Ledwie dzisiaj weszłam w progi mojego posterunku usłyszałam znajomy ton w słowie Gretchen.
Wypuściłam psa z przenośnej torby i już miałam się zastanowić co się zepsuło i wymaga naprawienia, ale nie zdążyłam ponieważ Najlepsza Szefowa wyartykułowała, że chodzi mianowicie o naszą kserokopiarkę połączoną z drukarką.
Wiele razy naprawiałam to jakże skomplikowane urządzenie wyciągając, wyszarpując czy też delikatnie wysuwając wkręcony w tryby papier.
Z dość tajemniczych powodów tylko ja wiem, choć w szkole mnie tego nie uczyli, gdzie się otwierają poszczególne części. Wiedza ta jest niezwykle ważna, bowiem trzeba wiedzieć, z której strony wyciągać, z której wyszarpywać, z której wysuwać.
Jest bardzo ciepło, bardzo jest ciepło.
W tych okolicznościach przyrody taszczę na własnym ramieniu niedużego amstaffa celem nielegalnej socjalizacji oraz z powodu, że nie chcę się z nią jeszcze rozstawać na tak długo. Oczywiście ze względu na jej dobro.
Więc jest cieplutko, a mimo to zaglądam do maszyny i od razu stwierdzam, że sprawa jest dość trudna i bez rozkręcania urządzenia się nie obejdzie. Na to Szefowa mówi, że wezwała pana do naprawy. Się pytam po co mam się tym zajmować w takim razie, a ona mi na to, że może będzie to oszczędność czasu, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie pan, a ja wszak już jestem.
Fakt, jakaś mądrość w tym jest.
Dwie godziny później wkroczyło chłopię spocone niemożebnie i ani dzień dobry, ani skąd jest (ta dziesiejsza młodzież...), tylko pyta czy to ta maszyna. Potwierdzam, starannie zamykając drzwi, za którymi pies śpi snem głębokim.
Stanęłam sobie przy oknie przypatrując się nonszalancji chłopięcia. W pierwszej chwili dostrzegłam coś na kształt politowania, że baby same sobie papieru nie potrafią wyjąć z urządzenia, na co zarechotałam w duchu okrutnie.
Chłopię ocierało pot z czoła wykonując czynności jakie sama wykonałam, do tego w analogicznej kolejności o czym nadmieniłam szeptem Szefowej.
Duch dalej rechocze. Nie żeby mój duch był jakiś taki złośliwy, co to to nie, po prostu skonstatowałam, że dziecię nie przyniosło ze sobą nic prócz swojej spoconej osoby.
Żeby jeszcze atrakcyjnie się pocił, na przykład jak amerykański mechanik samochodowy utytłany smarem...
Nie pomagałam mu i nie przeszkadzałam, aż tu nagle poprosił o nóż. Ok, idę po nóż. Wzięłam nawet dwa, taki długaśny do chleba i zwyczajny o zaokrąglonym kształcie.
Ja patrzę, a ten wtłacza jeden z nich w śrubkę!
Bez wykonywania półobrotu sięgnęłam na półeczkę jednocześnie pytając czy śrubokręt nie byłby lepszy.
I proszę, okazało się, że byłby.
Ale to był zły śrubokręt.
Wyszłam na chwilę, niech mężczyzna sobie radzi.
Musiałam wrócić na prośbę Szefowej nadmieniającej, że zwariuje. Nie chciałabym dopuścić do takiego stanu, to wracam.
Maszyna nie rozkręcona, dzieciaczyna spocona. Hej!
Zasapał się już trochę biedak, aż doznał olśnienia, że można ten podługowaty nóż wcisnąć w maszynerię.
Pomysł dobry choć głupi.
Efektów brak, to się mnie zapytowywuje czy nie mam grubszej kartki. Jakiej grubszej się dopytałam i wyszło, że chodzi o tekturę.
Podałam teczkę czystą.
Znowu patrzę i widzę, że on próbuje wetknąć tę teczkę tam, gdzie wcześniej wpychał nóż.
Uznałam sprawę za beznadziejną mniej więcej w tym samym momencie co on.
- Nie da się. - wystękał.
- Widzę, że się nie da. Więc?
- Trzeba rozkręcić.
- Wiem. Więc?
- No nie wiem.
- To znaczy, że tak ma zostać?
- Nieeeee, no jutro ktoś przyjdzie.
Tak jak przyszedł bez dzień dobry, tak wyszedł bez do widzenia. Popatrzyłam na zamykające się za nim drzwi.
Następnie odpowiadałam na głupie pytania Szefowej czy naprawił? Czy dzisiaj wróci? I takie tam.
Zeźlona Szefowa zadzwoniła do przełożonej chłopięcia. Powiedziała co i jak, na co usłyszała: no z tymi chłopami to właśnie tak jest.
Może i jest, chętnie się zgodzę.
Nie minęło pół godziny odką wyszedł jak powrócił. Zawsze wracają.
Miał ze sobą chyba ze trzy śrubokręty!
Gmerał, gmerał i naprawił. Nie można było tak od razu?
Pewnie nie, bo jest gorąco, mówimy o Publicznej Służbie gdzie upałowy dzienny przydział wody na osobę wynosi 200 mililitrów.
Nawet pełnej szklanki wody nie przydzielą, podobnie jak nie przydzielą kompetentnego pracownika.
Tekst miał być o żywiołach w Publicznej Służbie, uznajmy ten tu oto za wstęp. W następnym będzie o ogniu i wodzie, chyba że rzeczywistość mnie zaskoczy, co jest codziennością w Publicznej Służbie.
21 lipca 2010
17 lipca 2010
Gdyby
Moja mama zaprosiła Najlepszą Szefową do swojej (właściwie mojej, umówmy się) posiadłości.
Naturalnym biegiem rzeczy byłam zaproszona również ja, zapewne na wypadek nie klejenia się eleganckiej konwersacji. Skoro ja to i Greta, tak to teraz już jest, że prawie wszędzie jesteśmy razem, a tym bardziej oczywiście jesteśmy razem w sytuacjach kiedy pozostająca w kwarantannie Greta ma jedyną okazję pobrykać na trawie.
W związku z tym Rodzicielka, chcąc poznać Najlepszą Szefową, musiała zaakceptować jeszcze dwie żywe istoty jako uroczy dodatek. Nie wyglądało by rzecz cała była jej wstrętną zwłaszcza, że podjęłam zobowiązanie obiadowe i zrealizowałam je od początku do końca.
Wyruszyłyśmy z mojego Placu dzielnie, jeśli wziąć od uwagę rozszalałą temperaturę i nie mniej dzielnie pokonywałyśmy kolejne odcinki tramwajowo - autobusowo - piesze. Niosłam na sobie zakupy spożywcze i niedużego amstaffa, a słońce się temu przyglądało świecąc jeszcze mocniej, być może z radości.
Mamusia umyśliła, że powinnyśmy pójść skrótem, czyli pojechać dalej, za to iść krócej. Całkiem ciekawa myśl, chociaż miałam wątpliwości czy to dobry moment na nowe ścieżki...
Doszłyśmy bez przeszkód, zjadłyśmy, rozmawiałyśmy, Greta poznała labradorkę mojej mamy. No jednym słowem SIELANKA.
Cukinia z grilla z fetą i suszonymi pomidorami była pyszna, polędwica a jakże. Panie się polubiły i miło rozmawiały, psy galopowały po ogrodzie podczas gdy ja piekłam się na grillu razem z warzywami i mięsem. Szczęśliwie nie nadaję się do konsumpcji więc zachwyty skierowane były we właściwym kierunku.
Matka moja, która dostawała naprzemiennie dreszczy i drgawek na samą myśl o amstaffie, już jest całkowicie zakochana i choć jeszcze niedawno musiałam z nią ustalać na poważnie czy będę mogła liczyć na pomoc, czyli pozostawienie jej psa w razie ostatecznej konieczności, wyszła z propozycją pozostawienia mordercy pod jej dachem do zakończenia kwarantanny. Względność rzeczy jest zaskakująca.
Kiedy już się wykokosiłyśmy wzięłam psa na ramię, plecak na plecy, a Szefowa szła samodzielnie. Miałyśmy wracać tą samą skróconą drogą, ale ma się rozumieć źle skręciłyśmy i nastąpiło zagubienie w przestrzeni i tylko dzięki przypadkowo napotkanemu panu udało nam się nie nadłożyć więcej niż dwa kilometry.
Ja wiem, że dwa kilometry to nie jest dużo, ale jednak kiedy słońce się uśmiecha szeroko i na ramieniu ma się w oczach rosnącego psa, komary latają jakby się zmówiły z innymi owadami, to dwa kilometry zupełnie inaczej smakują.
Maszerujemy. Już jesteśmy na dobrej drodze, już rozpoznajemy nieruchomości i szczegóły. Ja, w takich sytuacjach jestem jak człog. Nie mówię, nie skomlę - pokonuję drogę.
I nagle patrzę w prawo... Działeczka, domeczek, ogródeczek. Stoliczek, fotelik, na stoliczku zimne piwo, przy stoliczku mężczyzna w pozie relaksacyjnej.
- Zobacz - mówię do Najlepszej Szefowej - niektórzy mają zdecydowanie lepiej od nas. Pan sobie siedzi wyciągnięty, zimne piwo obok i ptaszki napitalają.
- Ma złamaną nogę - skomentowała krótko Szefowa.Dopiero wtedy dostrzegłam gips na końcu pana.
Znowu względność, wzbogacona o to co oczywiste, widzimy tyle, ile chcemy zobaczyć.
Kilkananaście minut później znowu czegoś nie zobaczyłam i tylko dzięki życzliwości Tych z Góry nie zostałam pochłonięta przez rozpędzony autokar. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, a jedna pani nawet podeszła, żeby powiedzieć, że zupełnie nie chodzi o mnie, ale psa byłoby żal.
Dziwne, bo jak przebiegałam przez ulicę to wszystko widziałam.
Ten samochód z lewej jechał szybko tylko był daleko jakoś.
Autokar z prawej zobaczyłam nagle i był bardzo blisko, kierowca się wystraszył, a ja przefrunęłam przedziwnie.
Ktoś coś zatrzymał na setne sekundy. Tyllko na tyle, żeby nie było widać, ale żeby wystarczyło.
Uśmiechnięta stanęłam na przystanku udając, że nie czuję wstrzymanych ludzkich oddechów, nie widzę przerażenia w twarzach.
A gdyby mnie tak zmiotło?
Nie zmiotło.
Inny scenariusz.
Gdybyśmy szły inną drogą...
Gdyby ten pan nie szedł akurat...
Gdyby tamten obcy człowiek nie złamał nogi...
Gdyby Matka moja nie zaprosiła Najlepszej Szefowej...
Gdyby nie jest najlepszą strategią na życie. Wszystko mogłoby być, a jest to, co jest.
Ograniczone w naszym widzeniu.
Jakoś łatwiej dostrzegamy brak jednego, niż dostatek gdzieś indziej.
Wszystko się zmienia z chwili na chwilę i tylko przywiązanie, i upór, i nasze ograniczenia sprawiają, że nic nie widzimy.
Jeśli wybrałybyśmy dobrą drogę nie byłoby historii z autokarem.
Jeśli czas nie zostałby wstrzymany na ułamki sekund, moja Szefowa Najlepsza na świecie po mgnieniu oka zobaczyłaby mnie roztrzaskaną na drodze.
Nie widziałaby jak, bo szła pierwsza.
Tymczasem dziś jest dziś, jutro się zbliża.
Życie trwa, razem z każdym najmniejszym wyborem prowadzącym w nieznane.
Naturalnym biegiem rzeczy byłam zaproszona również ja, zapewne na wypadek nie klejenia się eleganckiej konwersacji. Skoro ja to i Greta, tak to teraz już jest, że prawie wszędzie jesteśmy razem, a tym bardziej oczywiście jesteśmy razem w sytuacjach kiedy pozostająca w kwarantannie Greta ma jedyną okazję pobrykać na trawie.
W związku z tym Rodzicielka, chcąc poznać Najlepszą Szefową, musiała zaakceptować jeszcze dwie żywe istoty jako uroczy dodatek. Nie wyglądało by rzecz cała była jej wstrętną zwłaszcza, że podjęłam zobowiązanie obiadowe i zrealizowałam je od początku do końca.
Wyruszyłyśmy z mojego Placu dzielnie, jeśli wziąć od uwagę rozszalałą temperaturę i nie mniej dzielnie pokonywałyśmy kolejne odcinki tramwajowo - autobusowo - piesze. Niosłam na sobie zakupy spożywcze i niedużego amstaffa, a słońce się temu przyglądało świecąc jeszcze mocniej, być może z radości.
Mamusia umyśliła, że powinnyśmy pójść skrótem, czyli pojechać dalej, za to iść krócej. Całkiem ciekawa myśl, chociaż miałam wątpliwości czy to dobry moment na nowe ścieżki...
Doszłyśmy bez przeszkód, zjadłyśmy, rozmawiałyśmy, Greta poznała labradorkę mojej mamy. No jednym słowem SIELANKA.
Cukinia z grilla z fetą i suszonymi pomidorami była pyszna, polędwica a jakże. Panie się polubiły i miło rozmawiały, psy galopowały po ogrodzie podczas gdy ja piekłam się na grillu razem z warzywami i mięsem. Szczęśliwie nie nadaję się do konsumpcji więc zachwyty skierowane były we właściwym kierunku.
Matka moja, która dostawała naprzemiennie dreszczy i drgawek na samą myśl o amstaffie, już jest całkowicie zakochana i choć jeszcze niedawno musiałam z nią ustalać na poważnie czy będę mogła liczyć na pomoc, czyli pozostawienie jej psa w razie ostatecznej konieczności, wyszła z propozycją pozostawienia mordercy pod jej dachem do zakończenia kwarantanny. Względność rzeczy jest zaskakująca.
Kiedy już się wykokosiłyśmy wzięłam psa na ramię, plecak na plecy, a Szefowa szła samodzielnie. Miałyśmy wracać tą samą skróconą drogą, ale ma się rozumieć źle skręciłyśmy i nastąpiło zagubienie w przestrzeni i tylko dzięki przypadkowo napotkanemu panu udało nam się nie nadłożyć więcej niż dwa kilometry.
Ja wiem, że dwa kilometry to nie jest dużo, ale jednak kiedy słońce się uśmiecha szeroko i na ramieniu ma się w oczach rosnącego psa, komary latają jakby się zmówiły z innymi owadami, to dwa kilometry zupełnie inaczej smakują.
Maszerujemy. Już jesteśmy na dobrej drodze, już rozpoznajemy nieruchomości i szczegóły. Ja, w takich sytuacjach jestem jak człog. Nie mówię, nie skomlę - pokonuję drogę.
I nagle patrzę w prawo... Działeczka, domeczek, ogródeczek. Stoliczek, fotelik, na stoliczku zimne piwo, przy stoliczku mężczyzna w pozie relaksacyjnej.
- Zobacz - mówię do Najlepszej Szefowej - niektórzy mają zdecydowanie lepiej od nas. Pan sobie siedzi wyciągnięty, zimne piwo obok i ptaszki napitalają.
- Ma złamaną nogę - skomentowała krótko Szefowa.Dopiero wtedy dostrzegłam gips na końcu pana.
Znowu względność, wzbogacona o to co oczywiste, widzimy tyle, ile chcemy zobaczyć.
Kilkananaście minut później znowu czegoś nie zobaczyłam i tylko dzięki życzliwości Tych z Góry nie zostałam pochłonięta przez rozpędzony autokar. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, a jedna pani nawet podeszła, żeby powiedzieć, że zupełnie nie chodzi o mnie, ale psa byłoby żal.
Dziwne, bo jak przebiegałam przez ulicę to wszystko widziałam.
Ten samochód z lewej jechał szybko tylko był daleko jakoś.
Autokar z prawej zobaczyłam nagle i był bardzo blisko, kierowca się wystraszył, a ja przefrunęłam przedziwnie.
Ktoś coś zatrzymał na setne sekundy. Tyllko na tyle, żeby nie było widać, ale żeby wystarczyło.
Uśmiechnięta stanęłam na przystanku udając, że nie czuję wstrzymanych ludzkich oddechów, nie widzę przerażenia w twarzach.
A gdyby mnie tak zmiotło?
Nie zmiotło.
Inny scenariusz.
Gdybyśmy szły inną drogą...
Gdyby ten pan nie szedł akurat...
Gdyby tamten obcy człowiek nie złamał nogi...
Gdyby Matka moja nie zaprosiła Najlepszej Szefowej...
Gdyby nie jest najlepszą strategią na życie. Wszystko mogłoby być, a jest to, co jest.
Ograniczone w naszym widzeniu.
Jakoś łatwiej dostrzegamy brak jednego, niż dostatek gdzieś indziej.
Wszystko się zmienia z chwili na chwilę i tylko przywiązanie, i upór, i nasze ograniczenia sprawiają, że nic nie widzimy.
Jeśli wybrałybyśmy dobrą drogę nie byłoby historii z autokarem.
Jeśli czas nie zostałby wstrzymany na ułamki sekund, moja Szefowa Najlepsza na świecie po mgnieniu oka zobaczyłaby mnie roztrzaskaną na drodze.
Nie widziałaby jak, bo szła pierwsza.
Tymczasem dziś jest dziś, jutro się zbliża.
Życie trwa, razem z każdym najmniejszym wyborem prowadzącym w nieznane.
6 lipca 2010
Obiektywna Gretchen: Marzenie
Spełniłam swoje marzenie, a to jest niesamowite uczucie, coś między niedowierzaniem i zachwytem. Mogę je codziennie obserwować patrząc jak rośnie, chociaż po dwóch dniach urosła mało radykalnie.
Jeśli nie liczyć dwóch osób, wszyscy się sprzeciwiali jej obecności w moim życiu. A to dlatego że... albo właśnie dlatego że...
Mniejszość mówiła, żeby iść za głosem serca, że marzenia trzeba spełniać póki życie trwa, że nie ma na co czekać skoro tak chcę.
Więc...
Wszystko się odbyło dziwnie, ale dość szybko na ostatniej prostej.
Trzy lata je obserwowałam z oddali.
Dwa tygodnie temu zaczęłam czytać, potwierdzać i zaprzeczać, rozważać, kombinować - teoria przed praktyką.
Teoria mnie przekonała, lecz praktyki jak nie było widać, tak niewidoczną pozostawała.
Wymyśliłam wycieczkę do hodowli celem zweryfikowania wiedzy z uczuciami i w pierwszej chwili było kiepsko.
Dziewięć klusek leżało w pozach jestem szczeniaczkiem tylko, że trochę mnie zaniepokoiła nieobecność osobników dorosłych. Były jakieś dwa, w tym jeden czarny potwór, oba uwiązane z daleka od gości...
Nie, czegoś takiego nie chcę, tego się obawiam.
Pojawiła się myśl o ucieczce.
Pojechałam tam z kilkoma pytaniami, wątpliwościami i nadmiernym poziomem emocji, które odmóżdżyły mnie za bardzo. Oczywiście zadawałam pytania tylko jakoś dziwnie nie mogłam usłyszeć odpowiedzi padających z ust pani Ani.
Baśka i Michał mieli niezłą rozrywkę patrząc na mnie w tym wszystkim i nic specjalnie nie mówili czemu się nie dziwię, choć coś jednak mogliby powiedzieć.
Kluskowa sielanka nadal mnie nie przekonywała, jakby z tła usłyszałam wypuść je z domu i oczom moim ukazało się cwałujące w naszym kierunku ośmioosobowe stado jak najbardziej dorosłych osobników. Nie sądzę bym kiedykolwiek zapomniała to wrażenie: GIGANTYCZNE stado naturalnych morderców łukiem zmierza prosto na mnie...
Nie zdążyłam nic pomyśleć. Życie nie przewinęło mi się przed oczami w przyspieszonym tempie, nie poczułam czy się boję, czy wpadam w panikę, w ogóle nic nie poczułam oprócz dziwnego, lekkiego ukłucia, które mogło znaczyć tyleż wszystko, co nic.
Nie trwało to tyle, ile zajmuje przeczytanie słów.
Dziesiątki sekund bezmyślnych przebijało tylko zdziwienie, albo nie wiem co.
Osiem Mordujących Ludzi Potworów oplotło mnie w czułym merdaniu, sapaniu, oblizywaniu i przynoszeniu piłeczki. Suki, psy, emeryci, renciści, młodziaki, jedna szczenna suka.
Michał się rozpsił jak to on, Baśka zastygła woskowo, ja poczułam o co chodzi, biega, a także w czym rzecz. Instynktownie działałam wyciągając ręce, zbliżając twarz i patrzyłam w te mordercze oczy z zadziwieniem, że są tak przepełnione dobrocią i łagodnością.
Jedno słowo pani Ani wystarczało. Jedno słowo: odejdź, zostaw, przesuń się, nie pchaj się, daj pani spokój (to w odniesieniu do Basi bladej jak papier ryżowy), a one bez sekundy zastanowienia robiły co mówiła i to bez bólu, ociągania się, marudzenia.
- Nie ma hierarchii w tym stadzie - mówi pani Ania - nie może jej być. Śmieszą mnie i denerwują młodzi hodowcy piszący o rangach stadnych tej rasy. Ja jestem przewodnikiem stada, reszta jest na tym samym poziomie.
- Yhmmmm - pomyślam i wymamrotałam.
- Takiemu psu trzeba dać miłość i przytulanie w dużej ilości, bo są bardzo czułe, ale pies zawsze ma robić tak jak ty chcesz Gretchen, nie jak on.
- Yhmmmmmmmmmmm.
Dostałam instrukcje.
Podjęłam decyzję.
Wgłębiałam się, wgłebiam i nadal wgłębiać się będę w zakamarki duszy tych dzielnych, niewiarygodnych, niepowtarzalnych psów będących ofiarami ludzkiej głupoty, pychy i kompleksów.
Doświadczone nie jest dla mnie kwestionowalne - przeżyłam wypad ośmiu obcych amstaffów, na ich terenie, wobec zupełnie obcych ludzi. Żaden nie skrzywił się nawet na strach Basi, która w duchu sobie powtarzała nie mogę się bać! nie mogę się bać! , co jak wiadomo guzik daje w zmierzeniu z morderczym instynktem, a nawet wręcz przeciwnie daje.
Wzięłam ją.
Arystokratkę o potwierdzonych korzeniach. Piękną, mądrą, czułą, siedmiotygodniową.
Tatuś nosi imię Narcotic więc mniej więcej jest z branży, choć urodą nie grzeszy w moich oczach. Matka Jessy jest uosobieniem piękna amstaffa. Młoda, to sam miód i cud.
Otworzyłam sobie drzwi do wieloletniej przygody z siłą, która budzi respekt tym bardziej, że nie jest bezmyślna.
Z mądrością widoczną już dzisiaj.
Z zaufaniem do siebie.
Spełniłam marzenie i zyskałam przyjaciela.
Dałam jej na imię Greta.
Voila!



Jeśli nie liczyć dwóch osób, wszyscy się sprzeciwiali jej obecności w moim życiu. A to dlatego że... albo właśnie dlatego że...
Mniejszość mówiła, żeby iść za głosem serca, że marzenia trzeba spełniać póki życie trwa, że nie ma na co czekać skoro tak chcę.
Więc...
Wszystko się odbyło dziwnie, ale dość szybko na ostatniej prostej.
Trzy lata je obserwowałam z oddali.
Dwa tygodnie temu zaczęłam czytać, potwierdzać i zaprzeczać, rozważać, kombinować - teoria przed praktyką.
Teoria mnie przekonała, lecz praktyki jak nie było widać, tak niewidoczną pozostawała.
Wymyśliłam wycieczkę do hodowli celem zweryfikowania wiedzy z uczuciami i w pierwszej chwili było kiepsko.
Dziewięć klusek leżało w pozach jestem szczeniaczkiem tylko, że trochę mnie zaniepokoiła nieobecność osobników dorosłych. Były jakieś dwa, w tym jeden czarny potwór, oba uwiązane z daleka od gości...
Nie, czegoś takiego nie chcę, tego się obawiam.
Pojawiła się myśl o ucieczce.
Pojechałam tam z kilkoma pytaniami, wątpliwościami i nadmiernym poziomem emocji, które odmóżdżyły mnie za bardzo. Oczywiście zadawałam pytania tylko jakoś dziwnie nie mogłam usłyszeć odpowiedzi padających z ust pani Ani.
Baśka i Michał mieli niezłą rozrywkę patrząc na mnie w tym wszystkim i nic specjalnie nie mówili czemu się nie dziwię, choć coś jednak mogliby powiedzieć.
Kluskowa sielanka nadal mnie nie przekonywała, jakby z tła usłyszałam wypuść je z domu i oczom moim ukazało się cwałujące w naszym kierunku ośmioosobowe stado jak najbardziej dorosłych osobników. Nie sądzę bym kiedykolwiek zapomniała to wrażenie: GIGANTYCZNE stado naturalnych morderców łukiem zmierza prosto na mnie...
Nie zdążyłam nic pomyśleć. Życie nie przewinęło mi się przed oczami w przyspieszonym tempie, nie poczułam czy się boję, czy wpadam w panikę, w ogóle nic nie poczułam oprócz dziwnego, lekkiego ukłucia, które mogło znaczyć tyleż wszystko, co nic.
Nie trwało to tyle, ile zajmuje przeczytanie słów.
Dziesiątki sekund bezmyślnych przebijało tylko zdziwienie, albo nie wiem co.
Osiem Mordujących Ludzi Potworów oplotło mnie w czułym merdaniu, sapaniu, oblizywaniu i przynoszeniu piłeczki. Suki, psy, emeryci, renciści, młodziaki, jedna szczenna suka.
Michał się rozpsił jak to on, Baśka zastygła woskowo, ja poczułam o co chodzi, biega, a także w czym rzecz. Instynktownie działałam wyciągając ręce, zbliżając twarz i patrzyłam w te mordercze oczy z zadziwieniem, że są tak przepełnione dobrocią i łagodnością.
Jedno słowo pani Ani wystarczało. Jedno słowo: odejdź, zostaw, przesuń się, nie pchaj się, daj pani spokój (to w odniesieniu do Basi bladej jak papier ryżowy), a one bez sekundy zastanowienia robiły co mówiła i to bez bólu, ociągania się, marudzenia.
- Nie ma hierarchii w tym stadzie - mówi pani Ania - nie może jej być. Śmieszą mnie i denerwują młodzi hodowcy piszący o rangach stadnych tej rasy. Ja jestem przewodnikiem stada, reszta jest na tym samym poziomie.
- Yhmmmm - pomyślam i wymamrotałam.
- Takiemu psu trzeba dać miłość i przytulanie w dużej ilości, bo są bardzo czułe, ale pies zawsze ma robić tak jak ty chcesz Gretchen, nie jak on.
- Yhmmmmmmmmmmm.
Dostałam instrukcje.
Podjęłam decyzję.
Wgłębiałam się, wgłebiam i nadal wgłębiać się będę w zakamarki duszy tych dzielnych, niewiarygodnych, niepowtarzalnych psów będących ofiarami ludzkiej głupoty, pychy i kompleksów.
Doświadczone nie jest dla mnie kwestionowalne - przeżyłam wypad ośmiu obcych amstaffów, na ich terenie, wobec zupełnie obcych ludzi. Żaden nie skrzywił się nawet na strach Basi, która w duchu sobie powtarzała nie mogę się bać! nie mogę się bać! , co jak wiadomo guzik daje w zmierzeniu z morderczym instynktem, a nawet wręcz przeciwnie daje.
Wzięłam ją.
Arystokratkę o potwierdzonych korzeniach. Piękną, mądrą, czułą, siedmiotygodniową.
Tatuś nosi imię Narcotic więc mniej więcej jest z branży, choć urodą nie grzeszy w moich oczach. Matka Jessy jest uosobieniem piękna amstaffa. Młoda, to sam miód i cud.
Otworzyłam sobie drzwi do wieloletniej przygody z siłą, która budzi respekt tym bardziej, że nie jest bezmyślna.
Z mądrością widoczną już dzisiaj.
Z zaufaniem do siebie.
Spełniłam marzenie i zyskałam przyjaciela.
Dałam jej na imię Greta.
Voila!
27 czerwca 2010
Pokój i wojna
Upływający weekend spędziłam w pracy. Tak bywa w mojej pracy, że trzeba od czasu do czasu zrobić coś więcej dla ludzi, czy raczej stworzyć im przestrzeń do tego, żeby sami dla siebie coś zrobili. Ujęcie drugie bardziej nawet mi odpowiada, co nie ma w tej chwili najmniejszego znaczenia.
Dwa dni intensywnej i na głębokim poziomie się dziejącej pracy terapeutycznej zadzwiają mnie za każdym razem. To znaczy, żeby być precyzyjną, nie same dni mnie zadziwiają, bo to za każdym razem sobota i niedziela tylko widok za oknem się zmienia wraz z naturalnym cyklem pór roku, ale coś czego w życiu codziennym uświadczyć trudno, a łatwo coś przeciwnego.
Na te zajęcia, zgodnie z aktualnie głównym profilem mojej zawodowej działalności, trafiają osoby uzależnione od alkoholu, żony tychże, oraz dorosłe ich dzieci. Oczywiście nie są to członkowie tych samych rodzin natomiast są już po terapii czy najgorszym razie blisko jej ukończenia.
Więc spotykają się w jednym pomieszczeniu na wiele godzin i zwykle początkowo towarzyszy każdemu jakiś rodzaj przestraszenia, lęku, wścieku, albo wszystkiego jednocześnie. To widać wyraźnie, a jeszcze o tym mówią jasno.
Można na to spojrzeć tak, że ofiary spotykają się ze sprawcami krzywdy.
Najmniej boją się dzieci, najbardziej uzależnieni, żony w zależności od sytuacji - często obawiają się swojej niechęci do uzależnionych czy też oskarżeń ze strony dzieci za bierność w rozwiązywaniu rodzinnego problemu.
Uzależnieni boją się ataku z obu stron, serii z karabinu prosto w nich.
Dzieci, od których zależało w przeszłości najmniej albo jeszcze noszą w sobie złość, albo mają łzy pod powiekami i obawiają się zdemaskowania.
Mówiąc krótko każdy przytaszcza swoją historię nie mając pojęcia co z tego wyniknie.
Podgrupy wzajemnie się nie znają co dodaje całej sprawie dodatkowej pikanterii...
Pierwsze chwile to obwąchiwanie się, sprawdzanie co i jak, kim są ci ludzie. Dziadek Freud byłby zadowolony, bo przeniesienia dają się zaobserwować, co jest nieuniknione.
Ja jestem spokojna jak taczanka na stepie, bo mniej więcej wiem co będzie dalej i na samą myśl się do siebie uśmiecham.
Widziałam to już wiele razy, a każdy się różni od każdego. Wspólne jest to, że nawet jeśli początkowo (godzina do dwóch) komuś puszczają nerwy, to po pierwsze jakoś zawsze jest to przyjmowane ze zrozumieniem, a po drugie... No właśnie. Po drugie za kolejną chwilę nie ma już żadnego podziału na podgrupy, ofiary, krzywdzących, katów, biedactwa i potwory. Stają się grupą, zaciekawioną wspólnotą próbującą zrozumieć siebie i tego drugiego.
To się dzieje bez żadnego mojego udziału polegającego choćby na tłumaczeniu komukolwiek czegokolwiek. Oni sami to robią śmiejąc się i płacząc, odnajdując w tym drugim siebie.
Była taka dziewczyna, córka uzależnionej kobiety, która wylewając wiadra łez zdołała wykrztusić z siebie kilka słów do alkoholika. Powiedziała, że chciałaby zobaczyć swoją mamę kiedykolwiek w takim momencie, z takimi przemyśleniami i świadomością.
Tamten się cały zaszklił...
Ona miała na imię tak jak jego córka.
Podczas tych spotkań można prawie dotknąć skomplikowanej struktury świata. Doświadczyć niemożliwego. Zobaczyć jakiś cud porozumienia.
Być może wygląda to na cukiereczki i ciasteczka - nic bardziej błędnego,tam się rozgrywa prawdziwy hardcore ludzkich nieszczęść, zaplątań, rozpaczy, bezsilności wobec przeszłości, wkurwienia dlaczego właśnie ja.
Z chwili na chwilę pada coraz więcej słów, ważnych, mocnych, wzruszających. Ludzkie opowieści rozwijają się odważniej. Emocje wypełniają pokój.
Mój zawód nauczył mnie rozmawiania z ludźmi zupełnie inaczej niż ludzie rozmawiają o ile w ogóle im się to udaje. Być może to ta specyfika, że nie skupiamy się na pierdołach aczkolwiek miło o nich pogawędzić w wolnych chwilach.
Wiem o nich nieporównywalnie więcej niż oni o mnie, bo tak właśnie ma być. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się odmówić odpowiedzi na osobiste pytanie. Zdarzają się po jakimś czasie.
Wczoraj jeden chłopak zapytał mnie o wyznanie i czy w ogóle jestem jakoś tam zakotwiczona w jakiejś myśli religijnej. Odpowiedziałam, bo wydało mi się to dość naturalne a nie miałam pojęcia co za tym pytaniem stało. Nie wiedziałam, że moja odpowiedź będzie tak ważna dla jego rozumienia świata, że przyniesie mu osobistą ulgę i nadzieję. Zdumiewające...
Mówi się o tym, że psychoterapia to sytuacja laboratoryjna więc poniekąd nieprawdziwa.
I tak, i nie.
Tak, ponieważ wyznacza się pewne zasady zwłaszcza w pracy grupowej. Zasady, których nie sposób (?) wyznaczyć w codzienności.
Nie, bo to nadal spotkanie żywych ludzi z ich doświadczeniami, jazdami, obawami, nieumiejętnościami.
Tak, bo to ukierunkowany proces.
Nie, bo nie wszystko się da przewidzieć.
Tak, bo wyzwalają się bardzo silne emocje.
Nie, bo codziennie ich doświadczamy.
Tak, bo jest terapeuta.
Nie, bo często szukamy kogoś kto nas po prostu zrozumie bez oceniania.
Przyzwyczaiłam się do rozmów niezwykłych, otwartych, bolesnych, wzruszających i jeszcze do czegoś. Do poszukiwania rozwiązań. Znajdowania tego co wspólne, a nie tego co dzieli. Tego co może pomóc, a przeszkodzi szkodzie.
Potem wracam do domu i przebiegam wzrokiem, aczkolwiek mam nadzieję ze zrozumieniem to, co ludzie piszą.
Blogosfera.
Jedna wielka walka dobrych z lepszymi. Niekończąca się paranoja wojny o prawdę i słuszność bez oglądania się na cokolwiek. Moc nicka, który chyba często odbiera rozum. Bełkot. Napitalanie w klawiaturę, często z poczuciem misji. Ideologia. Tworzenie mediów stających się medium. W jednym kącie to, w drugim co innego, w trzecim... Oj, trzeciego kąta chyba nie ma, więc to musi być pokój z dwoma kątami. Cóż na to architekci?
Pomysły jak uatrakcyjnić tę formę przekazu rodzą się jak grzyby po deszczu. Chyba nie może być dobrze skoro atrakcję nazywa się lubczasopisma.
Właściciel utrzymuje, że nie może agregować blogów z innych platform, bo tego się nie da zrobić technicznie.
Może się nie da, ale Sergiusz zrobił swoje Atrium agregując bez przeszkód.
Działania podjazdowe się rozwijają z agregacją, lub bez niej.
Jedni się zatchną na amen pisząc duszą o polityku. Szkoda duszy, moim zdaniem, bez względu na to kim jest polityk, ale to moja prywatna opinia.
Inni zmieniają świat odkrywając czające się w nim spiski. To ma jakiś sens, choćby edukacyjny, o ile nie odjeżdża się w rejony dla człowieka nieznane.
Ktoś tam coś tam, a życie sobie.
Lista dyskusyjna psychoterapeutów.
Zostałam na nią zaproszona jakiś czas temu, choć mam głębokie przekonanie graniczące z pewnością, że dzisiaj już bym szansy nie miała.
Nie piszę tam od dawna z powodu lenistwa, ale przysyłają mi powiadomienia mailem to sobie czytam.
Wojna.
Chodzi o te klapsy, pracowników socjalnych i przeciwdziałanie przemocy w rodzinie.
Kolega pomysłodawca (listy, nie ustawy) jedzie bez trzymanki stosując chwyty tyleż erystyczne co manipulacyjne. Obserwując z oddali zastanawiam się czy widziałabym to sprzeciwiając się ustawie, ale tego nigdy się nie dowiem.
Niczego nie mogę zacytować, bo taka jest między nami umowa, że to zamknięte forum i się nie wynosi.
Wojna wśród psychologów, psychoterapeutów. Brzydkie argumenty, brzydkie podjazdy.
To dopiero!
Nobody’s perfect Mon Dieu.
Na marginesie. Kolega pomysłodawca reprezentuje polską prawicę, tak jak dzisiaj polska prawica się definiuje. Pozwolił sobie wysyłać do mojej Gośki maile z creme de la creme tego nurtu myśli zakorzenionej w salonie24. Do mnie kiedyś też wysyłał, ale przestał sam z siebie. Ostatnio wysyłał więc tylko do niej.
Grzecznie poprosiła, żeby nie wysyłał. No nie wiem, może się zachowała jakoś niegrzecznie, ale to w końcu jej skrzynka.
Wysyłał nadal.
Ponowiła prośbę.
W odpowiedzi usłyszała, że jego przodkowie ginęli za Ojczyznę więc on się czuje w dystrybucyjnym prawie, a skoro ona tak to lepiej niech nie idzie na wybory.
Hmmm...
Real, wcale nie Madryt.
Rozmawiam w swoim posterunkowym gabinecie z pewną panią, a równoległe z jej mężem rozmawia Najlepsza Szefowa. Jak to zwykle u nas pan pije zdecydowanie nadmiernie, pani sobie z tym nie radzi, widzi ginącego na jej oczach męża.
Pan chce sobie pomóc, pani chce pomóc panu.
Mówi o nim tak czule i z taką miłością, że zupełnie mnie rozbraja. Dojrzali ludzie choć są ze sobą tylko kilka lat, w małżeństwie.
Aż nagle pani mówi, że jest jeszcze jeden problem między nimi. Polityka.
Ok, tyle już się naczytałam i nasłuchałam, że zadaję kompetentne pytanie czy raczej chodzi o różnicę w zainteresowaniach (no, że jedno się polityką interesuje, a drugie nie?), czy raczej o to, że jedno jest z PO, a drugie z PiS?
O tę drugą możliwość chodzi.
Pani nie rozumie, że pan nie chce przyjąć do wiadomości określonej prawdy, że jest nastawiony niewłaściwie a nawet wrogo.
Umówili się, że w związku z piciem alkoholu przez pana, to pani zarządza pieniędzmi więc pan nie czyta swojej ulubionej gazety, ale czyta ulubioną gazetę pani.
Nie skarży się.
Pan jest zaskoczony zaangażowaniem pani w politykę i jej oddaniu jednej opcji. Kompletnie sobie nie radzi z tym faktem.
A ja pomyślałam, że to już jest normalnie koniec świata. Ludzie się kochają. Chcą być ze sobą i wygląda na to, że nie alkohol ich najbardziej dzieli, a polityka.
Czy to wszystko nie idzie za daleko?
Znowu wirtual reality show.
Ładne to Atrium Sergiusza. Słodziakowate i chyba funkcjonalne.
Nie wiem, bo nauczona doświadczeniem z pocztą wstrzymałam się z przyjęciem zaproszenia od blogera, który mnie lubi, pomyślawszy uprzednio, miast iść za impulsem, że ho ho ho gdyby Sergiusz chciał mnie zaprosić to zrobiłby to bez trudu.
Kilka dni temu przeczytałam to: http://atrium.tkm.cc/sergiusz/node/87
Szczególnie przytrzymał mnie fragment, kopiuję:
“W takim razie ujawnię jedną z moich słodkich tajemnic. Otóż, choć mam od pewnego czasu jasno sprecyzowany, kilkuletni co najmniej plan działania oraz dobrze przetestowane i dobrane narzędzia jego realizacji, celowo nadal poddaję rzecz całą swoistemu testowi Gedeona. Tak wyszło, że muszę to zrobić. Jak by to nie zabrzmiało, zwyczajnie robię wszystko, by zniechęcić definitywnie wszelkie jałowe marudy, frustratów z ego wielkości Jowisza, blogowe niemoty czy emo-sieroty po przejściach, a także wszelkie potencjalne wampirki, które chciałyby się podczepić, z dumą oznajmiając światu: płyniemy!.”
Ha!
Tak, wzięłam do siebie, zapewnie niesłusznie, te emo-sieroty po przejściach, choć mam jeszcze inny pomysł o kim to mogło być.
Jałowe marudy... Yhm...
Frustraci z ego wielkości Jowisza. Noooo...
Blogowe niemoty...
Potencjalne wampirki...
Po chwili refleksji pojawia się u Autora przebłysk:
“Tak, to niezbyt uprzejme i w ogóle na oko bezczelne. Ale taka jest dziejowa, prawda, konieczność. Ładnych parę lat poświęciłem na zbieranie netowych doświadczeń i do pewnych formuł i ludzi nie da rady mnie już (na nowo) przekonać. Nie mam czasu na plotki – głupotki i kręcenie się w kółko po dawno zdeptanych do cna alejkach, które nijak już nie przypominają świeżo otwartego dla publiczności parku – wyszalni wielkomiejskiej.”
W świetle powyższego i przy uwzględnieniu całości muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem samoświadomości Sergiusza.
To niezbyt uprzejme i w ogóle (nie tylko na oko) bezczelne.
Można nie mieć czasu, można chcieć wszystko zmienić, można dawnego nie lubić, ale obrażać ludzi, którzy to dawne tworzyli przy współudziale i niekiedy dobrych słowach Autora linkowanego tekstu i Admina niegdysiejszych alejek?
Dotąd rozumiałam, że poszło o sprawę oskarżeń i honoru... Tymczasem poszło jak widać o słodką tajemnicę pogardy. No, no...
***
Siedzę sobie w swoim realu i własnym wirtualu.
Ani w jednym, ani w drugim nie ma admina, który wkracza i chrzani.
Spokój, cisza ino wiatr zawiewa letnią porą.
Piszę o głupotkach.
Żyję pośród ludzkich historii. Prawdziwych.
Wychodzi na to, że laboratorium dotyka prawdy, której normalnie ludzie dotknąć nie chcą. Żadna właściwie nowina dla mnie, mogę tylko podziękować Tym z Góry za możliwość doświadczania niedostępnego dla innych.
Bo jeśli nie ma poczucia wspólnoty, choćby maleńkiej, szacunku i dystansu, to może się okazać, że nie ma na czym budować.
Albo, że jest zbyt późno, bo padły słowa i pojawiły się gesty...
Ale czy w ważnych sprawach kiedykolwiek może być za późno?
Bardzo rzadko...
Dwa dni intensywnej i na głębokim poziomie się dziejącej pracy terapeutycznej zadzwiają mnie za każdym razem. To znaczy, żeby być precyzyjną, nie same dni mnie zadziwiają, bo to za każdym razem sobota i niedziela tylko widok za oknem się zmienia wraz z naturalnym cyklem pór roku, ale coś czego w życiu codziennym uświadczyć trudno, a łatwo coś przeciwnego.
Na te zajęcia, zgodnie z aktualnie głównym profilem mojej zawodowej działalności, trafiają osoby uzależnione od alkoholu, żony tychże, oraz dorosłe ich dzieci. Oczywiście nie są to członkowie tych samych rodzin natomiast są już po terapii czy najgorszym razie blisko jej ukończenia.
Więc spotykają się w jednym pomieszczeniu na wiele godzin i zwykle początkowo towarzyszy każdemu jakiś rodzaj przestraszenia, lęku, wścieku, albo wszystkiego jednocześnie. To widać wyraźnie, a jeszcze o tym mówią jasno.
Można na to spojrzeć tak, że ofiary spotykają się ze sprawcami krzywdy.
Najmniej boją się dzieci, najbardziej uzależnieni, żony w zależności od sytuacji - często obawiają się swojej niechęci do uzależnionych czy też oskarżeń ze strony dzieci za bierność w rozwiązywaniu rodzinnego problemu.
Uzależnieni boją się ataku z obu stron, serii z karabinu prosto w nich.
Dzieci, od których zależało w przeszłości najmniej albo jeszcze noszą w sobie złość, albo mają łzy pod powiekami i obawiają się zdemaskowania.
Mówiąc krótko każdy przytaszcza swoją historię nie mając pojęcia co z tego wyniknie.
Podgrupy wzajemnie się nie znają co dodaje całej sprawie dodatkowej pikanterii...
Pierwsze chwile to obwąchiwanie się, sprawdzanie co i jak, kim są ci ludzie. Dziadek Freud byłby zadowolony, bo przeniesienia dają się zaobserwować, co jest nieuniknione.
Ja jestem spokojna jak taczanka na stepie, bo mniej więcej wiem co będzie dalej i na samą myśl się do siebie uśmiecham.
Widziałam to już wiele razy, a każdy się różni od każdego. Wspólne jest to, że nawet jeśli początkowo (godzina do dwóch) komuś puszczają nerwy, to po pierwsze jakoś zawsze jest to przyjmowane ze zrozumieniem, a po drugie... No właśnie. Po drugie za kolejną chwilę nie ma już żadnego podziału na podgrupy, ofiary, krzywdzących, katów, biedactwa i potwory. Stają się grupą, zaciekawioną wspólnotą próbującą zrozumieć siebie i tego drugiego.
To się dzieje bez żadnego mojego udziału polegającego choćby na tłumaczeniu komukolwiek czegokolwiek. Oni sami to robią śmiejąc się i płacząc, odnajdując w tym drugim siebie.
Była taka dziewczyna, córka uzależnionej kobiety, która wylewając wiadra łez zdołała wykrztusić z siebie kilka słów do alkoholika. Powiedziała, że chciałaby zobaczyć swoją mamę kiedykolwiek w takim momencie, z takimi przemyśleniami i świadomością.
Tamten się cały zaszklił...
Ona miała na imię tak jak jego córka.
Podczas tych spotkań można prawie dotknąć skomplikowanej struktury świata. Doświadczyć niemożliwego. Zobaczyć jakiś cud porozumienia.
Być może wygląda to na cukiereczki i ciasteczka - nic bardziej błędnego,tam się rozgrywa prawdziwy hardcore ludzkich nieszczęść, zaplątań, rozpaczy, bezsilności wobec przeszłości, wkurwienia dlaczego właśnie ja.
Z chwili na chwilę pada coraz więcej słów, ważnych, mocnych, wzruszających. Ludzkie opowieści rozwijają się odważniej. Emocje wypełniają pokój.
Mój zawód nauczył mnie rozmawiania z ludźmi zupełnie inaczej niż ludzie rozmawiają o ile w ogóle im się to udaje. Być może to ta specyfika, że nie skupiamy się na pierdołach aczkolwiek miło o nich pogawędzić w wolnych chwilach.
Wiem o nich nieporównywalnie więcej niż oni o mnie, bo tak właśnie ma być. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się odmówić odpowiedzi na osobiste pytanie. Zdarzają się po jakimś czasie.
Wczoraj jeden chłopak zapytał mnie o wyznanie i czy w ogóle jestem jakoś tam zakotwiczona w jakiejś myśli religijnej. Odpowiedziałam, bo wydało mi się to dość naturalne a nie miałam pojęcia co za tym pytaniem stało. Nie wiedziałam, że moja odpowiedź będzie tak ważna dla jego rozumienia świata, że przyniesie mu osobistą ulgę i nadzieję. Zdumiewające...
Mówi się o tym, że psychoterapia to sytuacja laboratoryjna więc poniekąd nieprawdziwa.
I tak, i nie.
Tak, ponieważ wyznacza się pewne zasady zwłaszcza w pracy grupowej. Zasady, których nie sposób (?) wyznaczyć w codzienności.
Nie, bo to nadal spotkanie żywych ludzi z ich doświadczeniami, jazdami, obawami, nieumiejętnościami.
Tak, bo to ukierunkowany proces.
Nie, bo nie wszystko się da przewidzieć.
Tak, bo wyzwalają się bardzo silne emocje.
Nie, bo codziennie ich doświadczamy.
Tak, bo jest terapeuta.
Nie, bo często szukamy kogoś kto nas po prostu zrozumie bez oceniania.
Przyzwyczaiłam się do rozmów niezwykłych, otwartych, bolesnych, wzruszających i jeszcze do czegoś. Do poszukiwania rozwiązań. Znajdowania tego co wspólne, a nie tego co dzieli. Tego co może pomóc, a przeszkodzi szkodzie.
Potem wracam do domu i przebiegam wzrokiem, aczkolwiek mam nadzieję ze zrozumieniem to, co ludzie piszą.
Blogosfera.
Jedna wielka walka dobrych z lepszymi. Niekończąca się paranoja wojny o prawdę i słuszność bez oglądania się na cokolwiek. Moc nicka, który chyba często odbiera rozum. Bełkot. Napitalanie w klawiaturę, często z poczuciem misji. Ideologia. Tworzenie mediów stających się medium. W jednym kącie to, w drugim co innego, w trzecim... Oj, trzeciego kąta chyba nie ma, więc to musi być pokój z dwoma kątami. Cóż na to architekci?
Pomysły jak uatrakcyjnić tę formę przekazu rodzą się jak grzyby po deszczu. Chyba nie może być dobrze skoro atrakcję nazywa się lubczasopisma.
Właściciel utrzymuje, że nie może agregować blogów z innych platform, bo tego się nie da zrobić technicznie.
Może się nie da, ale Sergiusz zrobił swoje Atrium agregując bez przeszkód.
Działania podjazdowe się rozwijają z agregacją, lub bez niej.
Jedni się zatchną na amen pisząc duszą o polityku. Szkoda duszy, moim zdaniem, bez względu na to kim jest polityk, ale to moja prywatna opinia.
Inni zmieniają świat odkrywając czające się w nim spiski. To ma jakiś sens, choćby edukacyjny, o ile nie odjeżdża się w rejony dla człowieka nieznane.
Ktoś tam coś tam, a życie sobie.
Lista dyskusyjna psychoterapeutów.
Zostałam na nią zaproszona jakiś czas temu, choć mam głębokie przekonanie graniczące z pewnością, że dzisiaj już bym szansy nie miała.
Nie piszę tam od dawna z powodu lenistwa, ale przysyłają mi powiadomienia mailem to sobie czytam.
Wojna.
Chodzi o te klapsy, pracowników socjalnych i przeciwdziałanie przemocy w rodzinie.
Kolega pomysłodawca (listy, nie ustawy) jedzie bez trzymanki stosując chwyty tyleż erystyczne co manipulacyjne. Obserwując z oddali zastanawiam się czy widziałabym to sprzeciwiając się ustawie, ale tego nigdy się nie dowiem.
Niczego nie mogę zacytować, bo taka jest między nami umowa, że to zamknięte forum i się nie wynosi.
Wojna wśród psychologów, psychoterapeutów. Brzydkie argumenty, brzydkie podjazdy.
To dopiero!
Nobody’s perfect Mon Dieu.
Na marginesie. Kolega pomysłodawca reprezentuje polską prawicę, tak jak dzisiaj polska prawica się definiuje. Pozwolił sobie wysyłać do mojej Gośki maile z creme de la creme tego nurtu myśli zakorzenionej w salonie24. Do mnie kiedyś też wysyłał, ale przestał sam z siebie. Ostatnio wysyłał więc tylko do niej.
Grzecznie poprosiła, żeby nie wysyłał. No nie wiem, może się zachowała jakoś niegrzecznie, ale to w końcu jej skrzynka.
Wysyłał nadal.
Ponowiła prośbę.
W odpowiedzi usłyszała, że jego przodkowie ginęli za Ojczyznę więc on się czuje w dystrybucyjnym prawie, a skoro ona tak to lepiej niech nie idzie na wybory.
Hmmm...
Real, wcale nie Madryt.
Rozmawiam w swoim posterunkowym gabinecie z pewną panią, a równoległe z jej mężem rozmawia Najlepsza Szefowa. Jak to zwykle u nas pan pije zdecydowanie nadmiernie, pani sobie z tym nie radzi, widzi ginącego na jej oczach męża.
Pan chce sobie pomóc, pani chce pomóc panu.
Mówi o nim tak czule i z taką miłością, że zupełnie mnie rozbraja. Dojrzali ludzie choć są ze sobą tylko kilka lat, w małżeństwie.
Aż nagle pani mówi, że jest jeszcze jeden problem między nimi. Polityka.
Ok, tyle już się naczytałam i nasłuchałam, że zadaję kompetentne pytanie czy raczej chodzi o różnicę w zainteresowaniach (no, że jedno się polityką interesuje, a drugie nie?), czy raczej o to, że jedno jest z PO, a drugie z PiS?
O tę drugą możliwość chodzi.
Pani nie rozumie, że pan nie chce przyjąć do wiadomości określonej prawdy, że jest nastawiony niewłaściwie a nawet wrogo.
Umówili się, że w związku z piciem alkoholu przez pana, to pani zarządza pieniędzmi więc pan nie czyta swojej ulubionej gazety, ale czyta ulubioną gazetę pani.
Nie skarży się.
Pan jest zaskoczony zaangażowaniem pani w politykę i jej oddaniu jednej opcji. Kompletnie sobie nie radzi z tym faktem.
A ja pomyślałam, że to już jest normalnie koniec świata. Ludzie się kochają. Chcą być ze sobą i wygląda na to, że nie alkohol ich najbardziej dzieli, a polityka.
Czy to wszystko nie idzie za daleko?
Znowu wirtual reality show.
Ładne to Atrium Sergiusza. Słodziakowate i chyba funkcjonalne.
Nie wiem, bo nauczona doświadczeniem z pocztą wstrzymałam się z przyjęciem zaproszenia od blogera, który mnie lubi, pomyślawszy uprzednio, miast iść za impulsem, że ho ho ho gdyby Sergiusz chciał mnie zaprosić to zrobiłby to bez trudu.
Kilka dni temu przeczytałam to: http://atrium.tkm.cc/sergiusz/node/87
Szczególnie przytrzymał mnie fragment, kopiuję:
“W takim razie ujawnię jedną z moich słodkich tajemnic. Otóż, choć mam od pewnego czasu jasno sprecyzowany, kilkuletni co najmniej plan działania oraz dobrze przetestowane i dobrane narzędzia jego realizacji, celowo nadal poddaję rzecz całą swoistemu testowi Gedeona. Tak wyszło, że muszę to zrobić. Jak by to nie zabrzmiało, zwyczajnie robię wszystko, by zniechęcić definitywnie wszelkie jałowe marudy, frustratów z ego wielkości Jowisza, blogowe niemoty czy emo-sieroty po przejściach, a także wszelkie potencjalne wampirki, które chciałyby się podczepić, z dumą oznajmiając światu: płyniemy!.”
Ha!
Tak, wzięłam do siebie, zapewnie niesłusznie, te emo-sieroty po przejściach, choć mam jeszcze inny pomysł o kim to mogło być.
Jałowe marudy... Yhm...
Frustraci z ego wielkości Jowisza. Noooo...
Blogowe niemoty...
Potencjalne wampirki...
Po chwili refleksji pojawia się u Autora przebłysk:
“Tak, to niezbyt uprzejme i w ogóle na oko bezczelne. Ale taka jest dziejowa, prawda, konieczność. Ładnych parę lat poświęciłem na zbieranie netowych doświadczeń i do pewnych formuł i ludzi nie da rady mnie już (na nowo) przekonać. Nie mam czasu na plotki – głupotki i kręcenie się w kółko po dawno zdeptanych do cna alejkach, które nijak już nie przypominają świeżo otwartego dla publiczności parku – wyszalni wielkomiejskiej.”
W świetle powyższego i przy uwzględnieniu całości muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem samoświadomości Sergiusza.
To niezbyt uprzejme i w ogóle (nie tylko na oko) bezczelne.
Można nie mieć czasu, można chcieć wszystko zmienić, można dawnego nie lubić, ale obrażać ludzi, którzy to dawne tworzyli przy współudziale i niekiedy dobrych słowach Autora linkowanego tekstu i Admina niegdysiejszych alejek?
Dotąd rozumiałam, że poszło o sprawę oskarżeń i honoru... Tymczasem poszło jak widać o słodką tajemnicę pogardy. No, no...
***
Siedzę sobie w swoim realu i własnym wirtualu.
Ani w jednym, ani w drugim nie ma admina, który wkracza i chrzani.
Spokój, cisza ino wiatr zawiewa letnią porą.
Piszę o głupotkach.
Żyję pośród ludzkich historii. Prawdziwych.
Wychodzi na to, że laboratorium dotyka prawdy, której normalnie ludzie dotknąć nie chcą. Żadna właściwie nowina dla mnie, mogę tylko podziękować Tym z Góry za możliwość doświadczania niedostępnego dla innych.
Bo jeśli nie ma poczucia wspólnoty, choćby maleńkiej, szacunku i dystansu, to może się okazać, że nie ma na czym budować.
Albo, że jest zbyt późno, bo padły słowa i pojawiły się gesty...
Ale czy w ważnych sprawach kiedykolwiek może być za późno?
Bardzo rzadko...
23 czerwca 2010
Codziennik Gretchen: 22 czerwca
dobre uczynki: uogólnione
złe uczynki: ?
nastrój: wyrównany
napęd: adekwatny
motywacja: krzepiąca
***
Niewiarygodne - pan Zdzisław zadzwonił.
Niewiele z tego wynika, bo mamrotał coś o tym i owym bez składu i ładu deklarując udzielenie odpowiedzi jutro, albo dzisiaj. Cały on. W końcu pewnie mnie wzruszy i go polubię niesłychanie.
Rozumiem, że właściciel to człowiek światowy być może do stopnia czyniącego go zdystansowanym do działań biznesowych w zakresie własnych nieruchomości. Się dużo ma to się do pierdół wagi nie przykłada.
Odrobinę przestępuję z nogi na nogę, gdyż chciałabym coś wiedzieć jako mało światowa osoba pozostająca w kręgu własnych wizji.
Dobrze, poczekam nie mając innego wyjścia.
Jeszcze zadzwoniła Kaśka, żeby się spotkać i udało się od ręki czyli po mojej pracy.
Ona jako ważna persona ma wolny tydzień i dużo czasu. Niespodziewanie na powitanie wyjechała mi, że mam głos jakiś jak kurwa mać i cokolwiek miała na myśli znowu pojawiła się we mnie ta skryta myśl o Tych z Góry, którzy ewidentnie czegoś ostatnio ode mnie chcą.
Chyba chcą w kilku sprawach, o niektórych wspominałam, być może coś chcą też od mojego głosu nasyłając na mnie od miesięcy co i raz swoich ludzi z posłaniem “jaki ty masz głos”, “pracowałaś w radiu?”, “myślałaś o pracy w radiu?”, “ma pani piękny głos”, “masz głos jak kurwa mać”.
Osobiście uważam te zachwyty za mocno przesadzone. Trzeba natomiast przyznać, że sprawa jest zadawniona i powtarzająca się co powinno we mnie sprowokować jakieś przemyślenia.
Mogę tę palącą kwestię dorzucić do worka o czym jeszcze trzeba pomyśleć?.
Mogę.
Umówmy się jednak, że wszystko ostatnio jest przyćmione spotkaniami mojej mamy z Francuzem Baśki. Rzecz pozostaje świeżutka jak kajzerka o świcie.
Więc ten Francuz uzdrawia, leczy, sama nie wiem jak to nazwać...
Kiedyś tam był w Tajlandii u buddyjskich mnichów posiadających wielką wiarygodność w moim mikrokosmosie, a oni mu powiedzieli o zaposiadywanym talencie, nauczyli pchając w świat.
Rodzicielka po dwóch razach twierdzi, że oddycha normalnie a dyszała już jak smoczyca, lepszy deklaruje stan ogólny, nabrała wiatru w żagle. Matka moja to nie ja i taka zaraz szybka w zawierzeniu czarodziejstwu nie jest więc tym bardziej słucham jej zdumiona do granic, zupełnie nie dając zdumienia po sobie poznać.
W niedzielę Francuz powiedział, że ma rzucić palenie bo inaczej to kicha z powodu nadmiernego zużycia przez niego energii.
No to leżymy - pomyślałam, moja matka to zakapior, pali od kilkudziesięciu lat i w życiu nie zniżyłaby się do porzucenia tego procederu i żaden przerzut w płucach nie będzie jej dyktował warunków.
Jeśli wziąć pod uwagę efekty dziedziczenia nie można się dziwić, że jej córka itd. Mniejsza o to.
Wczoraj matka moja miała imieniny i otrzymała w prezencie od swojego męża plasterki wspomagające zarzucenie palenia... ponieważ zdecydowała się podjąć ryzyko...
Kibicowałam i wyrażałam entuzjazm przewidując nadchodzący bunt.
Niesłusznie.
Zadzwoniłam wieczorem od progu pytając jak pierwszy dzień bez papierosa. Byłam pewna, że usłyszę jak bardzo ma to gdzieś i nie będzie się dostosowywać.
Niesłusznie.
Matka moja mówi do mnie tak: zawsze jak miałam podjąć jakąś decyzję rozmawiałam ze sobą czyli z mądrym człowiekiem (skromna też jestem genetycznie) i dzisiaj też porozmawiałam. Doszłam do wniosku, że nikomu łaski nie robię, że to moja sprawa i mój interes, że powinnam o tym wcześniej pomyśleć, że warto. To pogadałam ze sobą, przykleiłam plaster. Mogę nie palić.
Zatkało mnie na ileś sekund, potem ścisnęło wzruszenie na kolejnych kilka, a następnie powiedziałam mojej matce, że jestem z niej dumna.
Babki może są durne, ale są też kobiety obdarzone mądrością i moja matka taka jest w tych swoich najgłębszych kobiecych pokładach. Silna, mądra i twarda jak skała.
Dobrze, że mam korzenie w takiej linii kobiet.
- Jesteś mądrą kobietą, mamo - powiedziałam, a ona się roześmiała trochę jak dziewczyna.
To musiała być poważna rozmowa, głęboka, prowadząca do prostego rachunku, a proste rachunki są takie trudne do przeprowadzenia...
Nawet jej się nie chce tego papierosa. W pierwszym dniu bez niego od niepamiętnych czasów.
I wiem, że chodzi także o mnie. Nie chce mnie zostawiać samej, mając tę wiarę że sobie poradzę, zwyczajnie nie chce mnie opuszczać. Tak to jest z matkami. Z niektórymi kobietami. Z niektórymi ludźmi.
Myślę, że każda z nas potrafiłaby przetrwać na pustyni, potrafiłyśmy w zaskakujących warunkach, razem czy osobno.
Dzisiaj wzajemnie siebie podziwiamy.
Ona mnie też, jestem pewna.
Chce tu zostać jak najdłużej, bo pewnie wciąż widzi w dorosłej i mocnej kobiecie tę swoją malutką dziewczynkę śmiejącą się tak, jak tylko małe dziewczynki potrafią.
Może niektóre sprawy bolą ją bardziej niż mnie, ale dała mi skarb, który będzie ze mną na zawsze.
złe uczynki: ?
nastrój: wyrównany
napęd: adekwatny
motywacja: krzepiąca
***
Niewiarygodne - pan Zdzisław zadzwonił.
Niewiele z tego wynika, bo mamrotał coś o tym i owym bez składu i ładu deklarując udzielenie odpowiedzi jutro, albo dzisiaj. Cały on. W końcu pewnie mnie wzruszy i go polubię niesłychanie.
Rozumiem, że właściciel to człowiek światowy być może do stopnia czyniącego go zdystansowanym do działań biznesowych w zakresie własnych nieruchomości. Się dużo ma to się do pierdół wagi nie przykłada.
Odrobinę przestępuję z nogi na nogę, gdyż chciałabym coś wiedzieć jako mało światowa osoba pozostająca w kręgu własnych wizji.
Dobrze, poczekam nie mając innego wyjścia.
Jeszcze zadzwoniła Kaśka, żeby się spotkać i udało się od ręki czyli po mojej pracy.
Ona jako ważna persona ma wolny tydzień i dużo czasu. Niespodziewanie na powitanie wyjechała mi, że mam głos jakiś jak kurwa mać i cokolwiek miała na myśli znowu pojawiła się we mnie ta skryta myśl o Tych z Góry, którzy ewidentnie czegoś ostatnio ode mnie chcą.
Chyba chcą w kilku sprawach, o niektórych wspominałam, być może coś chcą też od mojego głosu nasyłając na mnie od miesięcy co i raz swoich ludzi z posłaniem “jaki ty masz głos”, “pracowałaś w radiu?”, “myślałaś o pracy w radiu?”, “ma pani piękny głos”, “masz głos jak kurwa mać”.
Osobiście uważam te zachwyty za mocno przesadzone. Trzeba natomiast przyznać, że sprawa jest zadawniona i powtarzająca się co powinno we mnie sprowokować jakieś przemyślenia.
Mogę tę palącą kwestię dorzucić do worka o czym jeszcze trzeba pomyśleć?.
Mogę.
Umówmy się jednak, że wszystko ostatnio jest przyćmione spotkaniami mojej mamy z Francuzem Baśki. Rzecz pozostaje świeżutka jak kajzerka o świcie.
Więc ten Francuz uzdrawia, leczy, sama nie wiem jak to nazwać...
Kiedyś tam był w Tajlandii u buddyjskich mnichów posiadających wielką wiarygodność w moim mikrokosmosie, a oni mu powiedzieli o zaposiadywanym talencie, nauczyli pchając w świat.
Rodzicielka po dwóch razach twierdzi, że oddycha normalnie a dyszała już jak smoczyca, lepszy deklaruje stan ogólny, nabrała wiatru w żagle. Matka moja to nie ja i taka zaraz szybka w zawierzeniu czarodziejstwu nie jest więc tym bardziej słucham jej zdumiona do granic, zupełnie nie dając zdumienia po sobie poznać.
W niedzielę Francuz powiedział, że ma rzucić palenie bo inaczej to kicha z powodu nadmiernego zużycia przez niego energii.
No to leżymy - pomyślałam, moja matka to zakapior, pali od kilkudziesięciu lat i w życiu nie zniżyłaby się do porzucenia tego procederu i żaden przerzut w płucach nie będzie jej dyktował warunków.
Jeśli wziąć pod uwagę efekty dziedziczenia nie można się dziwić, że jej córka itd. Mniejsza o to.
Wczoraj matka moja miała imieniny i otrzymała w prezencie od swojego męża plasterki wspomagające zarzucenie palenia... ponieważ zdecydowała się podjąć ryzyko...
Kibicowałam i wyrażałam entuzjazm przewidując nadchodzący bunt.
Niesłusznie.
Zadzwoniłam wieczorem od progu pytając jak pierwszy dzień bez papierosa. Byłam pewna, że usłyszę jak bardzo ma to gdzieś i nie będzie się dostosowywać.
Niesłusznie.
Matka moja mówi do mnie tak: zawsze jak miałam podjąć jakąś decyzję rozmawiałam ze sobą czyli z mądrym człowiekiem (skromna też jestem genetycznie) i dzisiaj też porozmawiałam. Doszłam do wniosku, że nikomu łaski nie robię, że to moja sprawa i mój interes, że powinnam o tym wcześniej pomyśleć, że warto. To pogadałam ze sobą, przykleiłam plaster. Mogę nie palić.
Zatkało mnie na ileś sekund, potem ścisnęło wzruszenie na kolejnych kilka, a następnie powiedziałam mojej matce, że jestem z niej dumna.
Babki może są durne, ale są też kobiety obdarzone mądrością i moja matka taka jest w tych swoich najgłębszych kobiecych pokładach. Silna, mądra i twarda jak skała.
Dobrze, że mam korzenie w takiej linii kobiet.
- Jesteś mądrą kobietą, mamo - powiedziałam, a ona się roześmiała trochę jak dziewczyna.
To musiała być poważna rozmowa, głęboka, prowadząca do prostego rachunku, a proste rachunki są takie trudne do przeprowadzenia...
Nawet jej się nie chce tego papierosa. W pierwszym dniu bez niego od niepamiętnych czasów.
I wiem, że chodzi także o mnie. Nie chce mnie zostawiać samej, mając tę wiarę że sobie poradzę, zwyczajnie nie chce mnie opuszczać. Tak to jest z matkami. Z niektórymi kobietami. Z niektórymi ludźmi.
Myślę, że każda z nas potrafiłaby przetrwać na pustyni, potrafiłyśmy w zaskakujących warunkach, razem czy osobno.
Dzisiaj wzajemnie siebie podziwiamy.
Ona mnie też, jestem pewna.
Chce tu zostać jak najdłużej, bo pewnie wciąż widzi w dorosłej i mocnej kobiecie tę swoją malutką dziewczynkę śmiejącą się tak, jak tylko małe dziewczynki potrafią.
Może niektóre sprawy bolą ją bardziej niż mnie, ale dała mi skarb, który będzie ze mną na zawsze.
22 czerwca 2010
Codziennik Gretchen: 21 czerwca
dobre uczynki: sympatia dla ludzkości szczodrze okazywana
złe uczynki: coś mi w głowie trzeszczy
nastrój: hmmm...
napęd: przyczajony jak tygrys
motywacja: ukryta jak smok
***
No tak...
W piątek byłam zaproszona na dwie zupełnie różne w swojej wymowie imprezy. Najpierw z rana Eksmen zaprosił mnie na podpisanie aktu, mocą którego zrzekłam się praw jakichkolwiek do mieszkania i stało się ono jego wyłączną własnością, co w jego oczach było stanem faktycznym od zawsze, a wspomniany akt tylko tę formalną rzeczywistość potwierdził.
Zgrabne ujęcie, nie zaprzeczę.
Mam to już za sobą, wraz z Eksmenem i niewątpliwie jest to dobre rozwiązanie. Jeśli ktokolwiek myślałby, że jako kobieta zła i podstępna cieszę się z posiadania przez Eksmena mieszkania obłożonego ewidentną klątwą, spieszę donieść iż w swojej nieskończonej dobroci zeznałam mu uczciwie czego się dowiedziałam.
Impreza była taka sobie, bo notariusz skrupulatny na dwie godziny siedzenia w skórzanych fotelach co wymusiło nieco sztuczną konwersację. Byłam oszczędna w słowach, a jakże. Zachowywałam postawę godną i chłodną, wyzutą z emocji.
Następnie udałam się do pracy, by po niej skorzystać z zaproszenia na wernisaż matki mojego kolegi. Oboje znam od czasów głębokiej niewiedzy o ważnych sprawach tego świata, gdyż byliśmy zaprzątnięci końcem własnego nosa. Paweł co prawda usilnie starał się sprawiać wrażenie zaangażowanego w sprawy wagi ciężkiej, ale to chyba jednak ściema była jak teraz na to patrzę. Krótko mówiąc minęło od cholery czasu, a ja nie miałam pojęcia, że jego mama znana mi od zawsze maluje obrazy i pisze wiersze.
Chciałabym zwrócić uwagę na pewien maleńki szczegół. Otóż ten szaleńczy towarzysko piatek, niesprawiedliwie pozostający dniem roboczym, wymagał ode mnie szczególnej troski o logistykę.
Rano musiałam zadbać o strój jednocześnie nadający się do odwiedzenia notariusza, do pracy i na wieczorne przyjątko. Ponadto włosy, makijaż, a chodziło także i o to, żebym do wieczora nie śmierdziała nadmiernie z powodu, że to mało eleganckie.
Moja czerwona sukienka nadała się w sam raz. Miałam co prawda wątpliwości jak w sam raz do mojej pracy może się nadać czerwona sukienka, lecz zawinęłam się szczelnie w czarny niczym kir szaaaal i było nieźle.
Na modłę muzułmanki siedziałam również w kancelarii, jako kobieta skromna z natury. Skromność towarzyszyła mi dzielnie przez większość wernisażu choć w końcu nie wytrzymałam i odrzuciłam szal ukazując głęboki dekolt czerwonej sukienki, co spotkało się z głośnym westchnięciem dwóch panów. Wcale się nie dziwię.
I tak sterując szalikiem można być stosownie ubraną o różnych porach dnia w niesprzyjających okolicznościach, co należałoby zamieścić w jakimś poradniku dla kobiet, co zapewne już ktoś przede mną uczynił.
Dotarłam na przyjęcie lekko spóźniona z powodu obowiązków służbowych. Okazało się, że kilka osób znam. Kilka poznałam. I kilku poznałam.
Trzeba przyznać, że wzbudzam duży aplauz panów dalece nie z mojego pokolenia, ale za to artyści to artyści prawda.
Niezbyt licznie zgromadzona młodzież rozmawiała ze mną chętnie, sądząc że jesteśmy równolatkami.
Może to się jakoś komuś składa w całość, mnie nie bardzo.
Prawdopodobnie jestem dziwnym stworem robiącym na każdym takie wrażenie jakie chce sobie wyprodukować akurat w danej chwili. Podobne umiejętności ma zdaje się kameleon, ja w każdym razie nie zmieniam koloru z tego co wiem.
Tradycyjnie na pytanie czym się zajmuję odpowiadałam szczerze (nigdy się tego nie oduczę) więc serca i dusze otwierały się przede mną natentychmiast, co ma niezaprzeczalny urok jeśli przebywa się wśród ludzi twórczych.
Wypiwszy nieco wina postawiłam na szczerość wyznając jednemu aktorowi, że jego głos może doprowadzić do szaleństwa. Mówiłam mu o tym trochę dłużej przywołując jako argument moją specyficzną osobowość, która nakazuje zwracać uwagę szczególną na głos u ludzi w ogóle, w tym u mężczyzn.
Wątpię by to było dla niego jakieś przełomowe, bliżej mi raczej do refleksji jakobym powtórzyła coś co słyszał miliony razy, tym nie mniej jego głos wprowadza w osłupienie, bo wprowadzać ma.
Trzepocząc rzęsami zupełnie bez sensu z powodu panującego już mroku zapytałam czy normalnie też tak mówi, czy jednak tym narzędziem modeluje (ech, ta moja podejrzliwość). Zaskakująco odparł, że nie modeluje i odbił piłeczkę w kierunku mojego głosu, że podobno też jest niezwykły. Yhmmm...
Może powinnam wyprodukować Codziennik w wersji audio zatem...
W następnej kolejności powaliłam niemal na kolana innego pana, który oniemiał, że kobieta tak piękna jak ja może być też tak inteligentna po czym okazało się, że także mądra. Z tego wszystkiego bardzo elegancko odprowadził mnie do taksówki i w godzinie pożegnania ucałował moją dłoń z czcią nabożną, co było naprawdę miłe.
Ku mojemu zaskoczeniu zaplątał się tam też lekarz, bardzo dziwny. Nawet miałam zapytać czy jest może psychiatrą, ale jakoś nie śmiałam. Mógłby się okazać neurochirurgiem i dopiero by było. Swoją drogą ciekawe ile osób zastanawiało się skąd ja się tam wzięłam...
Wiele by mówić jeszcze, bo też atmosfera chwilami przypominała a to filmy Woody’ego Allena, a to twórczość Almodovara jak choćby niezwykle osobista rozmowa z kobietą, która jako żywo przypominała mnie trzydzieści lat później. To zupełnie wstrząsające przeżycie jednak przemilczę dla dobra własnego.
Spotkałam też Marka, który był moim opiekunem na stażu w dawnych czasach kiedy niewiele o swoim zawodzie wiedziałam, a więcej przeczuwałam. Okazało się, że chodził z ojcem Pawła do szkoły. W tym wielkim jak wioska świecie naprawdę każdy zna każdego. Dzięki temu spotkaniu poznałam żonę Marka, która mocno mi kibicując w pomyśle otwarcia prywatnego gabinetu głośno szydziła z własnego męża, że jemu się nie chce tylko woli orać u kogoś niewolniczo zamiast zerwać te kajdany.
No właśnie.
Wymyśliłam sobie ten gabinet tydzień temu. To znaczy wymyśliłam znacznie wcześniej lecz cudownie spadło na mnie źródło finansowania czynszu przez czas dłuższy.
Jechałam na Posterunek i nagle Ci z Góry mnie olśnili zupełnie jakby postanowili dać jakiś sygnał, że może jednak mnie lubią a w każdym razie mają na oku.
Nagle zaczęło się wszystko składać: te pieniądze. zaangażowanie Michała razem z jego umiejętnościami masażowymi i Najlepszej Szefowej jako drugiej do pracy nad ludzkimi troskami.
Cały człowiek byłby objęty opieką od strony duszy i ciała co słuszne jest i sprawiedliwe, i dla człowieka dobre.
Ja mogę sobie obiecać, że nie będę się spieszyć z decyzjami, że przemyślę, że spokojnie i do końca roku, a nawet sobie obiecałam na co mam świadków, co zupełnie mi nie przeszkodziło w oglądaniu mieszkania dwa dni później. Zaciągnęłam tam jeszcze tę nieco oszołomioną dwójkę.
Marzenie nie mieszkanie. Siedemdziesiąt metrów w miesięcznej cenie trzydziestu metrów, do tego obok Łazienek. Trzy pokoje w rozkładzie dla nas idealnym.
No ludzie!
Aż się we troje zatrzęśliśmy z radości i przestrachu. Michał może się zatrząsł najmniej, ale ja z Szefową to już całkiem, bo całe przedsięwzięcie wymaga od nas pewnych zmian, które delikatnie można nazwać rewolucyjnymi.
Z pomocą przyszedł nam agent odpowiedzialny za tę nieruchomość. Sporo już widziałam, ale agenta od nieruchomości, który jest normalną nierozgarniętą ciapą robiącą wrażenie jakby nie miał na tym zarobić, albo jakby go to zupełnie nie obchodziło, to jeszcze nie widziałam...
Przyzwyczajona raczej do namolności pozostaję w zdumieniu. Miał skontaktować się z właścicielem i zadzwonić do mnie następnego dnia i cisza. Absolutna, jak makiem zasiał.
Dzisiaj Michał wziął sprawę w swoje ręce, odbył z panem Zdzisławem męską rozmowę i czekamy do jutra kiedy to... Zdzisław ma zadzwonić...
Patrząc na rzecz od strony korzyści a nie wyrzekania przyznać trzeba, że te kilka dni to czas na otrząśnięcie się z szoku, tempa i emocji cokolwiek ambiwalentnych.
Ja nic tylko liczę, kombinuję, badam rynek, przemyśliwuję nad wrogim przejęciem części moich pacjentów z Posterunku i tak naokrągło. Robię to wszystko mając absolutną pewność odnośnie niemożności zgadnięcia co przyniesie przyszłość.
Ludzie żyją mundialem, wyborami podzielonymi na tury, grillowaniem, końcem roku szkolnego, rozpoczęciem wakacji, a ja nic tylko przeczesuję swój mózg gorączkowo poszukując odpowiedzi na pytanie co robić?!
Ci z Góry dają jakieś znaki na tak, sprowadzają na moją drogę pana Zdzisława z tym przecudnym mieszkaniem, albo przecudne mieszkanie niestety z panem Zdzisławem co z kolei budzi we mnie podejrzenie, że Oni Tam mają teraz niezły ubaw ze mnie. Przypuszczam, że pokładają się rechocząc.
Piatek był potrzebnym przerywnikiem, trochę się oderwałam, ale...
Skoro jestem tak piękna, inteligentna i mądra to przynajmniej te dwa ostatnie przymioty powinny mi powiedzieć co mam zrobić. Tak?
Aaaaaaaaaa!
złe uczynki: coś mi w głowie trzeszczy
nastrój: hmmm...
napęd: przyczajony jak tygrys
motywacja: ukryta jak smok
***
No tak...
W piątek byłam zaproszona na dwie zupełnie różne w swojej wymowie imprezy. Najpierw z rana Eksmen zaprosił mnie na podpisanie aktu, mocą którego zrzekłam się praw jakichkolwiek do mieszkania i stało się ono jego wyłączną własnością, co w jego oczach było stanem faktycznym od zawsze, a wspomniany akt tylko tę formalną rzeczywistość potwierdził.
Zgrabne ujęcie, nie zaprzeczę.
Mam to już za sobą, wraz z Eksmenem i niewątpliwie jest to dobre rozwiązanie. Jeśli ktokolwiek myślałby, że jako kobieta zła i podstępna cieszę się z posiadania przez Eksmena mieszkania obłożonego ewidentną klątwą, spieszę donieść iż w swojej nieskończonej dobroci zeznałam mu uczciwie czego się dowiedziałam.
Impreza była taka sobie, bo notariusz skrupulatny na dwie godziny siedzenia w skórzanych fotelach co wymusiło nieco sztuczną konwersację. Byłam oszczędna w słowach, a jakże. Zachowywałam postawę godną i chłodną, wyzutą z emocji.
Następnie udałam się do pracy, by po niej skorzystać z zaproszenia na wernisaż matki mojego kolegi. Oboje znam od czasów głębokiej niewiedzy o ważnych sprawach tego świata, gdyż byliśmy zaprzątnięci końcem własnego nosa. Paweł co prawda usilnie starał się sprawiać wrażenie zaangażowanego w sprawy wagi ciężkiej, ale to chyba jednak ściema była jak teraz na to patrzę. Krótko mówiąc minęło od cholery czasu, a ja nie miałam pojęcia, że jego mama znana mi od zawsze maluje obrazy i pisze wiersze.
Chciałabym zwrócić uwagę na pewien maleńki szczegół. Otóż ten szaleńczy towarzysko piatek, niesprawiedliwie pozostający dniem roboczym, wymagał ode mnie szczególnej troski o logistykę.
Rano musiałam zadbać o strój jednocześnie nadający się do odwiedzenia notariusza, do pracy i na wieczorne przyjątko. Ponadto włosy, makijaż, a chodziło także i o to, żebym do wieczora nie śmierdziała nadmiernie z powodu, że to mało eleganckie.
Moja czerwona sukienka nadała się w sam raz. Miałam co prawda wątpliwości jak w sam raz do mojej pracy może się nadać czerwona sukienka, lecz zawinęłam się szczelnie w czarny niczym kir szaaaal i było nieźle.
Na modłę muzułmanki siedziałam również w kancelarii, jako kobieta skromna z natury. Skromność towarzyszyła mi dzielnie przez większość wernisażu choć w końcu nie wytrzymałam i odrzuciłam szal ukazując głęboki dekolt czerwonej sukienki, co spotkało się z głośnym westchnięciem dwóch panów. Wcale się nie dziwię.
I tak sterując szalikiem można być stosownie ubraną o różnych porach dnia w niesprzyjających okolicznościach, co należałoby zamieścić w jakimś poradniku dla kobiet, co zapewne już ktoś przede mną uczynił.
Dotarłam na przyjęcie lekko spóźniona z powodu obowiązków służbowych. Okazało się, że kilka osób znam. Kilka poznałam. I kilku poznałam.
Trzeba przyznać, że wzbudzam duży aplauz panów dalece nie z mojego pokolenia, ale za to artyści to artyści prawda.
Niezbyt licznie zgromadzona młodzież rozmawiała ze mną chętnie, sądząc że jesteśmy równolatkami.
Może to się jakoś komuś składa w całość, mnie nie bardzo.
Prawdopodobnie jestem dziwnym stworem robiącym na każdym takie wrażenie jakie chce sobie wyprodukować akurat w danej chwili. Podobne umiejętności ma zdaje się kameleon, ja w każdym razie nie zmieniam koloru z tego co wiem.
Tradycyjnie na pytanie czym się zajmuję odpowiadałam szczerze (nigdy się tego nie oduczę) więc serca i dusze otwierały się przede mną natentychmiast, co ma niezaprzeczalny urok jeśli przebywa się wśród ludzi twórczych.
Wypiwszy nieco wina postawiłam na szczerość wyznając jednemu aktorowi, że jego głos może doprowadzić do szaleństwa. Mówiłam mu o tym trochę dłużej przywołując jako argument moją specyficzną osobowość, która nakazuje zwracać uwagę szczególną na głos u ludzi w ogóle, w tym u mężczyzn.
Wątpię by to było dla niego jakieś przełomowe, bliżej mi raczej do refleksji jakobym powtórzyła coś co słyszał miliony razy, tym nie mniej jego głos wprowadza w osłupienie, bo wprowadzać ma.
Trzepocząc rzęsami zupełnie bez sensu z powodu panującego już mroku zapytałam czy normalnie też tak mówi, czy jednak tym narzędziem modeluje (ech, ta moja podejrzliwość). Zaskakująco odparł, że nie modeluje i odbił piłeczkę w kierunku mojego głosu, że podobno też jest niezwykły. Yhmmm...
Może powinnam wyprodukować Codziennik w wersji audio zatem...
W następnej kolejności powaliłam niemal na kolana innego pana, który oniemiał, że kobieta tak piękna jak ja może być też tak inteligentna po czym okazało się, że także mądra. Z tego wszystkiego bardzo elegancko odprowadził mnie do taksówki i w godzinie pożegnania ucałował moją dłoń z czcią nabożną, co było naprawdę miłe.
Ku mojemu zaskoczeniu zaplątał się tam też lekarz, bardzo dziwny. Nawet miałam zapytać czy jest może psychiatrą, ale jakoś nie śmiałam. Mógłby się okazać neurochirurgiem i dopiero by było. Swoją drogą ciekawe ile osób zastanawiało się skąd ja się tam wzięłam...
Wiele by mówić jeszcze, bo też atmosfera chwilami przypominała a to filmy Woody’ego Allena, a to twórczość Almodovara jak choćby niezwykle osobista rozmowa z kobietą, która jako żywo przypominała mnie trzydzieści lat później. To zupełnie wstrząsające przeżycie jednak przemilczę dla dobra własnego.
Spotkałam też Marka, który był moim opiekunem na stażu w dawnych czasach kiedy niewiele o swoim zawodzie wiedziałam, a więcej przeczuwałam. Okazało się, że chodził z ojcem Pawła do szkoły. W tym wielkim jak wioska świecie naprawdę każdy zna każdego. Dzięki temu spotkaniu poznałam żonę Marka, która mocno mi kibicując w pomyśle otwarcia prywatnego gabinetu głośno szydziła z własnego męża, że jemu się nie chce tylko woli orać u kogoś niewolniczo zamiast zerwać te kajdany.
No właśnie.
Wymyśliłam sobie ten gabinet tydzień temu. To znaczy wymyśliłam znacznie wcześniej lecz cudownie spadło na mnie źródło finansowania czynszu przez czas dłuższy.
Jechałam na Posterunek i nagle Ci z Góry mnie olśnili zupełnie jakby postanowili dać jakiś sygnał, że może jednak mnie lubią a w każdym razie mają na oku.
Nagle zaczęło się wszystko składać: te pieniądze. zaangażowanie Michała razem z jego umiejętnościami masażowymi i Najlepszej Szefowej jako drugiej do pracy nad ludzkimi troskami.
Cały człowiek byłby objęty opieką od strony duszy i ciała co słuszne jest i sprawiedliwe, i dla człowieka dobre.
Ja mogę sobie obiecać, że nie będę się spieszyć z decyzjami, że przemyślę, że spokojnie i do końca roku, a nawet sobie obiecałam na co mam świadków, co zupełnie mi nie przeszkodziło w oglądaniu mieszkania dwa dni później. Zaciągnęłam tam jeszcze tę nieco oszołomioną dwójkę.
Marzenie nie mieszkanie. Siedemdziesiąt metrów w miesięcznej cenie trzydziestu metrów, do tego obok Łazienek. Trzy pokoje w rozkładzie dla nas idealnym.
No ludzie!
Aż się we troje zatrzęśliśmy z radości i przestrachu. Michał może się zatrząsł najmniej, ale ja z Szefową to już całkiem, bo całe przedsięwzięcie wymaga od nas pewnych zmian, które delikatnie można nazwać rewolucyjnymi.
Z pomocą przyszedł nam agent odpowiedzialny za tę nieruchomość. Sporo już widziałam, ale agenta od nieruchomości, który jest normalną nierozgarniętą ciapą robiącą wrażenie jakby nie miał na tym zarobić, albo jakby go to zupełnie nie obchodziło, to jeszcze nie widziałam...
Przyzwyczajona raczej do namolności pozostaję w zdumieniu. Miał skontaktować się z właścicielem i zadzwonić do mnie następnego dnia i cisza. Absolutna, jak makiem zasiał.
Dzisiaj Michał wziął sprawę w swoje ręce, odbył z panem Zdzisławem męską rozmowę i czekamy do jutra kiedy to... Zdzisław ma zadzwonić...
Patrząc na rzecz od strony korzyści a nie wyrzekania przyznać trzeba, że te kilka dni to czas na otrząśnięcie się z szoku, tempa i emocji cokolwiek ambiwalentnych.
Ja nic tylko liczę, kombinuję, badam rynek, przemyśliwuję nad wrogim przejęciem części moich pacjentów z Posterunku i tak naokrągło. Robię to wszystko mając absolutną pewność odnośnie niemożności zgadnięcia co przyniesie przyszłość.
Ludzie żyją mundialem, wyborami podzielonymi na tury, grillowaniem, końcem roku szkolnego, rozpoczęciem wakacji, a ja nic tylko przeczesuję swój mózg gorączkowo poszukując odpowiedzi na pytanie co robić?!
Ci z Góry dają jakieś znaki na tak, sprowadzają na moją drogę pana Zdzisława z tym przecudnym mieszkaniem, albo przecudne mieszkanie niestety z panem Zdzisławem co z kolei budzi we mnie podejrzenie, że Oni Tam mają teraz niezły ubaw ze mnie. Przypuszczam, że pokładają się rechocząc.
Piatek był potrzebnym przerywnikiem, trochę się oderwałam, ale...
Skoro jestem tak piękna, inteligentna i mądra to przynajmniej te dwa ostatnie przymioty powinny mi powiedzieć co mam zrobić. Tak?
Aaaaaaaaaa!
16 czerwca 2010
Codziennik Gretchen: 15 czerwca
dobre uczynki: zgłoszenie
złe uczynki: nie stwierdzono większych
nastrój: wznoszący
napęd: obwawiam się, że maniakalny
motywacja: stara się nadążyć za nastrojem
***
Poszłam na te zakupy absolutnie bez sensu, bo aktualnie szyją nie wiadomo dla kogo. W każdym razie nie dla mnie. Jakieś mazaje na rozlazłych szmatkach.
Tyle mojego, że kupiłam kolczyki, nie dla siebie. Zielone.
Najgorzej to się spotkać z Michałem. Nigdy nie wiadomo co z tego wyniknie, a tym razem to przechodzę samą siebie. Spośród wielu ludzi, którzy mnie otaczają część męczy, on nie. Jakoś wypoczywam nie musząc się wysilać - po tym można rozpoznać przyjaciela. Stoję na stanowisku, że nie ma dla kobiety lepszego rozwiązania niż przyjaciel płci przeciwnej do własnej i zaprawdę powiadam: przyjaciółki są lekuchno przereklamowane. Co innego mężczyzna zaprzyjaźniony. Nie ćwierka, nie udaje, nie pierdaczy. Najlepiej jak wali prościutko i bez opatrunków. Może łatwo mi mówić, bo nigdy nie usłyszałam od żadnego najmniejszej krytyki poza tym, co mogłoby być krytyką pod warunkiem bycia przeze mnie zwyczajną kobietą. Pewnie gdybym dostawała szybkie riposty między oczy... nie... pewnie gdyby żaden mężczyzna nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić. O!
Kobieto! Jeśli nie znajdujesz przyjaciół wśród mężczyzn, najwyższy czas na refleksje i przemyślenia.
Chociaż to może być sprawa genetyczna. Dzisiaj moja Rodzicielka przyznała się do podobnych doświadczeń. Kobiety w przyjaźni rozczarowywały, mężczyźni byli wierni.
Ciekawostka, żeśmy tak z Matką Moją podzieliły się losem. Nie nazbyt często się to zdarza... Chociaż...
Tak oto przegadaliśmy noc całą aż do rana i wiele z tego wynikło dla mnie. Jeszcze wiele może z tego wyniknąć dla przyszłości, bo pewien plan (biznesowy, biznesowy) zaczyna się krystalizować o czym zmilczę na czas jakiś.
Dzisiaj natomiast w drodze na Posterunek spotkałam Szefową. W tramwaju spotkałam.
Na ostatniej krzywej nagle coś nas opadło i to w takim natężeniu, że zrobiwszy kilka kroków postanowiłyśmy się zatrzymać.
Tocząc wzrokiem wykryłyśmy gniazdo os, tuż obok furtki do naszego Posterunku.
- Aaaaa! - zakrzyknęłam - Widzisz to?
- No widzę - spokojnie dość odpowiedziała - trzeba wezwać jakąś służbę.
- Wezwę - zobowiązałam się stanowczo.
Już na górze jadna koleżanek podzieliła się spostrzeżeniem własnym, że myślała iż są to komary.
Grzecznie zapytałam, czy widziała kiedykolwiek wcześniej takie wielkie i krąglutkie komary latające wokół czegoś co wygląda ni mniej ni więcej jak przedziwne coś, z pewnością misternie budowane.
Swoją drogą, gdzie i w czym mieszkają komary?
Zaleciłam koleżance życzliwie wizytę u okulisty zwłaszcza, że pamiętam dzień sprzed kilku laty, w którym o poranku wpadła do pracy dysząc o zawalającym się naszym budynku. Wtedy dostrzegła jakieś mikroszczeliny, a dzisiaj nie odróżnia osy od komara?
Wietrząc radość jęłam dzwonić.
Najpierw do Straży Miejskiej, która ma takie nagranie welcome to us jakby ktoś umarł. Aż mi się przykro zrobiło w pierwszej chwili. Kobiecy głos na skraju załamania nerwowego informuje, że oto jest to miejska straż. Jak oni tak podchodzą do swojej pracy to nie ma się co dziwić wynikom i odbiorowi społecznemu.
W drugiej chwili, po krótkiej rozmowie z głosem męskim utrzymanym w podobnym tonie dowiedziałam się, że to nie oni tylko trzeba dzwonić do Straży owszem, ale zupełnie innej.
Dzwonię.
Powitanie bardziej energiczne. Czekam chwilkę.
- STRAŻ! - wykrzyknął dziarsko pan i od razu wiadomo o jaką chodzi.
- Dzień dobry! - poniósł mnie nastrój chwili - Dzwonie z poradni i chciałam zgłosić, że co prawda wcale nigdzie się nie pali, ale...
- Osy was zaatakowały!
- A skąd pan wie?
- Ludzie donieśli.
- No widzi pan, ludzie to o wszystkim doniosą - mówię przymilnie.
- Doniosą i donieśli. Czy będzie na miejscu ktoś, kto chłopakom to gniazdo wskaże? -
- No masz! Oczywiście, że tak.
- Jedziemy!
- Dziękuję - a głos mój omdlewa...
Teraz to właściwie nie wiem, bo przecież strażak by mnie nie oszukał...
Wyszłam z pracy w towarzystwie zwierzchniczki i niedowidzącej koleżanki, której w tak zwanym miedzyczasie się jeszcze pogorszyło, gdyż poczuła się słabo na ciele, a tu gniazdo komarów jak ta lala się trzyma.
Po drodze siedzi pies.
Tak normalnie siedzi sobie i spokojnie aczkolwiek nieco dziwnie. Pochyla się nad nim kobieta. Za chwilę my trzy.
Zdejmuję mu obrożę w poszukiwaniu adresu, bo żadna ze zgromadzonych w życiu tego psiaka nie widziała na oczy.
Nie ma adresu.
Nie ma informacji.
Fajne i mięciutkie futerko ma ten piesiuch. Staram się za bardzo w oczy mu nie patrzeć, bo wezmę gamonia do siebie i dopiero będzie miał skarania boskie.
Zgubiony pies tropi i szuka, a ten siedzi jak ten osioł. Czuję, że trochę się boi.
Niesamowite, bo po chwili nad tym psem jest sześć osób i każda z troską zeznaje, że wcześniej nigdy go nie widziała.
Zostawiamy towarzystwo, bo eskortujemy koleżankę do tramwaju. Uznała, że skoro tramwaj ma pod dom, to zupełnie tak samo jak taksówka.
Mam odmienne zdanie...
Gniazdo raczej tam jutro będzie.
Pies, mam nadzieję, odnalazł drogę.
Koleżanka już lepiej.
Plan zostanie poddany pierwszej, ważnej, formalnej weryfikacji.
Będąc cokolwiek zniechęconą muszę przyznać, że naprawdę cholera życie jest niepowtarzalne w tym wszystkim co ze sobą niesie.
Dom os jest zagrożeniem.
Zagubiony pies rozczula prawie do łez.
Ulga, bo komuś lepiej.
I te niespodziewanie otwierające się drzwi, a niechby pośród innych zamkniętych.
Mogę swobodnie wybierać co wolę: nadzieję otwartych? Ból zamkniętych?
Ale może... Może mogę się ucieszyć z otwarcia, bez względu na zamknięcia?
złe uczynki: nie stwierdzono większych
nastrój: wznoszący
napęd: obwawiam się, że maniakalny
motywacja: stara się nadążyć za nastrojem
***
Poszłam na te zakupy absolutnie bez sensu, bo aktualnie szyją nie wiadomo dla kogo. W każdym razie nie dla mnie. Jakieś mazaje na rozlazłych szmatkach.
Tyle mojego, że kupiłam kolczyki, nie dla siebie. Zielone.
Najgorzej to się spotkać z Michałem. Nigdy nie wiadomo co z tego wyniknie, a tym razem to przechodzę samą siebie. Spośród wielu ludzi, którzy mnie otaczają część męczy, on nie. Jakoś wypoczywam nie musząc się wysilać - po tym można rozpoznać przyjaciela. Stoję na stanowisku, że nie ma dla kobiety lepszego rozwiązania niż przyjaciel płci przeciwnej do własnej i zaprawdę powiadam: przyjaciółki są lekuchno przereklamowane. Co innego mężczyzna zaprzyjaźniony. Nie ćwierka, nie udaje, nie pierdaczy. Najlepiej jak wali prościutko i bez opatrunków. Może łatwo mi mówić, bo nigdy nie usłyszałam od żadnego najmniejszej krytyki poza tym, co mogłoby być krytyką pod warunkiem bycia przeze mnie zwyczajną kobietą. Pewnie gdybym dostawała szybkie riposty między oczy... nie... pewnie gdyby żaden mężczyzna nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić. O!
Kobieto! Jeśli nie znajdujesz przyjaciół wśród mężczyzn, najwyższy czas na refleksje i przemyślenia.
Chociaż to może być sprawa genetyczna. Dzisiaj moja Rodzicielka przyznała się do podobnych doświadczeń. Kobiety w przyjaźni rozczarowywały, mężczyźni byli wierni.
Ciekawostka, żeśmy tak z Matką Moją podzieliły się losem. Nie nazbyt często się to zdarza... Chociaż...
Tak oto przegadaliśmy noc całą aż do rana i wiele z tego wynikło dla mnie. Jeszcze wiele może z tego wyniknąć dla przyszłości, bo pewien plan (biznesowy, biznesowy) zaczyna się krystalizować o czym zmilczę na czas jakiś.
Dzisiaj natomiast w drodze na Posterunek spotkałam Szefową. W tramwaju spotkałam.
Na ostatniej krzywej nagle coś nas opadło i to w takim natężeniu, że zrobiwszy kilka kroków postanowiłyśmy się zatrzymać.
Tocząc wzrokiem wykryłyśmy gniazdo os, tuż obok furtki do naszego Posterunku.
- Aaaaa! - zakrzyknęłam - Widzisz to?
- No widzę - spokojnie dość odpowiedziała - trzeba wezwać jakąś służbę.
- Wezwę - zobowiązałam się stanowczo.
Już na górze jadna koleżanek podzieliła się spostrzeżeniem własnym, że myślała iż są to komary.
Grzecznie zapytałam, czy widziała kiedykolwiek wcześniej takie wielkie i krąglutkie komary latające wokół czegoś co wygląda ni mniej ni więcej jak przedziwne coś, z pewnością misternie budowane.
Swoją drogą, gdzie i w czym mieszkają komary?
Zaleciłam koleżance życzliwie wizytę u okulisty zwłaszcza, że pamiętam dzień sprzed kilku laty, w którym o poranku wpadła do pracy dysząc o zawalającym się naszym budynku. Wtedy dostrzegła jakieś mikroszczeliny, a dzisiaj nie odróżnia osy od komara?
Wietrząc radość jęłam dzwonić.
Najpierw do Straży Miejskiej, która ma takie nagranie welcome to us jakby ktoś umarł. Aż mi się przykro zrobiło w pierwszej chwili. Kobiecy głos na skraju załamania nerwowego informuje, że oto jest to miejska straż. Jak oni tak podchodzą do swojej pracy to nie ma się co dziwić wynikom i odbiorowi społecznemu.
W drugiej chwili, po krótkiej rozmowie z głosem męskim utrzymanym w podobnym tonie dowiedziałam się, że to nie oni tylko trzeba dzwonić do Straży owszem, ale zupełnie innej.
Dzwonię.
Powitanie bardziej energiczne. Czekam chwilkę.
- STRAŻ! - wykrzyknął dziarsko pan i od razu wiadomo o jaką chodzi.
- Dzień dobry! - poniósł mnie nastrój chwili - Dzwonie z poradni i chciałam zgłosić, że co prawda wcale nigdzie się nie pali, ale...
- Osy was zaatakowały!
- A skąd pan wie?
- Ludzie donieśli.
- No widzi pan, ludzie to o wszystkim doniosą - mówię przymilnie.
- Doniosą i donieśli. Czy będzie na miejscu ktoś, kto chłopakom to gniazdo wskaże? -
- No masz! Oczywiście, że tak.
- Jedziemy!
- Dziękuję - a głos mój omdlewa...
Teraz to właściwie nie wiem, bo przecież strażak by mnie nie oszukał...
Wyszłam z pracy w towarzystwie zwierzchniczki i niedowidzącej koleżanki, której w tak zwanym miedzyczasie się jeszcze pogorszyło, gdyż poczuła się słabo na ciele, a tu gniazdo komarów jak ta lala się trzyma.
Po drodze siedzi pies.
Tak normalnie siedzi sobie i spokojnie aczkolwiek nieco dziwnie. Pochyla się nad nim kobieta. Za chwilę my trzy.
Zdejmuję mu obrożę w poszukiwaniu adresu, bo żadna ze zgromadzonych w życiu tego psiaka nie widziała na oczy.
Nie ma adresu.
Nie ma informacji.
Fajne i mięciutkie futerko ma ten piesiuch. Staram się za bardzo w oczy mu nie patrzeć, bo wezmę gamonia do siebie i dopiero będzie miał skarania boskie.
Zgubiony pies tropi i szuka, a ten siedzi jak ten osioł. Czuję, że trochę się boi.
Niesamowite, bo po chwili nad tym psem jest sześć osób i każda z troską zeznaje, że wcześniej nigdy go nie widziała.
Zostawiamy towarzystwo, bo eskortujemy koleżankę do tramwaju. Uznała, że skoro tramwaj ma pod dom, to zupełnie tak samo jak taksówka.
Mam odmienne zdanie...
Gniazdo raczej tam jutro będzie.
Pies, mam nadzieję, odnalazł drogę.
Koleżanka już lepiej.
Plan zostanie poddany pierwszej, ważnej, formalnej weryfikacji.
Będąc cokolwiek zniechęconą muszę przyznać, że naprawdę cholera życie jest niepowtarzalne w tym wszystkim co ze sobą niesie.
Dom os jest zagrożeniem.
Zagubiony pies rozczula prawie do łez.
Ulga, bo komuś lepiej.
I te niespodziewanie otwierające się drzwi, a niechby pośród innych zamkniętych.
Mogę swobodnie wybierać co wolę: nadzieję otwartych? Ból zamkniętych?
Ale może... Może mogę się ucieszyć z otwarcia, bez względu na zamknięcia?
Subskrybuj:
Posty (Atom)