16 czerwca 2010

Codziennik Gretchen: 15 czerwca

dobre uczynki: zgłoszenie
złe uczynki: nie stwierdzono większych
nastrój: wznoszący
napęd: obwawiam się, że maniakalny
motywacja: stara się nadążyć za nastrojem

***
Poszłam na te zakupy absolutnie bez sensu, bo aktualnie szyją nie wiadomo dla kogo. W każdym razie nie dla mnie. Jakieś mazaje na rozlazłych szmatkach.
Tyle mojego, że kupiłam kolczyki, nie dla siebie. Zielone.

Najgorzej to się spotkać z Michałem. Nigdy nie wiadomo co z tego wyniknie, a tym razem to przechodzę samą siebie. Spośród wielu ludzi, którzy mnie otaczają część męczy, on nie. Jakoś wypoczywam nie musząc się wysilać - po tym można rozpoznać przyjaciela. Stoję na stanowisku, że nie ma dla kobiety lepszego rozwiązania niż przyjaciel płci przeciwnej do własnej i zaprawdę powiadam: przyjaciółki są lekuchno przereklamowane. Co innego mężczyzna zaprzyjaźniony. Nie ćwierka, nie udaje, nie pierdaczy. Najlepiej jak wali prościutko i bez opatrunków. Może łatwo mi mówić, bo nigdy nie usłyszałam od żadnego najmniejszej krytyki poza tym, co mogłoby być krytyką pod warunkiem bycia przeze mnie zwyczajną kobietą. Pewnie gdybym dostawała szybkie riposty między oczy... nie... pewnie gdyby żaden mężczyzna nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić. O!

Kobieto! Jeśli nie znajdujesz przyjaciół wśród mężczyzn, najwyższy czas na refleksje i przemyślenia.
Chociaż to może być sprawa genetyczna. Dzisiaj moja Rodzicielka przyznała się do podobnych doświadczeń. Kobiety w przyjaźni rozczarowywały, mężczyźni byli wierni.
Ciekawostka, żeśmy tak z Matką Moją podzieliły się losem. Nie nazbyt często się to zdarza... Chociaż...

Tak oto przegadaliśmy noc całą aż do rana i wiele z tego wynikło dla mnie. Jeszcze wiele może z tego wyniknąć dla przyszłości, bo pewien plan (biznesowy, biznesowy) zaczyna się krystalizować o czym zmilczę na czas jakiś.

Dzisiaj natomiast w drodze na Posterunek spotkałam Szefową. W tramwaju spotkałam.
Na ostatniej krzywej nagle coś nas opadło i to w takim natężeniu, że zrobiwszy kilka kroków postanowiłyśmy się zatrzymać.
Tocząc wzrokiem wykryłyśmy gniazdo os, tuż obok furtki do naszego Posterunku.

- Aaaaa! - zakrzyknęłam - Widzisz to?
- No widzę - spokojnie dość odpowiedziała - trzeba wezwać jakąś służbę.
- Wezwę - zobowiązałam się stanowczo.

Już na górze jadna koleżanek podzieliła się spostrzeżeniem własnym, że myślała iż są to komary.
Grzecznie zapytałam, czy widziała kiedykolwiek wcześniej takie wielkie i krąglutkie komary latające wokół czegoś co wygląda ni mniej ni więcej jak przedziwne coś, z pewnością misternie budowane.
Swoją drogą, gdzie i w czym mieszkają komary?

Zaleciłam koleżance życzliwie wizytę u okulisty zwłaszcza, że pamiętam dzień sprzed kilku laty, w którym o poranku wpadła do pracy dysząc o zawalającym się naszym budynku. Wtedy dostrzegła jakieś mikroszczeliny, a dzisiaj nie odróżnia osy od komara?

Wietrząc radość jęłam dzwonić.

Najpierw do Straży Miejskiej, która ma takie nagranie welcome to us jakby ktoś umarł. Aż mi się przykro zrobiło w pierwszej chwili. Kobiecy głos na skraju załamania nerwowego informuje, że oto jest to miejska straż. Jak oni tak podchodzą do swojej pracy to nie ma się co dziwić wynikom i odbiorowi społecznemu.

W drugiej chwili, po krótkiej rozmowie z głosem męskim utrzymanym w podobnym tonie dowiedziałam się, że to nie oni tylko trzeba dzwonić do Straży owszem, ale zupełnie innej.

Dzwonię.

Powitanie bardziej energiczne. Czekam chwilkę.

- STRAŻ! - wykrzyknął dziarsko pan i od razu wiadomo o jaką chodzi.
- Dzień dobry! - poniósł mnie nastrój chwili - Dzwonie z poradni i chciałam zgłosić, że co prawda wcale nigdzie się nie pali, ale...
- Osy was zaatakowały!
- A skąd pan wie?
- Ludzie donieśli.
- No widzi pan, ludzie to o wszystkim doniosą - mówię przymilnie.
- Doniosą i donieśli. Czy będzie na miejscu ktoś, kto chłopakom to gniazdo wskaże? -
- No masz! Oczywiście, że tak.
- Jedziemy!
- Dziękuję - a głos mój omdlewa...

Teraz to właściwie nie wiem, bo przecież strażak by mnie nie oszukał...

Wyszłam z pracy w towarzystwie zwierzchniczki i niedowidzącej koleżanki, której w tak zwanym miedzyczasie się jeszcze pogorszyło, gdyż poczuła się słabo na ciele, a tu gniazdo komarów jak ta lala się trzyma.

Po drodze siedzi pies.
Tak normalnie siedzi sobie i spokojnie aczkolwiek nieco dziwnie. Pochyla się nad nim kobieta. Za chwilę my trzy.
Zdejmuję mu obrożę w poszukiwaniu adresu, bo żadna ze zgromadzonych w życiu tego psiaka nie widziała na oczy.
Nie ma adresu.
Nie ma informacji.
Fajne i mięciutkie futerko ma ten piesiuch. Staram się za bardzo w oczy mu nie patrzeć, bo wezmę gamonia do siebie i dopiero będzie miał skarania boskie.
Zgubiony pies tropi i szuka, a ten siedzi jak ten osioł. Czuję, że trochę się boi.
Niesamowite, bo po chwili nad tym psem jest sześć osób i każda z troską zeznaje, że wcześniej nigdy go nie widziała.

Zostawiamy towarzystwo, bo eskortujemy koleżankę do tramwaju. Uznała, że skoro tramwaj ma pod dom, to zupełnie tak samo jak taksówka.
Mam odmienne zdanie...

Gniazdo raczej tam jutro będzie.
Pies, mam nadzieję, odnalazł drogę.
Koleżanka już lepiej.
Plan zostanie poddany pierwszej, ważnej, formalnej weryfikacji.

Będąc cokolwiek zniechęconą muszę przyznać, że naprawdę cholera życie jest niepowtarzalne w tym wszystkim co ze sobą niesie.
Dom os jest zagrożeniem.
Zagubiony pies rozczula prawie do łez.
Ulga, bo komuś lepiej.

I te niespodziewanie otwierające się drzwi, a niechby pośród innych zamkniętych.

Mogę swobodnie wybierać co wolę: nadzieję otwartych? Ból zamkniętych?

Ale może... Może mogę się ucieszyć z otwarcia, bez względu na zamknięcia?

12 czerwca 2010

Codziennik Gretchen: 11 czerwca

dobre uczynki: staram się
złe uczynki: przestaję się starać
nastrój: wilczy
napęd: piątkowy
motywacja: uśpiona

***

Wygrałyśmy.
Wydaje mi się to niewiarygodne i wbrew naturze, ale jakby na to wszystko nie spojrzeć słowo zwycięstwo pasuje jak ulał. Co ulał nie wiem, jakoś wcześniej się nie zastanawiałam to i tym razem mogę sobie darować.

Nie da się opowiedzieć ani wojny trwającej od listopada, ani kolejnych pojedyńczych bitew i potyczek. Nie każdy znowu siedzi w środku Publicznej Służby na tyle, żeby to wszystko ogarnąć. Nie każdy zna mnie, Najlepszą Szefową, nasz zespół, Dyrekcję, urzędników i inne pierwszoplanowe czy dalszoplanowe postacie tej tragedii.

Będę się upierać, że zainspirowałam tę wygraną. Wiem, że to nie brzmi skromnie, no trudno, posunę się dalej: gdyby nie ja nikt nawet by nie dopuścił do świadomości, że można powalczyć, a co dopiero mówić o wygranej.
Wiele godzin analizowałam, uruchamiałam wszystkie procesy wszczepione mi niczym implanty dawno temu, kiedy bardzo lekkomyślnie podjęłam trud zgłębiania meandrów prawa, przestawiłam się na ten sposób patrzenia na rzeczywistość więc stałam się bezwzględna. No.
W drugim kanale (kanał lewy... kanał prawy...) pracowałam z Najlepszą Szefową i nad Nią, żeby uwierzyła i nareszcie się wściekła.
Mówiłam: trzaśnij ręką w stół, powiedz, że...
Opędzałam się od zachowawczości współpracowników, którzy trzęśli zadkami o posadkę na tym zatęchłym infrastrukturalnie posterunku wznosząc modły w intencji, żeby ta Gretchen nie sprowadziła na nas nieszczęścia.
Tak było od jakiegoś czasu, bo na początku to każdy ryczał bitewnie. Wystarczyło, żeby Dyrekcja tupnęła i syknęła, i już z barw walecznych został ino delikatny wiosenny makijaż. Oto ktoś ma kredyt, oto ktoś ma coś tam coś tam. Widzieli, że ze mną to nie ma co, więc mówili Najlepszej Szefowej daj spokój, spróbujmy zachować co mamy.
Pewnie, ale pieniążki każdy lubi przysposobić.

Zabawne. Zupełnie jakbym ja miała trzy kamienice w centrum Warszawy, zapewniające stały wielomilionowy dochód...

Nie mam natury niewolnika, alergicznie odczuwam objawy okradania mnie z pieniędzy, które zwyczajnie mi się należą. Praca jest jedyną odwzajemnioną i wierną mi miłością dlatego nigdy nie wystąpię przeciwko pacjentowi i nigdy nie zgodzę się na rąbanie mojej kieszeni tylko dlatego, że ktoś tak sobie wymyślił.
Po drodze kilka osób zapomnniało, że ja też ryzykuję.
Młoda jesteś, znajdziesz pracę.
Pewnie, albo nie pewnie.

Napięcie rosło, a ja nie odpuszczałam. Szefowa też nie.

Przedwczoraj się wściekła ostatecznie w rozmowie z finansową odnogą Dyrekcji i walnęła z całą siłą tak, że tylko siedziałam kiwając głową, bo to samo bym wywrzeszczała.
Odnoga wrzeszczała głośniej i straszyła, że pensji nie wypłaci, że do Boga się modlić - coś jej chyba zwarło na stykach, nie moja sprawa.

Aż połączono z Directio di Tutti...

Dzisiaj w samo południe rozmowa była umówiona. Di Tutti nie wyraziło zgody na moją obecność.

Chcą mnie zwolnić - pomyślała Najlepsza Szefowa.
Chcą mnie zwolnić - pomyślała Gretchen.

Nikogo nie zwolnili. Będziemy dostawać należne nam pieniądze, Najlepsza Szefowa wywalczyła sobie dodatkowe, bo nie od parady jest szefową.

Och jej - westchnęli ci wszyscy, którzy jeszcze przedwczoraj osikowali, och jej.

No. To w maju zarobiłam zupełnie jakbym pracowała w za przeproszeniem korporacji. Kolejne miesiące będą porównywalnie urodzajne.

Do tego jeszcze dostałam nagrodę roczną za rok, o którym już nikt w te upały nie pamięta.


Wiem, że nie usłyszę miałaś rację... Wiem, że nikt nie powie dziękuję... Srał to pies.

Jutro pójdę na zakupy. Ha!

Z ludźmi to w ogóle jest dziwnie.
Sama uważam się za dziwną, ale z ludźmi jest jeszcze bardziej. Chwilami zastanawiam się czy czasem nie ześwirowałam a spokój powinnam odnaleźć w czułych objęciach psychiatrycznej farmakologii.

Eksmen zapomniawszy, że zerwawszy ze mną kontakty nawiązał i chce mieszkania dla siebie, to znaczy w całości nie w procentach.
Dobrze - mówię bez zająknięcia i wyrażania żalu.
Taka strategia się nie sprawdza. Sprawdza się, co wiem z opowiadań, działanie w stylu zimna sucz, wtedy dowolny eksmen czy inna tam jednostka nabiera szacunku rakiem się wycofując.
Tyle, że ja jestem z innej linii produkcyjnej.
No to mam.
Nie mieszkałam u siebie, żaden inny by tego nie rozwiązał jako współwłasność, a do tego go ograbiłam z telewizora, który mi dał bez podpowiedzi dźwiękiem paszczowym.
A teraz jego boli.
A boli go, bo kłamie.
A kłamie, bo nie umi inaczej jak widać i ze mnie pazerną kradzejkę robi u ludzi.
A niech mu będzie.

Właściwie jest mi już wszystko jedno.
Jedni biorą mnie za podżegacza, inni za złodziejkę, jeszcze inni za idiotkę. Nic nie poradzę, sami sobie muszą dać z tym radę.

Zastanawiałam się czy jestem złą kobietą.
Naprawdę.
Wyszło mi, że niekoniecznie złą, ale taką do końca dobrą to też nie i nie decyduje o tym telewizor, czy pralka.

Chyba mam osobowość amstaffa, co jakoś tłumaczyłoby moją niewyjaśnialną miłość do tej rasy.
Amstaffy są jamnikami w stabilnej i bezpiecznej sytuacji, natomiast kiedy trzeba stają się bezwzględne walcząc o najważniejsze.
Amstaff to nie tai-chi, raczej king-fu.
Jestem amstaffem, lecz uczciwie muszę przyznać, że nie mam tak kwadratowej czaszki i skrupulatnie dociętych uszu, że o ogonie zmilczę.

Gdzieś tam, po drodze ten świat mi się gubi, a ja gubię się światu.

Już nie da się ze mną grać w fajne gry. Patrzę w lustro i pierwszy raz widzę tam kogoś wcześniej niewidzianego.

To smutne.

Dorosłam.

Pół roku i twarz mi się zmieniła. Rozpaczliwie chcę wrócić do tamtej, bardziej mi się podobała.
Chyba nic z tego.
Ślady przetoczonych walk, blizny po nich, w końcu znalazły swoje odbicie.

Wolność ma tak śmiesznie słony smak...

4 czerwca 2010

Życie - instrukcja obsługi

Ten film znalazłam, już nawet nie pamiętam jak, w każdym razie dość dawno temu.
Po długim czasie znowu obejrzałam.
Mówi więcej, niż miałoby sens moje pisanie.



Każdy przez to przechodzi. W mniejszym lub większym stopniu.
Zależnym od tego na ile się wychylimy, na ile pozwolimy sobie samodzielnie poznawać i myśleć...
Czy damy dojść do głosu wątpliwościom.
Jak zechcemy budować swój świat.

I właściwie, niektórzy przynajmniej, nigdy z tego nie wychodzą trwając w poszukiwaniu i sprawdzaniu...

Jeszcze, sporo wcześniej, przeczytałam pewną książkę*, która wryła mi się w mózg niczym Głos Boży z Góry Synaj w głowie Mojżesza.
Nie pamiętam jej całej, został ten fragment, a potem usłyszałam jeszcze wiele, wiele mądrych słów od swoich nauczycieli.

Jednak ta jedna, prawdziwa i prosta opowieść jest dla mnie nieustannym drogowskazem w życiu.
A w pracy jest ważna ponad wszystko inne.

"Dziwne, jak pewne zdania lub wydarzenia pozostają na stałe w umyśle człowieka i zawsze służą jako wskazówka albo pocieszenie. Kilkadziesiąt lat temu miałem pacjentkę z rakiem piersi.
Kobieta ta, w okresie swego dojrzewania, wiodła długą, gorzką i beznadziejną walkę ze swym negatywistycznym ojcem.
Spragniona jakiejś formy pojednania, rozpoczęcia ich relacji od nowa, na świeżo, z nadzieją czekała na wyjazd do college'u: ojciec będzie ją wiózł samochodem i kilka godzin spędzą tylko we dwójkę!

Jednakże ta długo wyczekiwana podróż okazała się katastrofą.
Ojciec zachowywał się dokładnie tak jak zawsze i cały czas psioczył na brzydki, zaśmiecony potok płynący wzdłuż drogi.
Ona zaś nie widziała żadnych śmieci w pięknym, czyściutkim strumyczku.
Nie wiedziała, jak zareagować i w efekcie resztę podróży spędzili w milczeniu, każde odwrócone w swoją stronę.

Jakiś czas później jechała tą drogą sama. Ku swojemu wielkiemu zdumieniu spostrzegła wówczas dwa strumienie - po jednym z każdej strony drogi.

Tym razem prowadziłam - opowiadała ze smutkiem. - Strumień, który widziałam przez swoje okno, był dokładnie tak brzydki i zaśmiecony, jak go opisywał mój ojciec.

Wtedy jednak - gdy się nauczyła wyglądać przez okno ojca - było za późno; ojciec już nie żył."

Wyrzucam sobie, że staję po stronie wiem , wyrzucam sobie, bo nic nie wiem. I nie mam narzędzi do mierzenia, a tak często wydaje mi się, że właśnie najlepiej wiem.

I Ci z Góry mi pokazują gdzie jest moje miejsce wobec choroby zabijającej moją mamę i moją przyjaciółkę. Wobec tego nic nie wiem, mogę jedynie zaufać w nie obie, które też nic nie wiedzą.

Patrzę przez Ich okna, tak różne.

Chwilami proszę Tamtych, żeby dali spokój.

Codziennie spoglądam na świat z okien wielu ludzi i to bywa straszne, piękne, niesamowite, porażające, niezwykłe, bolesne, przytłaczające, makabryczne, przestrzenne, cudowne...

Przenigdy nie zamieniłabym tego na cokolwiek.

Kolejne okna.

Nauczyłam się. Trochę.

Więc za każdym razem widzę życie drugiego człowieka poprzez jego okno.

No chyba, że go poniesie nazbyt daleko... Wtedy się staram długi czas, a na końcu zazwyczaj mi się udaje. Tego nauczyła mnie Małgosia.

Mogłabym mieć jedno marzenie,
Takie skromne, choć spore.

Chciałabym spotkać kogoś, kto popatrzy przez moje okno.

Wszyscy jesteśmy tylko pasażerami.

I od nas zależy jak ta Droga przebiegnie.

I jak będziemy blisko z innymi.

Na ile.

Na jak.

Instruction Manual for Life.


___________________________________

* Irvin D. Yalom "Dar Terapii. List otwarty do nowego pokolenia terapeutów i ich pacjentów". IPZ 2003

30 maja 2010

Mężczyźni - katalog pozornie pesymistyczny [2]

SAMIEC ALFA (WERSJA BETA) - do złudzenia przypomina samca alfa (alfa), lecz w istocie swojej ma jeszcze wiele przed sobą.
Samiec alfa (wersja beta) miał kiedyś potencjał, który zaprzepaścił z różnych powodów. Coś mu stanęło na przeszkodzie i przeszedł do innej kategorii, choć się otrząsnął i bardzo chce powrócić do źródeł.
W związku z zaistnieniem w nim żródła szanse ma przeogromne, acz łatwe do ponownego zaprzepaszczenia z powodu wcześniejszego rozmemłania się.
Będzie robił początkowo dwa kroki do przodu i trzy do tyłu, przy dużej staranności proporcje zaczną się odwracać, a w optymalnej wersji rzeczywiście wyjdzie na prostą.

Wszystko zależy od tego kiedy go spotkasz.

Jeśli kiedyś tam, to i tak przegrałaś, bo zboczył gdzieś tam.
Jeśli chwilę po otrząśnięciu się przez niego, nie miej zbyt wielkich nadziei - pokusa łatwego może wygrać.
Jeśli na etapie dwa do przodu - trzy do tyłu, powinnaś bardzo kochać i być cierpliwa ponad miarę, wtedy macie szansę.
Uważaj, żeby nie przeoczyć jego powrotu do innych kategorii. Może właśnie już nie zmierza do źródła, lecz odpuścił sobie. Przekonasz się, choć lojalnie uprzedzam, że może cię to bardzo dużo kosztować.

Samiec alfa (wersja beta) jest w jakimś sensie pozorantem, gdyby nim nie był byłby samcem alfa (alfa).
Uważaj na pozory kobieto, uważaj.
Tym bardziej, że on sam upierał się będzie przy prawdziwości swoich zachowań, autentyczności, choć wcześniej czy później przekonasz się jak to jest naprawdę. Oby nie zbyt późno.

Samiec alfa (wersja beta) tęskni za miłością, bliskością, za prawdą między kobietą i mężczyzną. Ma jakieś mgliste wyobrażenie, coś przeczuwa. Wie i nie wie. Z pewnością będzie się bał.
Równie dobrze możecie wygrać, jak przegrać.
Powodzenia.


PROSTY CHŁOP - mężczyzna nie opierdalający się w tańcu, że tak powiem.
Nie czaruje, nie zrzędzi (przynajmniej na początku) tylko z całą parą własną rusza na kobietę.
Wiele nie przeczytał, lubi kino akcji, w szkołach zbyt długo nie siedział, choć może mieć niezły fach w rękach. Nie zapewni ci zbyt wielu rozrywek, w tym jeszcze mniej intelektualnych.
Chce zupy, ziemniaków z mięchem i dobrego dla siebie seksu wieczorem. W udoskonalonej wersji jest niesamowitym kochankiem - zwierzakiem.
Jego życiowe przełożenia są proste, niekiedy prostackie. Jest głęboko przekonany, że prawdziwych mężczyzn już nie ma, jeśli nie liczyć jego samego, a baby się rozpuściły jak dziadowski bicz.
Potrafi być uroczy, zwłaszcza w udoskonalonej wersji...
Docenia w kobiecie to, co w jego opinii jest w kobiecie istotne: tyłek, piersi, częstotliwość chęci seksualnych i zdolności kuchenne, gdyż jeść trzeba.
W obyciu jest raczej surowy, jakby ciosany.
Ma swoje zalety, które doceni wiele kobiet.

NAUCZYCIEL - wybiera kobiety zdecydowanie młodsze od siebie chcąc pokazać im czym jest życie, jak może smakować, co warto, co niekoniecznie.
Wprowadza je w świat erotyki i rozkoszy, choć jeśli świat nie zmieni kierunku, to okaże się coś jednak przeciwnego - młode kobietki będą uczyć starszych od siebie mężczyzn. Może już i dzisiaj tak jest, kto wie?

Nauczyciel musi mieć w sobie COŚ, co je przygna do niego. Oczywiście może to być sytuacja materialna, pozycja społeczna. Może to być też zagadka, chęć wejścia w świat dojrzałego mężczyzny, próba zobaczenia jak to jest. A i on może mieć różne motywacje: od powrotu do smaku młodziutkiego ciałka, po opętańczą miłość
.
Stara się i jest systematyczny, Bywa w tym uczciwy. Bywa, że kocha prawdziwie.

Zaprasza ją do swojego świata współuczestnicząc w jej świecie. Przy odpowiednich warunkach brzegowych mogą spędzić ze sobą resztę życia. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że w niej obudzi się ciekawość innego mężczyzny i za tą ciekawością pójdzie, rujnując go emocjonalnie do szczętu, albo pozostawiając z poczuciem nadwyrężenia finansowego, albo z jednym i z drugim.
On, może utrzymać swój życiowy program w mocy, a może sobie odpuścić.
Życie niekoniecznie lubi programy, więc zacznie samo go uczyć.
Ile się nauczy?


cdn...

25 maja 2010

Moja Droga Gretchen [12]

- Nagle zabrakło mi czasu, właściwie na wszystko. Jeśli w tym braku z czegoś mogę się jeszcze cieszyć, to z niedawnej radości jego posiadania.
Program przerzuca mnie do starszych wersji wykorzystując moją znakomicie działającą pamięć operacyjną.

- Przywiązałaś się do czasu?

- Przywiązałam się. Do rytmu. Braku, który dziś jest nadmiarem. Trochę tak, jakbyś stworzyła siebie i w sobie była, i całkiem była nieźle, aż niespodziewanie jedno coś wywołuje drugie coś, a to drugie, trzecie, czwarte i pierdylionowe. Początkowo nie bardzo wierzysz, ale jakoś to będzie - tak sobie myślisz, potem niby się naginasz, żeby niby rozpoznać po skutkach.

- Skutkach?

- Skutkach, czyli konsekwencjach. Szłaś a biegniesz, myślałaś a używasz mózgu jak maszynki, zatrzymywałaś się a dzisiaj mówisz za chwilę, czułaś a nie czujesz, śniłaś a śpisz, byłaś a już nie wiesz czy jesteś próbując złapać w dłonie najleższy dowód własnego bycia.
Nie, nie trwania, bycia.

- No i?

- No i masz kolejne skutki konsekwencji, albo konsekwencje skutków. Gonię siebie mając skończoną świadomość nie-podążania. Nie widzę swojego cienia choćby. Przestaję widzieć, staram się dotrwać.

- Do czego?

- Nie wiem... Z przyzwyczajenia może...

- Przyzwyczajenia?

-Zadajesz dzisiaj tylko pytania... Nie wiem... to chyba ma sens, ale niekoniecznie znam odpowiedzi.
Z przyzwyczajenia do bycia i gonienia, nawet wbrew sobie. Zupełnie jakbym się przestawiała na opcję konieczną, tylko komu konieczną?
Jestem niewolnikiem rzeczywistości, która stwarza mnie na jakieś nowo cholerne, którego nie chcę i którym gardzę, nie mając chwili przekładam sekundy na przyszłe minuty. Mówię sobie jeszcze chwila i będę wiedziała, znajdę, zdecyduję, poukładam, poodzielam, zbiorę, nie ustąpię, odpuszczę, wróci oddech. Nie za bardzo oddycham, bez żadnej przenośni.

- Męczy mnie słuchanie...

- Nie bardzo masz wyjście jak sądzę, choć rozumiem co męczy. Spróbuj wyobrazić sobie...

- Jak ciebie męczy?

- Na przykład.

- Wyobrażam sobie, tylko nie bardzo to wszystko rozumiem.

- Wiem, to trudne lub bardzo trudne.

- Chodzi o to, że patrzę na ciebie jak robisz to czy tamto i teraz nie wiem o czym mówisz.

- A ja nie wiem kto mógłby wiedzieć skoro ty nie wiesz.

- Słuchaj, tobie się wydaje, żeś jakaś taka wyjątkowo pokrzywdzona, to bez sensu.

- Nie czuję się wyjątkowo pokrzywdzona niezmiennie czując się wyjątkową, co też jest źródłem kłopotów. Chociaż nie, jestem wyłącznie śmiertelnym zmęczeniem. Zmęczeniem pozbawionym czasu.

- Czasu na co?

- Na zwykłe i proste rzeczy, na brak prostoty, na niezwyczajność.

- Hmm?

- Żeby coś przemyśleć potrzebuję już co najmniej doby, żeby popłakać powinnam napisać podanie z trzytygodniowym wyprzedzeniem, żeby, żeby, żeby, a czasu nie ma...

- Jest to, że nie potrafisz go odnaleźć...

- I jeszcze coś... Kiełkujące lecz już wyraźne. Niechciane, spychane i kopane.
Nie mam chwili do spotkania się ze sobą, poczucia czegoś naprawdę.
Siedzę nocą, budzę się wyczerpana już w blokach startowych. W tych pięknych okolicznościach za często muszę tłumaczyć, wyjaśniać, prostować, udowadniać.
Mogę to zrobić bez naciągania rzeczywistości tylko wiesz, nie mam siły i coraz mniej mi się chce, a czuję ten idiotyczny przymus stania po stronie własnej prawdy, chwilami wyglądającej nawet na obiektywną.
Znasz mój stosunek do wszelkich prawd prawdziwych, tak? A ja muszę bronić oczywistości, przypominać. Przypominać więc pamiętać, nie mogę sobie pozwolić na brak pamiętania, na umykanie szczegółow. Wszystkie te filmy przechowuję i układam na kolejnych półkach w prywatnym archiwum. Żeby nie można było czegoś tam wygrzebać i rzucić mi szmatki nieprawdy.
Więc jeśli o czymś marzę to o zapomnieniu...
To byłoby niesamowite móc pozwolić sobie na lekkie powiedzenie nie pamiętam. Albo mieć inną konstrukcję pozwalająca chrzanić sytuacje, ludzi, zarzuty przykryte udawactwem.

- Duszno jakoś, może otwórz okno?

- Okna są otwarte, co jak widzisz w niczym nie pomaga.

- Zagraciłaś przestrzeń. Całe to archiwum przydusza. Widzę ile tego jest. Zacznij wypieprzać graty, zrób porządki, to z wiosną robi tylu ludzi.

- Nie widzę wiosny, po mojej stronie wciąż sezon jesienno-zimowy. Nie zapowiada się na zmianę.

- Zmiany się nie zapowiadają, po prostu przychodzą cichutko, bez rozgłosu.

- Wiem, słyszałam o tym od ludzi.

- Więc?

- Jeszcze nie.

- A kiedy?

- Za chwilę?

- Długo już to powtarzasz.

- Odkładam i przekładam. Coś jednak porządkuję, na tyle na ile mnie stać w tej chwili.
Kilka gratów wyleciało, jacyś ludzie razem z nimi. To jest zaleta braku czasu - przestajesz się zastanawiać zbyt długo, przemyśliwać do kości.
Upraszczasz.
Upraszczam.
Tylko nieustannie przybywa danych, które trzeba poddać koniecznej analizie. Coś wraca, ktoś wraca i czegoś chce, ja wracam do starych spraw. Jestem jak młynek, któremu nie pozwala się przestać pracować: mieli i mieli.

- Się nie przepal.

- Się staram, bo dzieją się także rzeczy piękne. Dla nich się staram, szkoda stracić to wszystko.

- One nie są twoje, te piękne rzeczy...

- Nie są, nie są - jasne - lecz mam szansę widzieć jak nabierają kształtów i zapachów.

- I to ci wystarcza?

- Radość jest tym czym jest. Pojawia się, chcę ją zauważać. Dotykać. Uczestniczyć.

- Co z tobą?

- Odcięta od czucia, myślę. Myślenie powoduje zmęczenie. Zmęczenie mnie wykańcza zaciemniając wyraźne widzenie. Poruszam się w półmroku, bez kompasu.
Słuchaj, poruszam się nie zmierzając w żadnym, ściśle określonym celu. Wykonuję ruchy od do świadomie rezygnując z obierania kierunku. Przedziwny rodzaj wolności niewolnika.

- Ładne...

- Może...

- Coś zamierzasz?

- Nie ruszam się z miejsca.

17 maja 2010

Gretchen w Publicznej Służbie: Pismo

Rządy ewidentnie carującej Dyrekcji mają się dobrze, wzmacniają się niejako, wszystko idzie ku sile i kontroli, co za jakiś czas powinno nam dać monarchię absolutną, albo coś a la w podobie.
Część tego procesu zmierza w kierunku od paszczy ku papierowi czyniąc go widzialnym i właściwie to dobrze, bo pierwszy okres (błędów i wypaczeń) był raczej wyłącznie słyszalny. Mało bębenki w uszach nie popękały.
Papierzydła śmigają, aż miło popatrzeć. Jedne idą wewnętrzną pocztą, inne faksem, i z powrotem.
Jak tak dalej pójdzie to prośba o pisemną formę też będzie pisemna i czas ten zostanie przez historię określony jako epistolograficzny.
Wiele jeszcze przed nami.

Wspomniany wcześniej szeroko i pierwszoplanowo kolega, który udał się do Moskwy utrzymał swoje wątłe miejsce na naszym Posterunku, ale nic za darmo.
Miał on otóż rozważyć w swoim sumieniu, po przeprowadzonym jego rzetelnym rachunku, w jaki sposób konkretnie zamierza zrekompensować Publicznej Służbie swoją trzydniową, skandaliczną nieobecność.
Rozważył i zdecydował, że odda każdą wydartą Służbie godzinę, co do minuty.
Dobry z niego i oddany poddany.

Swoje wnioski przedstawił oficjalnie, w pozycji na baczność, Najlepszej Szefowej, która tę radosną dla wszystkich wiadomość przekazała nie mniej oficjalnie i w pozycji zasadniczej, Dyrekcji.

Dyrekcja dobrotliwie pokiwała głową, z zadowoleniem przyjmując postawę tak pięknie wytresowanych pracowników, którym dwa razy powtarzać nie trzeba, choć sami muszą powtórzyć od trzech do pięciu razy, co wynika z zaprzątnięcia dyrektorskich głów sprawami wagi najwyższej.
Pokiwawszy i przyjąwszy wydała pisemne polecenie pisemnej odpowiedzi (oto jaskółka preepistolograficzna), żeby potem nie było totamto.

Kolega się natężył i naprężył, podrapał po głowie i zasiadł do pisania, a proces ten poprzedzony był kilkudniowym, głębokim zastanowieniem nad przedmiotową kwestią.
Muszę przyznać, posypując całą siebie popiołem, że nie śledziłam twórczego trudu współpracownika i to wcale nie z wrodzonej dyskrecji, czy braku wścibskości. Doprawdy, brak wścibskości trudno mi zarzucić, z dyskrecją sprawa ma się znacznie lepiej.
Zajęta innymi punktami zapalnymi, zupełnie przeoczyłam rzecz całą.

Szczęśliwie Ci z Góry czuwali, żebym jednak nie została pozbawiona możliwości zapoznania się z owocem kolegi, pardą.

Jakoś ze trzy dni temu usiadłam sobie przy nowoczesnym biurku w pomieszczeniu naszej rejestracji, błądząc wzrokiem bezmyślnie i niejako przy okazji omiatając spojrzeniem to piękne pomieszczenie, biurko i artystycznie rozrzucone na nim dokumenty wagi różnej.

I nagle zobaczyłam to.

Odkąd zobaczyłam, moje życie się zmieniło.

Chciałabym się nauczyć na pamięć, ale to zdecydowanie przerasta moje możliwości.
Chciałabym móc zachować tę treść w sobie na zawsze.
Chciałabym umieć tak pisać. Lekko, klarownie ze swadą.

Jak to się stało, że inni przeoczyli nie dojdę, ale zadbałam o to, żeby mogli poczuć zbawienne działanie jednego, jedynego zdania wypełniającego, w jakże skończenie doskonały sposób, treścią Pismo zaopatrzone we wszelkie niezbędne nagłówki.
Stan, który zawładnął mną, udzielił się i targa nieustannie wieloma osobami, więc na naszym Posterunku mają miejsce wstrząsy o niespotykanej dotąd sile.
Zrobiono kilka kopii, jest pomysł powiększenia, oprawienia i zawieszenia na ścianie tego dzieła, które bez wątpienia zachowa się w pamięci potomnych.

Postanowiłam więc zawiesić je i tutaj, w tym moim skromnym zakątku, by niosło radość i szczęście każdemu, kto zechce przeczytać.



"Zaległe godziny chciałem odpracować systematycznie zostając dłużej w pracy każdego dnia, tj. przychodząc wcześniej lub kończąc później, tak by z końcem maja suma zaległych godzin była równa sumie dodatkowych godzin pracy."



Trudno uwierzyć, ale Dyrekcja uznała tę deklarację za zbyt mało precyzyjną i domaga się kolejnych wyjaśnień.
Oczywiście na piśmie.



W następnym odcinku: Gretchen, Publiczna Służba i Żywioły.

11 maja 2010

Mężczyźni - katalog pozornie pesymistyczny [1]

CZARODZIEJ - czyli ten, który wie. A właściwie, Wie.
Ma czar, jest tajemnicą i dba by nią pozostać, w stopniu niezgłębionym dla kobiety, ponieważ tylko na tym snuje swoją nić. Misterną i lepką.
Zna słowa wcześniej niesłyszane.
Tka frazy, zgłębia, pogłębia i dociera.

Jest niepowtarzalny dopóki nie spotkasz kolejnego czarodzieja, ale w tej danej chwili wydaje ci się niemożliwym spotkać kiedykolwiek kogoś, choćby zbliżonego do obrazu jaki sama w swojej głowie malujesz, przy jego magnetycznej pomocy.
Jego życie to gotowy materiał na co najmniej kilka książek, jeden serial, a może i nawet film długometrażowy.
Jest przepełnione cierpieniem, esencją poszukiwania, niegasnącą tęsknotą za znalezieniem Jej oczu, smaku i zapachu.

Udręczony szukaniem odnajduje Ciebie, zazwyczaj przypadkiem.
Wobec braku przypadków w znanym nam wszystkim świecie, pozostaje Przeznaczenie.
Przeznaczenie, które odpowie na każdą twoją tęsknotę, głęboko schowaną być może od lat, być może od niedawna.
Wyczuje ją w ciągu kilkunastu minut, bo przecież gdyby nie miał punktu zaczepienia, który jest w tobie, musiałby zniknąć natychmiast, jako istota zupełnie nie na miejscu.
Czeka na znak, czy dobrze trafił.

Będzie cię otulał słowami, obietnicami, rozbudzał twoją wyobraźnię.
Wszystko jest od dziś możliwe, bo oto wreszcie, po latach emocjonalnej poniewierki, spotkaliście się.

Przepełniony cierpieniem mężczyzna szukający wytchnienia. Piękne i kuszące skoro znajduje wytchnienie w tobie.
Poradzisz sobie z myślą o jego przeszłości, nie dopuścisz cienia myśli domagającej się od ciebie jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Choćby tego, że nawet jeśli ta przeszłość jest prawdą, to zmierzyć się będziesz musiała z czymś strasznym.
Nie.
Uwierzysz w jego słowa i gesty.

Kiedy tylko poczuje, że ma cię w zasięgu, na wyciągnięcie ręki, nagle zacznie się leciutko wycofywać, co prawdopodobnie sprawi, że przyspieszysz kroku.
Błąd.
Odtąd on będzie coraz dalej, ty będziesz biec coraz szybciej.
On będzie szybszy.
Zniknie za horyzontem.

INTELEKTUALISTA - niekoniecznie musi być nadzwyczajnie atrakcyjny fizycznie.
To kolejny, po czarodzieju, uwodzący słowem.
Umie robić to tak, że otwierasz oczy ze zdumienia i padasz na kolana przed jego wiedzą, oczytaniem, umiejętnością myślenia.

Nie musi czarować - wie w czym tkwi jego siła.
Trochę potrzyma cię na dystans, żeby sprawdzić czy rozumiesz trudne słowa. Jakiś czas później zacznie się zbliżać, a ty zaczniesz omdlewać na samą myśl, że KTOŚ taki tobą właśnie się zainteresował.
Kolejne omdlenia spowoduje następna myśl, że KTOŚ TAKI mógłby cię dotknąć.
Zacznie być, w twoich oczach, coraz piękniejszy fizycznie, zaczniesz dostrzegać co w jego fizyczności ciekawe i choćbyś znalazła jedną tylko rzecz, to i tak ona urośnie w tobie do niebotycznych rozmiarów.

Kobiety mają seks w głowie, nie w narządach, i nikt nie wie o tym lepiej od intelektualisty.
Nie ofiaruje ci tego, co każdy inny - nie kwiaty, nie kolację, nie.
On da ci książkę, płytę, zaprosi do teatru, w ostateczności do kina. Możliwe jest też zaproszenie na koncert w filharmonii. Będzie wiedział lepiej od ciebie. Będzie twoim przewodnikiem po skomplikowanym świecie prawdziwej literatury i sztuki w ogólności.

Nie będziesz wiedziała jak jesteś czytelna dla niego z tym swoim zachwytem, głodem w oczach proszącym o więcej.
Położysz się na talerzu, razem z nożem, widelcem i jego ulubioną przyprawą, czekając na spełnienie.

O ile nie jest żonaty, a ty nie jesteś zwyczajnie głupia, to macie szansę

SAMIEC ALFA (wersja alfa) - zjawisko unikalne w przyrodzie. Absolutnie unikalne.
Samiec alfa (alfa) to zrównoważony na miarę męską osobnik, który dokładnie wie czego chce.
Ma kontakt ze sobą, nie rozdrabnia się, nie szuka pieprzu w malinowym gaju.
Ma zasady, od których nie odstępuje, lecz nie jest debilnym zakapiorem.
Myśli.
Czuje.
Umie mówić, ale nie pieprzy jak potłuczony.
Kobiety go kochają za samo to, że jest.

O ile się po drodze nie zepsuje mogą być z niego ludzie, ale jak się zepsuje schodzi do innej kategorii i przestając być tym, kim jedynie przupuszczalnie już był.

Samiec alfa (alfa) nie jest zwierzęciem wyrywającym laski.

Samiec alfa (alfa) jest człowiekiem.
Błądzącym, poszukującym, omylnym, ale człowiekiem.
Ma klasę.
Niczego nie musi sobie udowadniać przy użyciu kobiety. Szanuje ją, okazuje to, ale nie robi z siebie fircyka.
Ma dystans i naturalny ogień.

Seksualnie żadna inna kategoria mu nie dorówna (właściwie żadna inna kategoria mu nie dorówna po prostu), bo czując słucha, jest uważny.
Raczej się nie zawiedziesz. :)

Będziesz musiała pogodzić się z autonomią części jego terytorium, z brakiem dostępu do niektórych spraw.
Jeśli nie umiesz wypadasz od razu.
Jeśli umiesz, jesteś kobietą i nie cudujesz jak to babki potrafią, może właśnie dotykasz męskiego misterium.

Samiec alfa (alfa) jest lojalny, uczciwy, fascynujący.

Nie ofiaruje ci misia na walentynki, nie założy kapciochów, nie będzie z uwagą się pochylał nad twoim świeżutkim manicurem.

Nie usidli cię, nie omami, nie osaczy.

Mężczyzna-wyzwanie. Tylko dla prawdziwie kobiecych kobiet.

Szacunki mówią, że jest ich na świecie około dziesięciu, licząc w sztukach.


cdn...