się zbiegło w mózgu. Znając siebie wiem, że niekiedy się zapędzam i coś przeoczę, że być może skoro ktoś dostrzegł niegodziwość, to ona gdzieś tam była.
Myślałam trzy dni. Podjęłam decyzję.
Podjęłam, bo można walczyć z systemem, nieuczciwością, złodziejstwem, ale nie da się z wyobrażeniami ludzi.
Nie da się walczyć z tym, że ludzie nie lubią jak im nazwać po imieniu pewne sprawy. Nie lubią i już, wcale się nie dziwię. Wyjeżdżanie, nie tylko moje, z takimi słowami jak lojalność było doprawdy zabawne. Przekonałam się o ile ważniejsza jest potrzeba nienaruszalności pewnych spraw, wygodnictwo, własny interes i takie tam sprawy.
Zabierałam głos i nazywałam sądząc, że naprawdę jesteśmy wszyscy dla siebie wzajemnie ważni, że jeden za wszystkich - wszyscy za jednego. Prawdopodobnie w jakimś wcieleniu byłam muszkieterem, albo co.
Pomyliłam się.
Po trzech dniach zakwitł we mnie kwiat końca pewnego etapu. Poczułam, że nie ma już dla mnie miejsca w tym zespole. Ani chęci walki z systemem.
Rozejrzałam się po swoim życiu, które całkowicie oddane jest wymaganiom Pana, którym niewolnik musi sprostać.
Nie mam czasu na życie.
Na nic nie mam czasu, bo Capo di Tutti Capi ma zobowiązania wobec funduszu poniekąd zdrowia podobno narodowego, a także wobec urzędu miasta tego tu oto. Więc pracuję bez chwili wytchnienia do Świąt, żeby Derekcja nie miała problemów.
Jak to brzmi?
Alora, pieprzę to. Szukam miejsca na swój gabinet. Najlepsza Szefowa podjęła decyzję, że chce w tym uczestniczyć. Kolega, sponiewierany przez Derekcję za opuszczenie godzin pracy z powodu niesienia pomocy rodzinom ofiar spod Smoleńska, też odchodzi. Być może jeszcze Ola.
Cztery osoby. Połowa zespołu jakże rodzinnego. Rodziny bywają też patologiczne w swojej wymowie ideowej...
Moja praca to ja. Akurat mam taki zawód, że cały warsztat niosę w sobie. Siedem lat pracy coś mi jednak pokazało. Nie tak. Siedem lat pracy z ludźmi coś mi pokazało, bo ci ludzie mi to pokazali.
Nie muszę być niewolnikiem.
Nie muszę słuchać z palca wziętych oskarżeń.
W gruncie rzeczy nic nie muszę.
Minęło od tego czasu trochę czasu i czuję powiew wolności. Ryzyka powiew też czuję. Wolności bardziej.
Właściwie nic mnie już nie boli, chociaż pojawia się cień refleksji o ludziach, moim o nich myśleniu, rozczarowaniach.
Rok temu byłam przekonana, że tego Posterunku nie zmiecie żadna siła... A on był słaby jak wyschnięta gałąź.
Czas odciąć kolejną słabą gałąź, niedługo będę palić w piecu całą zimę cholera.
Bezwględnie potrzebuję zmiany, żeby nie myśleć o ludziach tak jak aktualnie myślę. Czuję jak się cofam w swoją skorupkę tyle, że ona jest jakaś taka inna niż dawna. Gubię naiwność? Dojrzewam? Zwariowałam?
Subskrybuj:
Posty (Atom)